Ładne zdania, rytm i rana

kulturaupodstaw.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: fot. Materiały prasowe


O.Cz.: Gdy spytałem o rozmowę, w odpowiedzi usłyszałem, iż każda pora jest dobra. Zarówno czwarta rano, jak i po południu. Zaintrygowany stwierdziłem, iż spytam: czy ma pani jaki określony rytm pracy twórczej?

D.P.: Raczej nie. Poezję piszę rzadko, ten tomik kompletowałam całe dziesięć lat. Znacznie częściej piszę fanfiki. Nie wybieram jakiejś konkretnej godziny, jednak to, co mi pomaga, to oczywiście czytanie innych autorów. Gdy się człowiek naczyta, to wiadomo, idiom tego autora siedzi w głowie i pisze się też trochę jak on. Wtedy nabieram też ochoty na tworzenie. A co do rytuałów, to zawsze gdy piszę, słucham muzyki…

O.Cz.: Jakiej?

D.P.: Co do zasady to powiedziałabym, iż musi być patetyczna i rytmiczna, niekoniecznie wybitna, żeby mnie nie rozpraszała, musi być dla mnie tłem. Przy Bachu czy Chopinie łatwo stracić koncentrację na pisaniu. Często to muzyka filmowa; jej charakter zmienia się również w zależności od utworu, jaki chcę napisać. Potem te piosenki kojarzą mi się z konkretnymi wierszami, choć pozornie nie mają z nimi nic wspólnego.

O.Cz.: W takim razie ta muzyka to nie tylko tło. To poniekąd też inspiracja…

D.P.: To akurat trudno określić, ponieważ często całym tym procesem rządzi przypadek. Niekiedy wiersz wychodzi z zasłyszanej piosenki, którą sobie jakoś cyzeluję przez lata. choćby jeżeli przy kolejnym odsłuchaniu treść okazała się czymś zupełnie innym, to nie ma to dla mnie większego znaczenia.

Zresztą to nie musi być choćby utwór muzyczny. Zainspirować mnie może zasłyszane zdanie czy biedronka na parapecie. To każda sytuacja, która jest potencjalnie ciekawa, zabawna i stanowi jakiś rodzaj obserwacji. Przede wszystkim staram się pisać ładne zdania, z ładnym rytmem (to ważne) i tak, by był w nich jakiś sens.

O.Cz.: Wspomniała pani o tym, iż wpierw warto się naczytać. Jacy autorzy służą do tego najlepiej?

D.P.: jeżeli chodzi o rytm, to Barańczak. Nieodmiennie inspirująca jest Achmatowa. Cenię również Krzysztofa Karaska, Roberta Rybickiego, Macieja Woźniaka, no i na pewno Natalie iaz. A co do konkretnych książek, to często wracam do „Kompasu na śniegu” Xavier Farré i „Psa, który zakochał się w tęczy” Tomasza Gerszberga oraz „Jesteśmy ostatnią ciemnością tego lata” Oli Lewandowskiej i „Chamaechory” Damiana Kowala. Od gimnazjum niezmiennie lubię też Herberta.

O.Cz.: Pozwolę sobie zauważyć, iż jestem absolwentem tych samych studiów filologicznych. Czy takie profesjonalne przygotowanie do pisania, jakim są studia literaturoznawcze, nie sprawia czasem, iż boi się pani przeteoretyzowania swoich wierszy?

D.P.: Myślę, iż duży wpływ na moje pisanie ma formalizm rosyjski oraz Derrida. Iser i Szkłowski. Filozoficznie istotny jest dla mnie też Levinas. Teoria literatury dostarcza masę świetnych tez, frazesów, którymi można się potem bawić, jednak uważając przy tym, by nie uczynić wierszy wsobną zabawą dla polonistów, taką pozytywką kręcącą się tylko dla kilku osób.

O.Cz.: Dużo mówi pani o fanfikach. Co daje ta forma?

