Jeden z najpopularniejszych, jeżeli nie najpopularniejszy hiszpańskojęzyczny artysta ostatnich lat, Bad Bunny, zagrał po raz pierwszy w Polsce. I to od razu na PGE Narodowym, który błyskawicznie wyprzedał się do ostatniego miejsca.
Wraz z kilkudziesięcioma tysiącami fanów portorykańskiego gwiazdora wzięliśmy udział w tej latynoskiej imprezie i mamy dla Was relację z jego pierwszej wizyty w naszym kraju. Choć po zakończeniu koncertu trudno było oprzeć się wrażeniu, iż to nie Bad Bunny odwiedził Polskę, ale to my na blisko trzy godziny przenieśliśmy się do jego świata. Ale od początku!
Początek jak z pocztówki z Puerto Rico
Już pierwsze minuty pokazały, iż nie będzie to typowy koncert stadionowy. Bad Bunny pojawił się na głównej scenie ubrany w jasny garnitur, otoczony zespołem oraz tancerzami. Całość od pierwszych sekund przypominała bardziej barwny festiwal rodem z Puerto Rico niż klasyczne widowisko pop. Dominowały ciepłe kolory, tropikalna scenografia i żywe instrumenty, a nad sceną górował ogromny telebim o znakomitej jakości obrazu, za pomocą którego choćby osoby siedzące na najwyższych sektorach mogły bez problemu śledzić każdy detal występu.
Już po kilku minutach stało się jasne, iż Benito nie przyjechał do Warszawy wyłącznie zagrać koncertu. Przyjechał pokazać kawałek swojego świata – świata, w którym muzyka, taniec i portorykańska kultura są równie ważne jak same piosenki.
Redefinicja koncertu stadionowego
Koncerty stadionowe przyzwyczaiły nas do ogromnej skali. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi, monumentalna scena i dystans między artystą a publicznością wydają się czymś naturalnym. Bad Bunny udowodnił jednak, iż choćby na stadionie można stworzyć atmosferę bardziej przypominającą spotkanie z przyjaciółmi niż wielkie muzyczne widowisko.
Przez cały wieczór Benito wielokrotnie skracał dystans do publiczności. Rozmawiał z fanami, wychodził w ich stronę, zapraszał wybrane osoby na scenę, pozwalał im zapowiadać utwory i stawać się częścią widowiska. Zamiast chłodnego, perfekcyjnie wyreżyserowanego spektaklu otrzymaliśmy koncert pełen spontaniczności i interakcji, w którym publiczność była równie ważna jak sam artysta.
Dwie sceny, jeden świat
Koncert odbywał się na dwóch scenach ustawionych po przeciwległych końcach płyty stadionu. Główna scena była miejscem dla Bad Bunny’ego, jego imponującego zespołu i tancerzy. Publiczność otaczała ją z trzech stron, a dodatkowe miejsca przygotowano choćby na specjalnej trybunie znajdującej się za sceną.
Drugą część widowiska przejęła jednak La Casita – niewielka scena stylizowana na tradycyjny portorykański dom. To właśnie tam koncert nabierał najbardziej kameralnego charakteru. Bad Bunny śpiewał otoczony fanami zaproszonymi przez swoją ekipę, którzy wspólnie z tancerzami bawili się dosłownie kilka kroków od artysty. Do La Casity nie można było kupić biletu – o tym, kto znajdzie się w środku, decydowali wyłącznie Bad Bunny i jego współpracownicy, wybierając z tłumu najbardziej żywiołowych uczestników koncertu. Wybrani przed wejściem musieli oddać telefony i dopiero wtedy mogli stać się częścią spektaklu.
Operatorzy kamer kapitalnie wykorzystali tę przestrzeń. Dynamiczne ujęcia między tańczącymi ludźmi, zbliżenia na artystę i naturalne interakcje sprawiały, iż oglądając obraz na telebimach momentami można było odnieść wrażenie, iż uczestniczymy nie w koncercie, ale w planie teledysku. Kulminacją tej części występu był moment, gdy Benito wspiął się na dach La Casity i właśnie stamtąd kontynuował koncert, śpiewając nad głowami zgromadzonych wokół fanów.
Utwór zagrany tylko w Warszawie
Jednym z najbardziej oryginalnych elementów DeBÍ TiRAR MáS FOToS World Tour jest tradycja wykonywania podczas każdego koncertu jednego utworu, który nie pojawia się na żadnym innym przystanku trasy.
