Pewnego dnia dostałem wiadomość od słuchacza, który pogratulował mi nowego singla. Ucieszyłem się i jednocześnie zdziwiłem, bo niczego ostatnio nie publikowałem. Skorzystałem z YouTube – wpisałem swój pseudonim, posortowałem wyniki od najnowszych i… zamarłem.
Gdy Twoja marka pracuje na kogoś innego
Zobaczyłem utwór, który widniał pod moim pseudonimem. Tylko, iż nie należał do mnie. Nie opublikowano go też na moim kanale. Zacząłem sprawdzać dalej i zauważyłem, iż osoba, która wykorzystywała moją nazwę, działała od kilku miesięcy, a jej piosenki były dostępne w serwisach streamingowych. Niektóre doczekały się choćby teledysków.
Na początku pomyślałem, iż to zbieg okoliczności, ale gdy odsłuchałem kawałek, poczułem niepokój. Stylistyka była łudząco podobna do mojej. Okładki, opisy, styl komunikacji – wszystko sprawiało wrażenie, jakby ktoś świadomie budował markę na moim terytorium. W głowie zapaliła mi się czerwona lampka. To mogło być celowe działanie.
Najgorsze było jednak to, iż słuchacze myśleli, iż nagrania należą do mnie. Zrozumiałem wtedy, iż ktoś nie tylko podbiera mi nazwę, ale też relacje z ludźmi, które budowałem od sześciu lat.
Niemiłe zaskoczenie
Najbardziej zaskoczyło mnie jednak to, iż osoba posługująca się moim pseudonimem podjęła współpracę z dużą wytwórnią fonograficzną. To pokazuje, iż choćby większe podmioty nie zawsze weryfikują dokładnie, czy dana nazwa jest prawnie bezpieczna. A przecież powinny. Zrozumiałem wtedy, iż muszę formalnie zabezpieczyć swoją nazwę nim ktoś mnie ubiegnie.
Problem, który nie dotyczy tylko „dużych”
Wiele osób myśli, iż takie sytuacje zdarzają się wyłącznie gwiazdom z pierwszych stron gazet. Tymczasem to nieprawda – gdy ktoś jest znany, ryzyko, iż ktoś wykorzysta jego pseudonim, jest znacznie niższe niż w przypadku mniejszych twórców. Brzmi paradoksalnie? A jednak. Duże marki są chronione przez sztaby prawników, a ich nazwy są na tyle rozpoznawalne, iż osoby, które chciałyby ją wykorzystać gwałtownie zostałyby uświadomione, iż nie powinny tego robić. To mniejsi twórcy są najbardziej narażeni.
Ryzyko dotyczy każdego, kto buduje markę w internecie. Wpisując nazwę w wyszukiwarkę, odbiorca nie analizuje dat publikacji ani historii konta. Widzi kilka wyników i zakłada, iż dotyczą one jednego projektu. A marka w muzyce to nie tylko dźwięk. To wizerunek, emocje, konsekwencja i zaplecze, które na pierwszy rzut oka jest niewidoczne.
Sześć lat pracy pod znakiem zapytania
Nie bałem się utraty zasięgów. Bałem się utraty tożsamości. Tego, iż coś, co budowałem przez lata, przestanie być moje. Najbardziej przerażający był scenariusz, w którym tamta osoba formalnie zarejestrowałaby mój pseudonim przede mną. Wtedy to ja używałbym pseudonimu bezprawnie i musiałbym zrezygnować z nazwy, która towarzyszyła mi od początku mojej kariery.
Dochodzi do tego chaos w algorytmach. Gdy ktoś używa Twojej nazwy, serwisy streamingowe głupieją. Może się choćby zdarzyć, iż Twoje single trafią na cudze konto, czego prawdopodobnie nie chciałby żaden twórca.
AI to kolejny problem
Dziś sytuacja pozostało bardziej złożona. Narzędzia AI umożliwiają generowanie piosenek jednym kliknięciem. I o ile są artyści, którzy świadomie z nich korzystają i traktują jako inspirację, jest cała masa osób, które masowo generują piosenki i dystrybuują je na szeroką skalę. Powstały wręcz wytwórnie AI, które każdego dnia zasypują internet swoimi tworami. Żaden artysta nie byłby w stanie wydawać piosenek z taką częstotliwością. Twórcy tych piosenek nie tylko zalewają sieć niskiej jakości treścią, ale też nie zwracają uwagi na to, czy pseudonim pod którym chcą wydawać jest zarejestrowany w Urzędzie Patentowym. Niektórzy jawnie łamią prawo pobierając utwory innych twórców i korzystając z funkcji cover w Suno, która na podstawie istniejącego utworu tworzy jego nową wersję (niektóre osiągają lepsze wyniki niż oryginały). I o ile Suno posiada zabezpieczenia, które ma za zadanie wyłapywać treści komercyjne i nie pozwalać na ich wykorzystywanie, wystarczy zmienić wysokość utworu i tempo, aby je obejść.
To nie jedyny problem – narzędzia do klonowania głosu, generowania muzyki w określonym stylu czy tworzenia deepfake’ów sprawiają, iż kradzież tożsamości stała się banalnie prosta. Technologia rozwija się szybciej niż świadomość prawna wielu użytkowników.
Nikt nie chciałby, aby bez jego wiedzy używano głosu czy wizerunku, którego jest właścicielem, a w tej chwili jest to banalnie proste. Żeby sklonować czyjś głos wystarczy kilkanaście minut materiału źródłowego… Nie chodzi o strach przed postępem, ale o odpowiedzialność za własną markę w świecie, w którym jej kopiowanie jest kwestią kilku kliknięć.
Pojawili się kolejni…
Tuż po tym jak uporałem się z jednym wykonawcą wykorzystujący mój pseudonim… pojawił się kolejny. Jestem po próbie kontaktu z nim, ale do tej pory nie otrzymałem odpowiedzi na moje wiadomości, a mimo podjętych kroków, profil wydający muzykę pod moim pseudonimem przez cały czas funkcjonuje. Zdecydowałem się podjąć współpracę z detektywem, który ma ustalić, kim jest osoba stojąca za tym profilem. Gdy zostanie to zrobione nie pozostanie mi nic innego jak skierowanie sprawy do sądu. To pokazuje, jak wygląda dzisiejszy rynek, w którym pseudonim potrafi być naprawdę cennym elementem działalności w mediach.
Sytuacja ta utwierdziła mnie w przekonaniu, iż rejestracja nazwy była słuszna. Otrzymanie certyfikatu z Urzędu Patentowego to dopiero początek. To narzędzie, które daje Ci ochronę, ale trzeba wiedzieć, jak z niego korzystać. Czasem wystarczy wysłać oficjalne pismo, czasem potrzebne są negocjacje, a czasem sprawa kończy się w sądzie.
Jedno zdanie do artystów i twórców
Jeśli traktujesz swoją twórczość poważnie i to nie jest wyłącznie hobby – zarejestruj swój pseudonim. Budowanie marki na nieopatentowanym gruncie to jak budowa domu na cudzej działce. W każdej chwili ktoś może przyjść i zażądać, abyś się wyniósł.
Nie pozwól na to. Chroń to, co tworzysz.
Autorem artykułu jest Krzysztof Sulwiński, Kristiano.