D.P.: Fanfik to naturalny odruch literacki. W odpowiedzi na tekst powstaje kolejny tekst. To, co nazywamy „apokryfami”, było przecież tym samym: reagowaniem na kanon. Fanfiki są współczesną formą tego samego impulsu. Ludzie od zawsze chcieli wejść w dialog z opowieścią, dopisać coś, zapytać: „a co, jeśli…?”.

fot. Materiały prasowe

Ale bardzo cenię wszystkie formy fandomowej aktywności: fanarty, dyskusje, cosplaye, LARP-y, rekonstrukcję historyczną, organizowanie konwentów, moderowanie forów i administrowanie wikipediami konkretnego fandomu – to jest bardzo ważne dla możliwości tworzenia czegokolwiek w fandomie. Warto dodać, iż archiwiści fandomowi, ci, którzy zapisują i kopiują dany tekst kultury, np. gry wideo, są bardzo niedoceniani, więc jeżeli przypadkiem tu wpadną, to z tego miejsca im dziękuję. Sama tworzę też fanmiksy i dla mnie to bardzo ważna forma interpretacji historii, bohatera, jego relacji.

Fandom to cały ekosystem, wróć – wspólnota, „rzecz-pospolita” fanów, w której gramy swoje role, spieramy się i robimy co jakiś czas rewolucje. Bez tego systemu, bardzo dobrze zorganizowanej społeczności (dużo z tego oparte jest na nieodpłatnym pisaniu, ekonomii daru, pracy wolontariuszy, pracy-zabawie) fanfiki – i wiele innych form ekspresji – byłyby tylko cieniem albo nie istniałyby wcale.

O.Cz.: Ale gdzie przebiega granica między fanfikiem a wierszem?

D.P.: Nie w formie, tylko w kontekście; w wyborze autora, dyskursu i progu: którą grupę społeczną wybrać. jeżeli wiersz o Dawidzie wrzuciłabym na AO3 i otagowała zgodnie z konwencją fandomu, byłby fanfikiem. jeżeli trafia do tomu – jest wierszem. To też załatwia problem AI dla tzw. kultury wysokiej, moim zdaniem.

Wrzucimy coś (współ)tworzonego przez AI do galerii czy pisma literackiego i gestem autora-magika i wskutek umowy społecznej staje się kulturą wysoką; finisz, orkiestra i tusz! Formalnie to niekiedy ta sama praca literacka. Dla mnie najciekawsze jest to, iż oba te światy, fandom i poezja, uczą uważności na czytelnika, ale w zupełnie inny sposób.

O.Cz.: W jaki sposób?

D.P.: Fandom jest niezwykle bezpośredni. Komentujący natychmiast mówią, jak rozumieją tekst, widzą detale, których ja nie planowałam. A jeżeli coś zostało dostrzeżone, to znaczy, iż było możliwe do odczytania.

Bardzo często ktoś pyta: „czy bohater mówi prawdę?”, a ja szczerze odpowiadam: „nie wiem”. jeżeli tekst pozostawia coś w zawieszeniu, to nie po to, bym ja wiedziała więcej niż czytelnik. Nie zaprzątam sobie głowy tworzeniem zaplecza, tylko konstruuję konkretne wrażenie i mam nadzieję, iż w miarę zadziała i się nie zawali. Tekst jest autonomiczny.

O.Cz.: A polityczność? Czy ona wchodzi w pani wiersze?

D.P.: Wchodzi, ale nie jako deklaracja. Bardziej jako pytanie o to, jak konstruujemy wspólnoty, jak opowiadamy o sprawczości, o wykluczeniu. Wiersz jest miejscem, gdzie można odsłonić napięcia, które polityka upraszcza. Zdarza mi się grać dyskursami, ale nigdy w sposób publicystyczny. Interesuje mnie, jak narracje działają: jakie archetypy powracają, jak funkcjonują mity polityczne. Te rzeczy naprawdę mają wpływ na język i na życie, a nie można przecież w pisaniu uciekać od rzeczywistości, politycznej też, skoro się dzieje.

Nie wierzę w propagandowe i ostatnio popularne wśród młodszych pokoleń udawanie, iż czegoś złego nie ma albo iż ludzie dobrzy mają tylko dobre poglądy, a ludzie źli są źli do cna i nie ma co ich próbować zrozumieć.

