W swoim canneńskim dzienniczku (wydanym jakiś czas temu jako "Two Weeks in the Midday Sun: A Cannes Notebook") Rogert Ebert opisywał stoisko z filmami sprzed lat, w którym tajemniczy – i zarazem nie-do-końca-godny-zaufania jegomość – sprzedawał tytuły najróżniejszego sortu. Filmy zwykle zrobione nie wiadomo gdzie, przez kogo, za ile, po co i dla kogo.
Zastanawiam się, czy "Teenage Sex and Death at Camp Miasma" w reżyserii Jane Schoenbrun (m.in. "I Saw the Tv Glow") znalazłoby się u niego na stanie, tym bardziej iż większości z tych filmów nie oglądał, a prawa do nich kupował na czuja – zachęciła go okładka, nieszablonowy tytuł lub kraj produkcji. Prawdopodobnie chciałby mieć ten film w swojej kolekcji. Może skusiłyby go kadry z fontannami krwi, tak często przecież pojawiającymi się u Schoenbrun? A może nie polubiłby się ze zbyt samoświadomym przekazem tego slashera?
W "Teenage Sex" wracamy do ejtisowej, VHS-owej estetyki. Kto nie tęskni za VHS-ami, niech pierwszy rzuci kamieniem: to przecież właśnie na nich oglądaliśmy niegdyś slashery i odkrywaliśmy w nich drugie, zupełnie niespodziewane znaczenia lub braliśmy je z ich całym „face value”, ciesząc się z tej bezkompromisowej zabawy. A jako iż jest queerowo, to w tym wypadku głównym punktem odniesienia dla czytelnika może być np. "Uśpiony obóz" z 1983 roku – z tak (nie)sławnym finałem, iż po pierwszym seansie każdy będzie o nim pamiętać. Dylematy tożsamościowe, traktat o fizyczności, zabijanie w imię czegoś "większego" – Schoenbrun bardzo lubuje się w takich klimatach.
Zresztą kto nie tęskni za tymi wszystkimi POV zabójców, ciężkim oddechem i topornym krokiem zagadkowego killera, które Schoenbrun praktycznie proponuje nam już w pierwszej scenie filmu? Co tu dużo mówić – na pewno tęskniła za tym publiczność w Cannes. Jakiś czas temu w popkulturze o tej nostalgii przypomniało nam "The Quarry" – interaktywna gra-horror w klimatach slasherowych, bazująca na naszej tęsknocie za tym, co fizyczne, z duszą i niebędące jeszcze streamingową papką. Podobnie będzie w "Teenage Sex", które na samym starcie wprowadza nas do świata fikcyjnej serii horrorów o obozie Miasma. W świecie przedstawionym przez "Teenage Sex" filmy o Miasmie cieszyły się ogromną popularnością. I choć kontynuacje nie były już tak udane, to i tak oddziaływały na licznych fanów i fanki.
Jedną z nich była młoda reżyserka Kris (znana z "Hacks" Hannah Einbinder), prawdopodobnie alter ego Schoenbrun, której ambicją jest zrealizować remake totalny wspomnianej serii o Miasmie. Kluczy, szuka inspiracji, jest ambitna – to ma być sequel (lub prequel?) przekraczający wszelkie granice (pierwszy metawątek – cel samego "Teenage Sex" będzie właśnie taki sam). Podobno jest uzdolniona – jak sama przyznaje, Kris swój pierwszy film nakręciła za "sześć dolarów" i był on remakiem "Psychozy" z perspektywy zasłony prysznicowej. Wtedy zaczyna wkradać się ironia, bo tak na dobrą sprawę moglibyśmy napisać, iż "Teenage Sex" jest remakiem tego, czym tak naprawdę jest śmierć w slasherze i jaką tak naprawdę ma wartość. Czyli będzie jeszcze gęściej, bo Schoenbrun od początku flirtuje z geniuszem i grafomanią. Ale to od odbioru widza zależy, z kim Jane skończy w łóżku.
