Zielone Latarnie kojarzą się przede wszystkim z kosmicznymi przygodami, potężnymi pierścieniami i walką o losy wszechświata. Serial Latarnie postanawia jednak pójść w zupełnie innym kierunku, stawiając na kryminalną zagadkę i małomiasteczkowy klimat. Czy takie podejście wystarczy, by stworzyć jedną z ciekawszych historii w uniwersum DC?
Serial Latarnie opowiada o początkach rekruta Johna Stewarta, który zaczyna swoje szkolenie pod okiem legendarnej Zielonej Latarni – Hala Jordana. W 2016 roku trafiają oni do Rushville, gdzie doszło do śmiertelnego wypadku z udziałem kosmitów. To niepozornie małe miasteczko miało być azylem dla istot z wielu zakątków wszechświata. W tym dla ostatniego przedstawiciela szalenie niebezpiecznego gatunku Manhunterów. Historia przenosi nas też w przeszłość, do początków Johna i Hala, ale także i w przyszłość – do 2026 roku, by pokazać pokłosie wydarzeń z Rushville.
Ten serial jest przeciwieństwem tego, czego mogliśmy spodziewać się po Zielonych Latarniach. Już bliżej mu do słynnego True Detective niż do wielkiej kosmicznej przygody. Jest bardzo przyziemny, co nie do końca pasuje do historii o agentach kosmicznej organizacji. Ale mimo to historia naprawdę wbija w fotel. Już sama zagadka, jaką Hal i John mają do rozwiązania, jest ciekawa. gwałtownie okazuje się, iż z morderstwa czwórki kosmitów wychodzi polowanie na zagrożenie najwyższego stopnia. Manhunter – wytwór Strażników – ukrywa się w Rushville pod ludzką postacią. Zielonej Latarni nie pomaga też fakt, iż nie jest mile widziany wśród lokalnej społeczności. Hal i John ścigają się więc z czasem, by złapać Manhuntera, zanim ten doprowadzi do katastrofy.
Zobacz również: Lalka – recenzja filmu. Tragiczny idealizm
Między wierszami tej historii toczy się zupełnie inny wyścig. Wyścig między Halem i Johnem. Chemia między tą dwójką stanowi fundament serialu i to właśnie ona czyni go tak interesującym. John Stewart od dziecka był wychowywany w przekonaniu, iż zostanie Zieloną Latarnią. Rodzice wpajali mu, iż na pytanie „Czy się boisz?” powinien zawsze odpowiadać „Nie”, bez względu na okoliczności. Teraz, gdy wreszcie dostał szansę na zdobycie pierścienia, chce za wszelką cenę udowodnić, iż na niego zasługuje. Problem w tym, iż Hal robi wszystko, by mu to utrudnić.
Gdy ta dwójka spotyka się po raz pierwszy, Hal Jordan jest już doświadczoną Latarnią. Dla niego ideały Korpusu straciły na znaczeniu. Jest arogancki, pewny siebie i szalenie sarkastyczny. Szczerze mówiąc, to właśnie sceny z jego udziałem oglądało mi się najlepiej. Hal to świetny detektyw, który zawsze ma coś do powiedzenia i nie przepuści żadnej okazji, by komuś dogryźć. Kyle Chandler doskonale odnalazł się w tej roli.
Zobacz również: Pasażer Andrzej Munk – recenzja filmu. W ciągłym ruchu
kadr z serialuCo ciekawe, zarówno Hal, jak i John przechodzą w serialu sporą przemianę. Różnica między Jordanem z 2016 a tym z 1996 roku jest wręcz ogromna. Uwielbiam momenty, w których wyskakuje z samochodu, jego rozmowy z innymi bohaterami i nieustanne pyskówki. Mimo to najbardziej przypadła mi do gustu jego wersja z 1996 roku. To właśnie wtedy najlepiej wypada połączenie arogancji z bardziej otwartą, ludzką stroną Hala. Dzięki temu jest nie tylko zabawny i charyzmatyczny, ale też pokazuje, iż faktycznie zasłużył na pierścień. John w ciągu tych 10 lat staje się bardziej ludzki – z żołnierzyka staje się liderem, któremu również zaczyna towarzyszyć bardzo cięty język. Spodobało mi się zarówno ukazanie Jordana w kryzysie wieku średniego, jak i Stuarta, który dorósł do pierścienia na przestrzeni serialu.
