"Latarnie" od HBO to komiksowa historia kryminalna w klimacie "Fargo" i "Detektywa" – recenzja serialu

serialowa.pl 1 godzina temu

Choć uniwersum DC rozwija się ze zmiennym szczęściem, jego telewizyjna odsłona póki co nie zawodzi. Czy „Latarnie” będą kolejnym tytułem, który zdoła podtrzymać ten korzystny trend? Czy warto oglądać serial HBO?

Czy jasny dzień, czy nocy mrok, nie umknie zło choćby o krok.
Niech ci, co dotąd byli bezkarni, strzegą się światła Zielonej Latarni!

Znacie tę formułkę? Nie musicie, zwłaszcza jeżeli wiedzę o superbohaterach bardziej niż z komiksów czerpiecie z ich ekranizacji. A powiedzieć, iż członkowie Korpusu Zielonych Latarni dotąd nie mieli do nich szczęścia, to nic nie powiedzieć. Nie licząc filmu z 2011 roku, za który Ryan Reynolds będzie pewnie przepraszał do końca życia, na aktorską wersję Zielonej Latarni musieliśmy czekać aż do Guya Gardnera w niedawnym „Supermanie”. Rzecz w tym, iż „Latarnie” to nie jest serial o nim.

Latarnie – o czym jest serial od HBO i DC?

Co prawda Nathan Fillion powtarza tu swoją filmową rolę, ale serialowymi „Latarniami” są przede wszystkim Hal Jordan (Kyle Chandler, „Friday Night Lights”) i John Stewart (Aaron Pierre, „The Morning Show”). Lwia część akcji z ich udziałem przenosi nas natomiast do 2016 roku, gdy ten pierwszy, od lat pełniący funkcję ziemskiej Zielonej Latarni, bierze pod swoje skrzydła nowego rekruta, by wspólnie rozwiązać zagadkę tajemniczych śmierci w Rushville w Nebrasce. Niekoniecznie ku zadowoleniu miejscowych, na czele z lokalną szeryfką Kerry Kane (Kelly Macdonald, „Zakazane imperium”).

„Latarnie” (Fot. HBO)

Tu należy się na chwilę zatrzymać, bo jak może już wiecie, Korpus Zielonych Latarni to swego rodzaju kosmiczni gliniarze. Wyselekcjonowani z różnych zakątków galaktyki, strzegą pokoju dzięki pierścieni mocy – jednej z najpotężniejszych broni we wszechświecie, która pozwala im m.in. latać oraz kontrolować świat fizyczny. Czemu ktoś taki miałby się interesować morderstwem gdzieś na amerykańskiej prowincji? Bo jak gwałtownie wyjdzie na jaw, sprawa ma pozaziemskie korzenie i jest o wiele bardziej złożona, niż się początkowo wydaje.

Latarnie, czyli detektywi, kosmici i superbohaterowie

Jak bardzo, przekonacie się na przestrzeni ośmiu odcinków (widziałem już wszystkie poza finałem), które oprócz historii detektywistycznej zagłębią się też mocno w relację między parą bohaterów i ich przeszłość. Czyli co, żmudne ziemskie śledztwo zamiast barwnej space opery? Choć po pierwszych zapowiedziach nie brakowało głosów fanów narzekających na mocno stonowane podejście do ich ulubionych postaci, mogę was uspokoić – „Latarnie” idą swoją drogą, ale nie zapominają, skąd pochodzą.

„Latarnie” (Fot. HBO)

Faktem jest, iż ludzie odpowiedzialni za serial HBO, w tym showrunner Chris Mundy („Ozark”), a także współtwórcy scenariusza, producent Damon Lindelof („Watchmen”) i uznany twórca komiksów Tom King, opowiedzieli własną, autorską wersję tej historii. Jednocześnie nie sposób stwierdzić, aby była to wersja oderwana od oryginału. Wręcz przeciwnie, im dalej w sezon, tym bardziej widać, iż komiksowe elementy zdecydowanie biorą w opowieści górę nad przyziemnymi. Po prostu najpierw potrzebują one solidnej podbudowy.

Tę natomiast zapewniono „Latarniom” więcej niż godziwą, co z jednej strony może zniechęcić widzów liczących od razu na kosmiczną akcję, ale z drugiej sprawdza się w dłuższej perspektywie. Stosunkowo spokojny start (rozumiem porównania do „Detektywa”, ale klimat bardziej przypomina „Fargo”) i stopniowe rozszerzanie fabularnej skali pozwala lepiej zaangażować się w historię. Z kolei oglądającym spoza kręgu fanów komiksów takie podejście umożliwia łagodniejszy pierwszy kontakt z serialową rzeczywistością.