Tęsknota za tym zaginionym VHS-owym medium oraz za przeżywaniem swojego pierwszego razu – zarówno filmowego, jak i cielesnego (o czym za chwilę) – odgrywa tutaj ogromną rolę, pokazując, iż dla jednych pewne skrajne sytuacje są źródłem sentymentu, a dla drugich źródłem nieograniczonego cierpienia. Reżyserka szuka inspiracji, więc odwiedza Billy Presley (powabna jak zawsze Gillian Anderson), gwiazdę pierwszej części serii o Miasmie. Niegdyś była ona ikoniczną final girl, dziś natomiast przypomina slasherową Normę Desmond (z czego sama się zresztą śmieje). Między kobietami zaczyna iskrzyć, a dodatkowo coś – jakieś widmo (ale czego?) – wisi w powietrzu.
Większość pomysłów Schoenbrun wydaje się nietrafiona, ale niektóre wprawiają w zachwyt – jak choćby to, iż do nakreślenia melancholijno-upiornej atmosfery przy początkowych napisach reżyserka stosuje utwór "Nightswimming" zespołu R.E.M., którego wersy nabierają w przypadku filmu zupełnie nowych znaczeń. Później usłyszymy m.in. "No Ordinary Love" od Sade (również mówiące nam coś więcej o głównym wątku miłosnym), a główny zabójca będzie mordował do chillowego utworu Counting Crows. Na koniec raz jeszcze powróci R.E.M. ze swoim "Supernatural Superserious", trackiem korespondującym z wydźwiękiem całości. Piosenki dobrane do rozlewu krwi od dawna nie dodawały do tej brutalnej treści takiego niewymuszonego romantyzmu.
Kusiło – za sprawą sugestii przyjaciela – by recenzję filmu nazwać "Metacritic", ale padło jednak na "La petite mort". W pewnym momencie – wraz z reżyserką oraz jej przyszłą muzą – zaczynamy oglądać pierwszą część tej kultowej serii (seans filmu w ramach filmu). Pojawia się scena seksu między Billy a jej nowym wakacyjnym chłopakiem. W trakcie stosunku gdzieś za rogiem czyha morderca zwany "Little Death" – "mała śmierć", co od razu wprowadza w filmie pewne metaforyczne konotacje. Tematem przewodnim w tym metaslasherze nagle staje się szczytowanie – tylko orgazm uratuje nas ode złego; tylko nadejście małej śmierci wreszcie przyniesie wybawienie. Po raz pierwszy w kinie śmierć w slasherze nie musi być czymś dobitnie złym.
To tylko jeden z licznych metakomentarzy. A te mogą nas pochłonąć lub po prostu się od nich odbijemy – nie ma nic pomiędzy. Film Schoenbrun aż do samych napisów końcowych jesteśmy niejako zmuszeni oglądać heurystycznie, czerpiąc (nie)przyjemność – w zależności od naszej własnej wrażliwości – w odnajdywania coraz to nowych ścieżek interpretacyjnych. Znowu mamy film(y) w filmie i w uważny sposób należy podchodzić do rozumienia głównej linii fabularnej, która, czasami zbyt chaotycznie, momentami aż za bardzo frywolnie, próbuje dotrzeć do brzegu. Queerowość u Schoenbrun oraz część poruszonych kwestii – głównie tych tożsamościowych – jedynie pogłębia gęstość. To slasher², brutalność², romans², seks² i kino². Bo przecież jeżeli mowa o la petite mort, afekcie wprowadzającym nas w zupełnie nową czasoprzestrzeń, to ten film musiał powstać w takiej formie – do kwadratu.
W końcowym rozliczeniu mamy wszystko wszędzie naraz: intertekstualną (i zarazem przeszarżowaną) przygodę pełną metawrażeń. Na pierwszy rzut oka to pełna kontrola nad materiałem – przecież dostajemy klasyczne obieranie cebuli, filmowych warstw kryjących obietnicę czegoś więcej, niż faktycznie dostajemy. To film w filmie (i o filmie zarazem), więc entuzjaści odkrywania sekretów znajdą coś dla siebie. Dla jednych to tzw. "instant classic" i powrót do festiwalowych triumfów. Niech tak będzie, ten film ma w pełni prawo się podobać, jeżeli zaufamy mu już na wstępie i pozwolimy ciągnąć nas za rękę, choćby jeżeli czasami będzie szarpało.
Dla drugich natomiast Schoenbrun w swojej wizji przekroczyła o kilka mostów za daleko. W tym przypadku "Teenage Sex" okaże się rozczarowujące zarówno jako horror (którym nomen omen nie jest), jak i film o inicjacji seksualnej (którym jest, ale te wszystkie warstwy skrywające warstwy są całkiem grubociosane i chwilami trudno się przez nie przebić). Ocena gwiazdkowa to tak naprawdę jedynie sugestia – pojedźcie sami do kampusu Miasma i przekonajcie się, czy zostaniecie tam na dłużej niż jedną noc.
