Kulturalnie polecamy i ostrzegamy. „Nagi instynkt” wraca do kin. Robi się naprawdę gorąco

polityka.pl 4 godzin temu
Zdjęcie: mat. pr.


„Nagi instynkt” sprawił, iż wielu dorosłych widzów poczuło się bardzo nieswojo, odkrywając w nim swoje głęboko skrywane obsesje. Co ten mroczny thriller erotyczny znaczy w czasach #MeToo i czwartej fali feminizmu? Powracający po 34 latach na duży ekran thriller erotyczny „Nagi instynkt” przeskoczył poprzeczkę kina gatunkowego dzięki wizualnej precyzji, muzyce Jerry’ego Goldsmitha oraz wspaniałym kreacjom Sharon Stone i Michaela Douglasa, nadającym całości hitchcockowski, niemal operowy rozmach. Jednak fundamentem trwałości tego dzieła jest postać Catherine Tramell. W przeciwieństwie do klasycznych femme fatale, które często kończyły jako ofiary własnych intryg, Tramell jest demiurgiem – to ona pisze scenariusz rzeczywistości, w której detektyw Nick Curran wydaje się jedynie pionkiem. Paul Verhoeven stworzył kino, które nie tylko operuje seksem, ale czyni z niego narzędzie brutalnej dominacji intelektualnej.

„Nagi instynkt”: niezdrowe fantazje

„Nagi instynkt” sprawił, iż wielu dorosłych widzów, szczególnie płci męskiej, poczuło się bardzo nieswojo, odkrywając w nim swoje niezdrowe, głęboko skrywane obsesje. Po premierze w 1992 r. perwersyjny obraz Holendra stał się osobliwym testem granic socjopatii i pożądania.

Żeby zrozumieć, dlaczego idiotyczna fabuła o pięknej kobiecie dźgającej kuchennym szpikulcem w trakcie orgazmu swego kochanka, aby sprawdzić, czy ujdzie jej to na sucho, zyskała zawrotną popularność, bijąc rekordy kasowe na całym świecie, trzeba cofnąć się do momentu, w którym ten film powstał. George H.W. Bush w Białym Domu, konserwatywna rewolucja na fali, przemysł filmowy duszący się w gorsecie moralno-obyczajowej poprawności, z szalejącą epidemią AIDS na horyzoncie, nakręcającą spiralę histerycznej homofobii ciągnącej się od ery Reagana. W tym świecie homoseksualność wciąż była kojarzona z marginesem społecznym i przemocą, a ówczesne granice akceptowalnej erotyki w kulturze mainstreamu ustalił inny wielki przebój – „9 i pół tygodnia”.

Idź do oryginalnego materiału