Kulturalnie polecamy i ostrzegamy. „Złodziej z przypadku” to inny Aronofsky. A nowy Mata męczy

polityka.pl 4 godzin temu
Zdjęcie: mat. pr.


W kontekście całego dorobku Aronofsky’ego „Złodziej...” może okazać się błahostką, oddechem między poważniejszymi projektami, ale nie ulega wątpliwości, iż był to oddech potrzebny. W roli głównej przystojny abnegat, w tle rywalizacja nowojorskich gangów, stawką w niebezpiecznej grze są 4 mln dol., a wszystko w realiach schyłkowych lat 90. „Złodziej z przypadku” to pierwsza tak ostentacyjna wyprawa Darrena Aronofsky’ego na terytorium kina rozrywkowego. Co nie znaczy, iż reżyser całkowicie rezygnuje z filozoficznych i egzystencjalnych tematów, które do tej pory charakteryzowały jego kino. Tym razem jednak spycha je na drugi plan.

Czytaj też: Hejt i menopauza, czyli trudne pożegnanie „Seksu w wielkim mieście”

Aronofsky jak Guy Ritchie

Hank (Austin Butler) pracuje za barem w obskurnej knajpie. Kiedyś był świetnie zapowiadającym się baseballistą, ale jego karierę skończył tragiczny wypadek, w wyniku którego zginął jego przyjaciel. Hank prowadził wtedy po pijaku, wspomnienia kraksy prześladują go w snach, co jednak nie przeszkadza mu topić stresu w zdecydowanie zbyt dużych dawkach alkoholu.

Jego dziewczyna Yvonne (Zoë Kravitz) chciałaby poważniejszego związku, ale Hank nie potrafi za bardzo ogarnąć swojego życia. A na dodatek wpada w spiralę przemocy, gdy jednego dnia zostaje pobity przez dwóch ruskich gangusów, którzy szukali jego sąsiada, angielskiego punka Russa (Matt Smith), najwyraźniej winnego im bardzo dużo pieniędzy. I to dopiero początek gwałtownych wydarzeń, w które wmiesza się jeszcze dociekliwa policjantka, dwóch bezlitosnych zabójców z żydowskiej mafii, kot Russa, Buddy i jeszcze paru pomniejszych, choć nie mniej niebezpiecznych graczy.

Idź do oryginalnego materiału