„Latarnie” (Fot. HBO)

A jest z czym się zapoznawać, bo „Latarnie” nie porzucają żadnego z istotnych elementów świata przedstawionego. Już w zapowiedziach ujawniono, iż w serialu nie zabraknie doskonale znanych komiksowych antagonistów, czyli Łowców Ludzi i Sinestro (Ulrich Thomsen, „Banshee”), a to dopiero początek niespodzianek dla czytelników. Co jednak najważniejsze, wszystkie wątki są zrozumiałe również dla widzów niekoniecznie obeznanych z oryginałem, choć siłą rzeczy pewne smaczki, powiązania i aluzje mogą im umknąć.

Latarnie opierają się na dynamice między bohaterami

Na pewno jednak nikt nie straci orientacji w głównych wątkach, choć trzeba przyznać, iż twórcy obrali dość zagmatwaną drogę przedstawienia tej historii. Jak wspominałem, jej część obejmująca śledztwo w sprawie morderstw w Rushville rozgrywa się w 2016 roku, ale to nie koniec. Ówczesne wydarzenia są ściśle powiązane z teraźniejszością z roku 2026, wszystko zaś uzupełniają retrospekcje i wspomnienia z mniej czy bardziej odległej przeszłości bohaterów.

Na pierwszy rzut oka scenariuszowa układanka wygląda na skomplikowaną, ale zapewniam, iż na ekranie jej fragmenty łączą się w zgrabną całość, którą oparto w znacznej mierze na świetnie napisanych (i perfekcyjnie obsadzonych) głównych bohaterach. Ostatecznie to właśnie relacja Jordana i Stewarta jest bowiem sednem tej historii.

„Latarnie” (Fot. HBO)

Podczas gdy zagadkowa zbrodnia umieszcza parę postaci w pewnych ramach, niekoniecznie są one najciekawsze czy najistotniejsze z punktu widzenia serialowej fabuły. Dla tej o wiele ważniejsze są stosunki dwóch Latarni, albo raczej Latarni przebrzmiałej i Latarni in spe, oraz ich podejście do własnych obowiązków czy roli „tego drugiego”.

Narzucający się tu klasyczny motyw mentora i ucznia został potraktowany przewrotnie, bo ani Hal, ani John nie znają do końca swoich wzajemnych pobudek. Twórcy wykorzystują oczywiste w tej sytuacji stereotypy – z jednej strony doświadczenie, cynizm i wypalenie Jordana, z drugiej zapał, ambicję i idealizm Stewarta – ale to tylko wierzchnia warstwa. Pod nią kryje się znacznie więcej treści, które stawiają i Latarnie, i widzów przed trudnymi pytaniami, nie tylko o to, co czyni (super)bohatera.

Latarnie – czy warto oglądać komiksowy serial HBO?

Muszę przyznać, iż choćby o ile miałem określone oczekiwania wobec serialu po zapowiedziach i nazwiskach stojących za nim twórców, i tak zaskoczyła mnie wielowarstwowa konstrukcja postaci i samego scenariusza. Miejscami odnosiłem wrażenie, iż wręcz przesadzono w tym względzie, dodając wciąż więcej i więcej kontekstów do prostej przecież historii. Efekt końcowy (a przynajmniej „efekt przedfinałowy”) się jednak broni i to zarówno jako Zielona Latarnia, jak też jakościowa telewizja.

„Latarnie” (Fot. HBO)

Możecie zatem podejść do serialu HBO jako fani komiksów czy animacji o Zielonych Latarniach i dostaniecie wiele z tego, na co liczycie. Równie dobrze możecie jednak mieć do kosmicznych strażników pokoju stosunek taki jak Hal do swojego superbohaterskiego kostiumu i też będziecie usatysfakcjonowani. „Latarnie” nie wykluczają żadnego z odbiorców (nawet tych niezainteresowanych DCU, choć znajomość uniwersum się przydaje), a przy tym pokazują, iż można doceniać oryginał i równocześnie czasem podchodzić do niego z przymrużeniem oka. Są po prostu więcej niż solidną produkcją, której ambicje sięgają ponad banalny fanserwis.

Powstaje jedynie pytanie, czy akurat taki serial trafi w gusta masowej widowni. Obserwując larum, jakie podniosło się kilka miesięcy temu po niewinnych słowach Lindelofa, a także narzekania na za mało zielony zwiastun, po premierze spodziewam się raczej intensyfikacji głosów niezadowolenia, ale jednocześnie liczę (może naiwnie), iż jakość się w tym wypadku obroni. Bo jej akurat w serialu HBO nie brakuje, podobnie zresztą jak tego nieszczęsnego zielonego koloru. Wystarczy trochę cierpliwości.

Latarnie – premiera 17 sierpnia w HBO i HBO Max

Idź do oryginalnego materiału