Zastanawiam się, czy "Teenage Sex and Death at Camp Miasma" w reżyserii Jane Schoenbrun (m.in. "I Saw the Tv Glow") znalazłoby się u niego na stanie, tym bardziej iż większości z tych filmów nie oglądał, a prawa do nich kupował na czuja – zachęciła go okładka, nieszablonowy tytuł lub kraj produkcji. Prawdopodobnie chciałby mieć ten film w swojej kolekcji. Może skusiłyby go kadry z fontannami krwi, tak często przecież pojawiającymi się u Schoenbrun? A może nie polubiłby się ze zbyt samoświadomym przekazem tego slashera?
W "Teenage Sex" wracamy do ejtisowej, VHS-owej estetyki. Kto nie tęskni za VHS-ami, niech pierwszy rzuci kamieniem: to przecież właśnie na nich oglądaliśmy niegdyś slashery i odkrywaliśmy w nich drugie, zupełnie niespodziewane znaczenia lub braliśmy je z ich całym „face value”, ciesząc się z tej bezkompromisowej zabawy. A jako iż jest queerowo, to w tym wypadku głównym punktem odniesienia dla czytelnika może być np. "Uśpiony obóz" z 1983 roku – z tak (nie)sławnym finałem, iż po pierwszym seansie każdy będzie o nim pamiętać. Dylematy tożsamościowe, traktat o fizyczności, zabijanie w imię czegoś "większego" – Schoenbrun bardzo lubuje się w takich klimatach.
Zresztą kto nie tęskni za tymi wszystkimi POV zabójców, ciężkim oddechem i topornym krokiem zagadkowego killera, które Schoenbrun praktycznie proponuje nam już w pierwszej scenie filmu? Co tu dużo mówić – na pewno tęskniła za tym publiczność w Cannes. Jakiś czas temu w popkulturze o tej nostalgii przypomniało nam "The Quarry" – interaktywna gra-horror w klimatach slasherowych, bazująca na naszej tęsknocie za tym, co fizyczne, z duszą i niebędące jeszcze streamingową papką. Podobnie będzie w "Teenage Sex", które na samym starcie wprowadza nas do świata fikcyjnej serii horrorów o obozie Miasma. W świecie przedstawionym przez "Teenage Sex" filmy o Miasmie cieszyły się ogromną popularnością. I choć kontynuacje nie były już tak udane, to i tak oddziaływały na licznych fanów i fanki.
Jedną z nich była młoda reżyserka Kris (znana z "Hacks" Hannah Einbinder), prawdopodobnie alter ego Schoenbrun, której ambicją jest zrealizować remake totalny wspomnianej serii o Miasmie. Kluczy, szuka inspiracji, jest ambitna – to ma być sequel (lub prequel?) przekraczający wszelkie granice (pierwszy metawątek – cel samego "Teenage Sex" będzie właśnie taki sam). Podobno jest uzdolniona – jak sama przyznaje, Kris swój pierwszy film nakręciła za "sześć dolarów" i był on remakiem "Psychozy" z perspektywy zasłony prysznicowej. Wtedy zaczyna wkradać się ironia, bo tak na dobrą sprawę moglibyśmy napisać, iż "Teenage Sex" jest remakiem tego, czym tak naprawdę jest śmierć w slasherze i jaką tak naprawdę ma wartość. Czyli będzie jeszcze gęściej, bo Schoenbrun od początku flirtuje z geniuszem i grafomanią. Ale to od odbioru widza zależy, z kim Jane skończy w łóżku.
Tęsknota za tym zaginionym VHS-owym medium oraz za przeżywaniem swojego pierwszego razu – zarówno filmowego, jak i cielesnego (o czym za chwilę) – odgrywa tutaj ogromną rolę, pokazując, iż dla jednych pewne skrajne sytuacje są źródłem sentymentu, a dla drugich źródłem nieograniczonego cierpienia. Reżyserka szuka inspiracji, więc odwiedza Billy Presley (powabna jak zawsze Gillian Anderson), gwiazdę pierwszej części serii o Miasmie. Niegdyś była ona ikoniczną final girl, dziś natomiast przypomina slasherową Normę Desmond (z czego sama się zresztą śmieje). Między kobietami zaczyna iskrzyć, a dodatkowo coś – jakieś widmo (ale czego?) – wisi w powietrzu.