Nie spodobała mi się natomiast postać szeryf Kerry Kane, grana przez Kelly Macdonald. Z grubsza nie lubiłem jej, dlatego iż aktorka grała ją zbyt ekscentrycznie. Nie pomógł również sam scenariusz. Kerry wielokrotnie podkreśla, jak ciężko pracowała na szacunek mieszkańców i jak ważna jest dla niej pozycja szeryfa, którą udało jej się zdobyć. Tym bardziej irytowało mnie, gdy później podejmowała decyzje, które powinny jej tego szacunku pozbawić. Miałem wrażenie, iż serial sam podważa jej wiarygodność, przez co nie rozumiałem podejmowanych przez nią działań. Na przykład, gdy wsadza znajomych do więzienia za zwykłą bójkę, ale nie za zniszczenie miasta. W dużym skrócie, byłem poirytowany jej postacią przez praktycznie większość serialu.
Przyziemność serialu Latarnie ma swoje plusy, jednak i jeden duży minus. Zdążyłem zobaczyć już pewien interesujący filmik. Guy Gardner w jednej ze scen w filmie Superman, dzięki pierścienia, tworzy kilka wielkich dłoni z rzędu, które natychmiast powalają całą armię. Na Instagramie pojawiła się właśnie ta scena z dopiskiem mówiącym, iż w ciągu 9 sekund wytworzono pierścieniem więcej obiektów niż przez cały serial. I to jest niestety prawda. W ciągu 8 odcinków serial Latarnie prawie w ogóle nie pokazuje tego, na co te artefakty stać. Pojawia się kilka tarcz, jedna zaawansowana maszyna do podkopów i podrobione pieniądze. A szkoda, bo efekty pierścienia wyglądały naprawdę dobrze i ciekawie wyróżniały się na tle małego miasteczka.
Również efekty specjalne w całym tego słowa znaczeniu wyglądały wspaniale. Lokacje, czy to na Ziemi, czy w kosmosie, prezentowały się do bólu realistycznie. Dopiero w finałowej scenie ostatni lot w serialu zakuł w oczy gorzej niż stos pokrojonych cebul. Na chwilę przed napisami końcowymi jeden z bohaterów zaczyna latać i… tak perfidnie widać, iż unoszą go linki. Zostawili tym po sobie bardzo gorzki posmak.
Zobacz również: Najlepsze seriale 2026 roku
kadr z serialuLatarnie w bardzo interesujący sposób bawią się czasem, skacząc między 2016 a 2026 rokiem. Czasami zawitamy też do 1996 roku lub przeniesiemy się jeszcze bardziej w przeszłość. Jest to dobre rozwiązanie, bo zamiast bohatera streszczającego nam swoje backstory, dostajemy realny wgląd w jego historię i to nie w ramach retrospekcji. Fabularnie ten serial stoi na bardzo dobrym poziomie, choć nie mogę powiedzieć, iż jego koncept pasuje do Zielonych Latarni. Jednak ten kontrast między kosmiczną organizacją a przyziemnym dochodzeniem naprawdę jest w stanie zaciekawić widza. Zwłaszcza jeżeli obserwujemy Kyle’a Chandlera w roli Hala Jordana i Aarona Pierre’a w roli Johna Stewarta. Uważam natomiast, iż gdy John Stewart wystąpi w jakimś projekcie już solo, bez swojego mentora, ta postać straci w moich oczach, bo zwyczajnie będzie mniej ciekawa. Jednak serial jak najbardziej warto obejrzeć!
fot. gł.: kadr z serialu
