Nigdy nie wierzyłam w wizję literatury, choćby najbardziej popularnej, jako miejsca ucieczki, czystego eskapizmu… jako taka byłaby nudna. Musimy dać puste miejsce czytelnikowi, ale skoro on to miejsce dostaje i je wypełnia, to nie ucieka od rzeczywistości, przeciwnie – dokłada jej od siebie i podkłada pod tekst, i powstaje coś wspólnego i nowego.

A jeżeli chodzi o dyskurs, to taki mit eskapizmu obserwujemy zadziwiająco często. Czemuś w nas jest więc na rękę udawać, iż fikcja wcale nas nie rusza, bo to „nie jest naprawdę”. To trochę taki dziwny sposób pocieszania się po śmierci ulubionego fikcyjnego bohatera. Co nie jest naprawdę: nasz żal, łzy? Czy sama śmierć bohatera?

O.Cz.: Zmieniła coś w pani pisaniu nagroda Silesiusa?

D.P.: Dodała stresu. Debiut powstawał dziesięć lat. A teraz wszyscy, choćby mój tata, mówią: „To teraz napisz kolejny tom, najlepiej szybko”. Tylko iż drugi tom nigdy nie będzie miał tej samej recepcji. Nagrody dla debiutantów są już poza zasięgiem. Po drugiej książce rywalizuje się z całą sceną — z Honetem, Świetlickim, Rybickim. To zmienia perspektywę.

O.Cz.: A mimo to, czy ma pani plan?

D.P.: Mam tytuł: „Bakszysz dla Joaba”. Jest moim żartobliwym planem zapewnienia sobie (za pomocą tej łapówki) przeszmuglowania do Królestwa Niebieskiego – jak Joab powie, iż wchodzę, to koniec, nikt mu nie podskoczy, może Salomon, ale Salomon ma swoje za uszami (w końcu można by nagrać krwawy film gangsterski o tym, jak wybija brata i jego popleczników) i nie będzie mnie tu sądził człowiek, który rządził królestwem Dawida tak, iż za jego syna się rozpadło. To powód żartobliwy, aczkolwiek źródłowy.

fot. Materiały prasowe

Tytuł przyszedł mi do głowy, kiedy myślałam o Paruzji i Dniu Sądu. To jednak tylko moje rozumienie tego tytułu, każdy czytelnik może rozumieć go po swojemu. Nie ma co z góry przytłaczać innych interpretacji moją własną. Dlatego tak się upieram przy rozdziale autora i tych wszystkich podmiotów czynności twórczych, ponieważ sama o interpretacji tytułu pomyślałem dopiero po jego wymyśleniu, po potknięciu się o niego gdzieś w głowie.

Jest taka fikcyjna, sprzeczna z teologią, aczkolwiek ciekawa, myśl, iż Bóg uczy się człowieka od Hioba i od Chrystusa i w końcu naprawdę go zaczyna rozumieć, dlatego zaczyna wybaczać. To trochę tak, jakby autor patrzył na wiersz i go analizował, taka autoanaliza. Ale to tylko historyjka, próba przelania nieskończoności przez dziurkę od klucza jak wosku w andrzejki, a potem wróżenie z cieni – tym właśnie jest pisanie wierszy!

O.Cz.: Skoro znamy potencjalny tytuł („Bakszysz dla Joaba”), to może zdradzi pani też tematykę?

D.P.: Będzie tam dużo reakcji na narracje biblijne; będzie o polityce, kraju, obowiązku, o Rzeczpospolitej, wojnie, poczuciu końca i doomer generation. Parę innych wierszy, które też pasują, mam rozgrzebanych, niektóre od tygodni, niektóre od lat. Coś z nich skończę. W międzyczasie pewnie pojawi się kilka nowych. W którymś momencie zbiorę takich utworów na tyle dużo, iż starczy na tomik. Tylko nie wiem, czy to przelewanie wosku pójdzie mi tak szybko.

O.Cz.: Zaintrygowały mnie wiersze „Rzeczywistość to nie trauma, to dar” oraz „Katechon” – obydwa wydają mi się stanowić echo pewnej historii, takiej, która pozostawia ranę. Czy mogłaby opowiedzieć o niej więcej?