Większość pomysłów Schoenbrun wydaje się nietrafiona, ale niektóre wprawiają w zachwyt – jak choćby to, iż do nakreślenia melancholijno-upiornej atmosfery przy początkowych napisach reżyserka stosuje utwór "Nightswimming" zespołu R.E.M., którego wersy nabierają w przypadku filmu zupełnie nowych znaczeń. Później usłyszymy m.in. "No Ordinary Love" od Sade (również mówiące nam coś więcej o głównym wątku miłosnym), a główny zabójca będzie mordował do chillowego utworu Counting Crows. Na koniec raz jeszcze powróci R.E.M. ze swoim "Supernatural Superserious", trackiem korespondującym z wydźwiękiem całości. Piosenki dobrane do rozlewu krwi od dawna nie dodawały do tej brutalnej treści takiego niewymuszonego romantyzmu.
Kusiło – za sprawą sugestii przyjaciela – by recenzję filmu nazwać "Metacritic", ale padło jednak na "La petite mort". W pewnym momencie – wraz z reżyserką oraz jej przyszłą muzą – zaczynamy oglądać pierwszą część tej kultowej serii (seans filmu w ramach filmu). Pojawia się scena seksu między Billy a jej nowym wakacyjnym chłopakiem. W trakcie stosunku gdzieś za rogiem czyha morderca zwany "Little Death" – "mała śmierć", co od razu wprowadza w filmie pewne metaforyczne konotacje. Tematem przewodnim w tym metaslasherze nagle staje się szczytowanie – tylko orgazm uratuje nas ode złego; tylko nadejście małej śmierci wreszcie przyniesie wybawienie. Po raz pierwszy w kinie śmierć w slasherze nie musi być czymś dobitnie złym.
To tylko jeden z licznych metakomentarzy. A te mogą nas pochłonąć lub po prostu się od nich odbijemy – nie ma nic pomiędzy. Film Schoenbrun aż do samych napisów końcowych jesteśmy niejako zmuszeni oglądać heurystycznie, czerpiąc (nie)przyjemność – w zależności od naszej własnej wrażliwości – w odnajdywania coraz to nowych ścieżek interpretacyjnych. Znowu mamy film(y) w filmie i w uważny sposób należy podchodzić do rozumienia głównej linii fabularnej, która, czasami zbyt chaotycznie, momentami aż za bardzo frywolnie, próbuje dotrzeć do brzegu. Queerowość u Schoenbrun oraz część poruszonych kwestii – głównie tych tożsamościowych – jedynie pogłębia gęstość. To slasher², brutalność², romans², seks² i kino². Bo przecież jeżeli mowa o la petite mort, afekcie wprowadzającym nas w zupełnie nową czasoprzestrzeń, to ten film musiał powstać w takiej formie – do kwadratu.
W końcowym rozliczeniu mamy wszystko wszędzie naraz: intertekstualną (i zarazem przeszarżowaną) przygodę pełną metawrażeń. Na pierwszy rzut oka to pełna kontrola nad materiałem – przecież dostajemy klasyczne obieranie cebuli, filmowych warstw kryjących obietnicę czegoś więcej, niż faktycznie dostajemy. To film w filmie (i o filmie zarazem), więc entuzjaści odkrywania sekretów znajdą coś dla siebie. Dla jednych to tzw. "instant classic" i powrót do festiwalowych triumfów. Niech tak będzie, ten film ma w pełni prawo się podobać, jeżeli zaufamy mu już na wstępie i pozwolimy ciągnąć nas za rękę, choćby jeżeli czasami będzie szarpało.
Dla drugich natomiast Schoenbrun w swojej wizji przekroczyła o kilka mostów za daleko. W tym przypadku "Teenage Sex" okaże się rozczarowujące zarówno jako horror (którym nomen omen nie jest), jak i film o inicjacji seksualnej (którym jest, ale te wszystkie warstwy skrywające warstwy są całkiem grubociosane i chwilami trudno się przez nie przebić). Ocena gwiazdkowa to tak naprawdę jedynie sugestia – pojedźcie sami do kampusu Miasma i przekonajcie się, czy zostaniecie tam na dłużej niż jedną noc.














