Marek Kowalski wiedział, iż coś jest nie tak, zanim jeszcze otworzył drzwi biura. Na jego biurku leżała koperta bez adresu nadawcy, a w niej jedna kartka: wydruk z Santandera, gdzie saldo konta firmowego pokazywało 0,00 zł. Jeszcze wczoraj było tam 340 tysięcy.
Trzy lata wcześniej Marek przejął po ojcu niewielką fabrykę mebli pod Gdańskiem, w Pruszczu. Firma trzymała się na uczciwości starego Kowalskiego i lojalności kilkunastu stolarzy, którzy pamiętali czasy, gdy zakład dopiero się rozkręcał — Heniek, najstarszy z nich, pracował tu jeszcze z ojcem, jeszcze zanim wstawili nową piłę taśmową. Marek miał inne pomysły — ekspansję, kredyty, nowoczesne linie produkcyjne. Księgowość powierzył Agacie, wspólniczce, którą poznał na studiach i której ufał bardziej niż komukolwiek.
Teraz trzymał w dłoni dowód, iż ta ufność była błędem.
Poszedł prosto do jej gabinetu, mijając halę, gdzie pachniało lakierem i świeżym trocinem, a piła akurat wyła na pełnych obrotach. Było kwadrans po ósmej. Agata siedziała przy laptopie, obok stały dwa kubki po kawie — jeden jej, drugi, jak zauważył, jeszcze parował.
— Gdzie są pieniądze z konta? — Rzucił kartkę na blat, aż zjechała na drugą stronę. — Trzysta czterdzieści tysięcy, Agata. Gdzie one są.
Agata popatrzyła na wydruk, potem na Marka. Nie zaprzeczyła od razu, co samo w sobie było odpowiedzią.
— Przelałam. Na osobne konto. Trzy dni temu.
— Przelałaś. — Zgniótł wydruk w pięści. — Po prostu tak, przelałaś.
— Miałam ci powiedzieć w piątek.
— W piątek. — Uderzył zgniecioną kartką w blat biurka. — A dziś jest wtorek, Agata. Cztery dni miałeś zero na koncie i nikt by mi choćby nie…
— Bo umowa jeszcze nie była gotowa! — przerwała mu, w końcu podnosząc głos. — Fundusz z Poznania. Szukałam ich pół roku, odkąd bank nas spławił z kolejnym kredytem, a ty nie chciałeś choćby o tym słuchać, tylko powtarzałeś "damy radę sami".
— Bo dawaliśmy radę sami!
— Nie dawaliśmy! — Trzasnęła dłonią w regał, aż zabrzęczały segregatory. — Konto było puste, zanim je opróżniłam, Marek, tylko iż ty nie sprawdzasz wyciągów, bo wolisz negocjować zamówienia na krzesła. Fundusz zażądał, żebyśmy najpierw przenieśli środki i zamknęli stare zobowiązania wobec Sowińskiego. Termin mijał w środę. W środę, rozumiesz?
— To trzeba było przyjść i powiedzieć! Twarzą w twarz, a nie zostawiać mi kopertę jak w jakimś…
— Bo zadzwoniłbyś do prawnika! — Głos jej się załamał, zachrypł. Odwróciła się do okna, splotła ręce na piersi, jakby chciała się czymś zasłonić. — Zablokowałbyś przelew, zanim bym zdążyła cokolwiek wytłumaczyć, a wtedy fundusz by się wycofał, bo oni nie czekają, oni mają dziesięć innych fabryk na liście. Wolałam, żebyś się wściekł na liczby. Na fakty. A nie na mnie.
Marek usiadł ciężko na krześle, wciąż z pięścią zaciśniętą na wydruku. Przez okno widział halę, gdzie Heniek z drugim stolarzem kończyli akurat partię krzeseł na eksport do Niemiec — zamówienie, które sam wynegocjował miesiąc temu, przekonany, iż to uratuje sezon.
— Trzysta czterdzieści tysięcy — powtórzył głucho.
— Wrócą. Z nawiązką, jeżeli podpiszesz.
Milczał. Wziął ze stołu teczkę z dokumentami umowy — leżała gotowa, jakby czekała na ten moment od dawna. Przeglądał kartki powoli, a Agata krążyła między oknem a regałem, poprawiając grzbiety segregatorów, które i tak stały równo, nie patrząc na niego.
— Warunki są lepsze, niż się spodziewałem — powiedział w końcu, nie podnosząc głowy znad papierów.
— Marek…
— Ale następnym razem — przerwał jej, odkładając teczkę — nie zostawiasz mi wydruku z zerem zamiast rozmowy. choćby jeżeli się boisz, iż cię powstrzymam. Rozumiesz? choćby wtedy.
— Rozumiem.
— Umowa jest do podpisu w piątek?
— Tak. Masz dwa dni, żeby przeczytać ją z prawnikiem.
Wstał, zabrał teczkę. Przy drzwiach zatrzymał się, wskazując podbródkiem na drugi kubek, ten, który wciąż parował.
— A to czyje?
— Przedstawiciela funduszu. Czekał obok. Na wypadek, gdybyś chciał porozmawiać od razu, a nie dopiero w piątek.
Marek otworzył drzwi do sąsiedniego pomieszczenia. Mężczyzna w garniturze, przy zaparkowanym pod oknem czarnym audi A6, wstał zza stołu i wyciągnął rękę.
— Panie Kowalski. W końcu.
Marek uścisnął mu dłoń, nie puszczając teczki z drugiej ręki.