D.P.: Nie do końca, to akurat długo poprawiane wiersze, osadzone w pewnym dyskursie. Był moment, w którym wszyscy (m.in. czasopisma „Znak”, „Kronos”, „Kontakt”), rzucili się na Agambena i pojęcie katechonu. Kwestia ta do dziś mnie interesuje, bo to podstawa działania Kościoła i paradoksu modlenia się o przyjście Pana, ale odwlekanie jego przyjścia.

Od dziecka marzyłam o końcu świata w kontekście apokaliptycznym, religijnym, politycznym i psychologicznym. Wiem jednak, iż cały ten dramatyzm i teatralność to pułapka. Koniec świata to najłatwiejsze wyjście, nie trzeba się dalej szamotać, cierpieć i współodczuwać cierpienia innych, ponosić trudu pomagania nim.

Te dwa wiersze są sobie przeciwne i pokazują bieguny psychologiczno-teologiczne mojego życia, w którym próbuję przeciągnąć samą siebie przez całe to spektrum. Ostatecznie jednak życie „to nie trauma, to dar”.

O.Cz.: Co pomaga wysnuć takie stwierdzenie?

D.P.: Ostatnio Roger Zelazny, pisarz sci-fi. Oprócz innych piszących, to jeszcze myśl, iż skoro jednak opublikowałam tomik i piszę fanfiki, czyli dodaję do świata i chcę, żeby ktoś przeczytał te moje słowa, to może warto wstać i nie bać się każdego wydarzenia, które choćby jeszcze się nie wydarzyło (tu proszę sobie wyobrazić gif z facepalmem).

W nieunikaniu życia pomaga również muzyka. To też ważne dla moich wierszy. Muszą one brzmieć. choćby jeżeli czytelnik czyta w ciszy, słyszy wewnętrzny puls tekstu.

O.Cz.: Czy poleciłaby pani utwory muzyczne, które mogą pomóc w trudniejszych chwilach?

D.P.: Tak, szczególnie, iż podobno wiele osób zmagających się z różniastymi problemami emocjonalnymi reguluje je sobie muzyką, więc a nuż komuś pomoże.

Lubię Grechuty „by nazwać światło nie trzeba języka, wystarczy oczu przed nim nie zasłaniać” i oczywiście klasyk „ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”.

Ale gdybym musiała wybrać jedną, szczególną piosenkę, to wybiorę tę, która leci tak: „A jak będzie słońce i pogoda, słońce i pogoda, pójdziemy my se z Jankiem do ogroda…”. Śpiewałam jej dużo, kiedy byłam chora na nowotwór kości, dlatego trzeba było mi ciachnąć nogę i ponacinać płuca jak wycinankę łowiecką.

O.Cz.: W pani odpowiedziach często pojawiają się punkty odniesienia – muzyka, religia, (pop)kultura. To one pomagają obrać nam odpowiednią postawę wobec rzeczywistości, w której wciąż jesteśmy w dialogu…

D.P.: Bo literatura jest dialogiczna. choćby jeżeli autor mówi, iż pisze „sam z siebie”, to i tak odpowiada na setki rzeczy: obrazy, mity, języki, narracje. Fanfiki uświadomiły mi to jeszcze mocniej — tam czytelnik reaguje natychmiast, a autor musi oddać tekst w ręce ludzi, którzy interpretują go po swojemu.

Ludzie potrafią pisać fanfiki do reklam, budynków, herbaty, piosenek, obrazów; naśladując wszystkie rodzaje tzw. kultury wysokiej. Robią to w ramach innej społeczności, innych zasad, innej zabawy i innego rozumienia gatunków. W poezji to działa wolniej, subtelniej, ale mechanizm jest ten sam: tekst żyje dalej, zmienia się w oczach innych.

O.Cz.: Czyli autor nigdy nie ma ostatniego słowa?

D.P.: Nigdy. I bardzo dobrze.

O.Cz.: choćby w naszej rozmowie?

Idź do oryginalnego materiału