Po wykonaniu utworu „MONACO” na telebimach pojawiło się specjalne odliczanie oraz komunikat informujący, iż kolejna piosenka zostanie zagrana wyłącznie tego wieczoru. Warszawska publiczność usłyszała „La zona”, dzięki czemu polski koncert zapisał się jako jedna z unikalnych odsłon światowej trasy Bad Bunny’ego. To drobny gest, ale pokazujący, iż każde miasto otrzymuje od artysty coś wyjątkowego.
Aparat fotograficzny motywem całej trasy
Już przy wejściu na stadion większość uczestników otrzymała kartonowe zawieszki w kształcie aparatów fotograficznych z wbudowanym modułem LED. W trakcie koncertu świeciły one w różnych kolorach, tworząc zsynchronizowaną z muzyką iluminację obejmującą praktycznie cały stadion.
Nie był to przypadkowy gadżet. Aparaty nawiązują do tytułu albumu i trasy „Debí Tirar Más Fotos” („Powinienem był zrobić więcej zdjęć”), przypominając o zatrzymywaniu wspomnień i celebrowaniu chwil spędzonych z bliskimi. Po zakończeniu koncertu każdy mógł zabrać swój świecący aparat do domu jako pamiątkę z historycznego występu.
Warszawa mówiła po hiszpańsku
Jeszcze przed rozpoczęciem koncertu uwagę zwracało coś, czego na PGE Narodowym nie ogląda się zbyt często. Już na promenadach stadionu, w kolejkach po jedzenie czy na płycie znacznie częściej niż język polski słychać było hiszpański.
W tłumie powiewały flagi Portoryko, Hiszpanii, Kolumbii, Meksyku, Chile, Argentyny, Dominikany, Wenezueli i wielu innych krajów. Do Warszawy zjechali fani z całej Europy oraz Ameryki Łacińskiej. Momentami można było odnieść wrażenie, iż osób hiszpańskojęzycznych jest na stadionie więcej niż Polaków.
To najlepiej pokazuje, jak wielkim wydarzeniem był pierwszy koncert Bad Bunny’ego nad Wisłą. Polska coraz śmielej zaznacza swoją obecność na koncertowej mapie Europy i potrafi przyciągnąć nie tylko największe światowe gwiazdy, ale również ich fanów z wielu zakątków świata.
Jeden wielki chór
Choć dla wielu Polaków hiszpański pozostaje językiem zupełnie obcym, podczas koncertu miało się wrażenie, iż zdecydowana większość publiczności zna każdy wers repertuaru Bad Bunny’ego. choćby jeżeli nie rozumiało się każdego słowa, energia płynąca z trybun udzielała się wszystkim obecnym.
Muzyka przede wszystkim
Na ogromne uznanie zasługuje również zespół Bad Bunny’ego. W czasach, gdy wielu światowych artystów opiera swoje stadionowe koncerty głównie na elektronice i podkładach, Portorykańczyk przyjechał do Warszawy z rozbudowanym składem muzyków.
Sekcja dęta, perkusiści i instrumenty charakterystyczne dla muzyki latynoskiej sprawiły, iż koncert miał niezwykle organiczne brzmienie. To właśnie oni w dużej mierze odpowiadali za atmosferę, dzięki której widowisko przypominało bardziej wielką uliczną fiestę niż perfekcyjnie wyreżyserowany popowy spektakl.
Przez jeden wieczór Warszawa stała się Puerto Rico
Warszawski koncert Bad Bunny’ego nie był tylko pierwszą wizytą światowej gwiazdy w Polsce. Był dowodem na to, iż PGE Narodowy potrafi stać się miejscem spotkania kultur i przyciągnąć fanów z niemal całego świata.
Przez jeden wieczór Warszawa przestała być Warszawą, a zamieniła się w tętniący muzyką fragment Puerto Rico. Nie tylko za sprawą scenografii, muzyki czy tańca, ale przede wszystkim dzięki ludziom, którzy stworzyli atmosferę niespotykaną na żadnym innym stadionowym koncercie.
I właśnie dlatego wychodząc z PGE Narodowego wielu mogło mieć dokładnie to samo wrażenie co my. To nie Bad Bunny odwiedził Polskę. To my zostaliśmy zaproszeni do jego świata.
Dziękujemy Live Nation Polska za zaproszenie.
Foto: Tomash Photography Tomasz Woźniak






![Bad Bunny rozgrzał PGE Narodowy! [fotorelacja]](https://kulturalnemedia.pl/wp-content/uploads/2026/07/DSC01631.jpg)






![Messi rozpoczął rajd. Anglicy nie pozwolili mu rozwinąć skrzydeł [WIDEO]](https://sf-administracja.wpcdn.pl/storage2/featured_original/6a57e682731ff7_13509604.jpg)

