Kulturalnie polecamy i ostrzegamy. „Dzień objawienia” to w dorobku Spielberga tylko przypis | Kulturalnie polecamy i ostrzegamy. „Dzień objawienia”, czyli Spielberg w Archiwum X. W jego dorobku to tylko przypis

polityka.pl 5 godzin temu
Zdjęcie: mat. pr.


Steven Spielberg jako niekwestionowany mistrz kina gatunkowego wciąż wie, jak przyciągnąć uwagę widzów. Mimo to jego najnowszy film „Dzień objawienia” udał się w najlepszym razie połowicznie. Temat spotkań z UFO i odwiedzin przedstawicieli obcych cywilizacji na Ziemi pojawia się w twórczości Stevena Spielberga od czasów jego młodości. Teraz reżyser wraca do niego po dwudziestoletniej przerwie, a część krytyków zdążyła już okrzyknąć jego nowy film najlepszym blockbusterem od lat. Nie przyłączę się do chóru entuzjastów: „Dzień objawienia” udał się w najlepszym razie połowicznie, choć to przede wszystkim wina banalnego scenariusza. Realizacja bywa imponująca, aktorstwo bez zarzutu, ale w historię, którą opowiada, trudno się emocjonalnie zaangażować.

Spielberg nie bawi się w żadne wprowadzenia. Niczym w filmach o Indianie Jonesie wrzuca widzów w sam środek akcji: Daniel (Josh O’Connor), ekspert od cyberbezpieczeństwa i genialny matematyk, ucieka przed dowodzonymi przez Noah Scanlona (Colin Firth) agentami Wardexu, organizacji blisko współpracującej z Departamentem Obrony. Pracował dla niej przez jakiś czas, wyniósł wrażliwe i ściśle tajne dane na temat kontaktów z obcymi. Wierzy – podobnie jak jego zleceniodawca Hugo (Colman Domingo) – iż światu należy się prawda.

W tym samym czasie Margaret (Emily Blunt), ambitna prezenterka telewizyjna, zaczyna się dziwnie zachowywać: mówić językami, których nie zna, odczytywać myśli otaczających ją ludzi, wpływać na ich decyzje. Wreszcie na wizji przemawia dziwacznym, klekoczącym językiem, który wszyscy słyszą jako bełkot – tylko Daniel potrafi go zrozumieć: „Nie bój się tego, co nieznane”.

Idź do oryginalnego materiału