"Ktoś musi wiedzieć" podbił Polaków. Za kryminałem Netflixa stoi mroczna historia

natemat.pl 1 godzina temu
Nowy kryminał Netfliksa nie potrzebował choćby dwóch dni, żeby namieszać w rankingach. "Ktoś musi wiedzieć" w błyskawicznym tempie wskoczył na szczyt najchętniej oglądanych seriali w Polsce. Ośmioodcinkowa produkcja z Chile inspiruje się prawdziwymi wydarzeniami – zagadkowym zaginięciem studenta w latach 90.


Punktem wyjścia "Ktoś musi wiedzieć" ("Alguien tiene que saber") jest nagłe zniknięcie młodego chłopaka w Chile, które uruchamia wielowątkowe śledztwo. "Nikt nie jest w stanie znaleźć zaginionego chłopca. Oczywista sprawa, w której jednak nie ma żadnych tropów. Trzysta osób wokoło i nikt nic nie widział?" – pisze o swoim serialu kryminalnym Netflix.

O czym jest "Ktoś musi wiedzieć"? Chilijski serial jest hitem Netflixa


Serial Netflixa opowiadany jest z kilku perspektyw. Najważniejszą postacią jest matka zaginionego, która za wszelką cenę próbuje dotrzeć do prawdy o losie jej syna. Równolegle śledzimy działania zdeterminowanego detektywa oraz księdza, który uparcie milczy.

W roli walczącej matki oglądamy Paulinę Garcíę, a partneruje jej Alfredo Castro jako policjant, który nie potrafi odpuścić śledztwa, choćby gdy napotyka kolejne ściany. Na drugim planie pojawiają się m.in. Clemente Rodríguez, Lucas Céspedes Collins i Gabriel Cañas.



Za serial odpowiada studio Fábula oraz producenci Juan de Dios Larraín i Pablo Larraín, uznany reżyser filmów "Jackie" o Jackie Kennedy, "Spencer" o księżnej Dianie i "Marii Callas". Za kamerą stanęli Pepa San Martín i Fernando Guzzoni, którzy postawili na realizm i powolne tempo narracji, zamiast na fabularne fajerwerki i spektakularną akcję.

Inspiracją dla serialu była jedna z najbardziej tajemniczych spraw kryminalnych w historii Chile – zaginięcie Jorge Matute Johnsa. Nie obyło się jednak bez kontrowersji. Rodzina Johna sprzeciwiła się powstaniu serialu ze względów etycznych i obawiała się, jak produkcja wpłynie na jego starszą matkę. Twórcy nie rekonstruują jednak sprawy jeden do jednego, ale jedynie bazują na zaginięciu Jorge i najważniejszych faktach.

"Ktoś musi wiedzieć" jest oparte na faktach i opowiada o zaginięciu Jorge Matute Johnsa


Co zdarzyło się naprawdę? W listopadzie 1999 roku 23-letni student inżynierii leśnej wybrał się ze znajomymi do klubu nocnego "La Cucaracha" w mieście Concepción i… nigdy nie wrócił do domu. Ostatni raz widziano go tej nocy, potem ślad po nim się urwał.

Sprawa od początku była zagadkowa. Pojawiały się sprzeczne zeznania świadków, wątpliwości wokół pracy służb oraz teorie o możliwym udziale osób trzecich. Śledztwo ciągnęło się latami, a rodzina – zwłaszcza matka Jorge – nie przestawała walczyć o prawdę.

Dalszy ciąg artykułu poniżej.

Uwaga, dalej piszemy o szczegółach sprawy, które zdradzają fabułę serialu "Ktoś musi wiedzieć".

Przełom nastąpił dopiero w 2004 roku, kiedy nad brzegiem rzeki Biobío odnaleziono szczątki zaginionego. Jednak choćby to nie przyniosło odpowiedzi na pytanie, co dokładnie wydarzyło się tamtej nocy. Okoliczności śmierci Jorge pozostawały nieznane przez ponad dekadę, a sprawa stała się symbolem niewydolności systemu i błędów w dochodzeniu.

Dopiero po ekshumacji w 2014 roku ustalono, iż Jorge Matute Johns został otruty pentobarbitalem – silnym środkiem o działaniu uspokajającym. Kto otruł chłopaka? Analizowano różne hipotezy – od możliwego udziału pracowników klubu, przez wątki związane z handlem narkotykami, aż po sugestie, iż sprawa mogła być tuszowana przez wpływowe osoby. Kontrowersje budziła również tajemnica spowiedzi, która według niektórych miała utrudniać dotarcie do prawdy.

Mimo licznych przesłuchań i kolejnych prób wznowienia śledztwa, nikt nie został prawomocnie skazany za zabójstwo. Śmierć Jorge Matute Johnsa do dziś pozostaje więc zagadką i wciąż budzi ogromne emocje.

Idź do oryginalnego materiału