Książka kosztuje prawie 60 zł, a autor dostaje niecałe 3 zł. Rynek ma problem

300gospodarka.pl 1 godzina temu

Ile zarabiają autorzy książek? Według raportu Polskiej Sieci Ekonomii z 2025 r. średnio za jeden sprzedany egzemplarz dostają 2,87 zł, mimo iż średnia cena detaliczna oscyluje wokół 58,50 zł. Unia Literacka walczy o ustawowe minimum na poziomie 10 proc. ceny okładkowej.


Spór o wynagrodzenia autorów wraca od lat, ale liczby pokazują, dlaczego środowisko tak mocno naciska na regulacje. Według raportu Katarzyny Boni dla Unii Literackiej z 2022 r. co trzeci uznany polski autor nie osiąga choćby postulowanego progu 10 proc. od ceny okładkowej.


Problem tkwi też w konstrukcji umów. Tylko 16 proc. kontraktów wydawniczych opiera się na cenie okładkowej. Pozostałe bazują na cenie faktycznej, czyli tej po rabatach, promocjach i rozliczeniach dystrybucyjnych. Dla autora taka podstawa bywa trudna do samodzielnego sprawdzenia. Z tego powodu część autorów przerzuca się na self-publishing, czyli samodzielne wydanie książki. W tym modelu mogą zachować choćby 70 proc. przychodu z każdego egzemplarza.

Książka za 60 zł, honorarium od niższej kwoty


Standardowe honorarium autora w polskim wydawnictwie wynosi zwykle 8-12 proc. Taka stawka na papierze może wyglądać uczciwie, dopóki nie pojawi się pytanie: od jakiej kwoty jest liczona?


Książka z ceną okładkową 60 zł często trafia do sprzedaży po rabatach za 35-40 zł. jeżeli umowa liczy wynagrodzenie od niższej ceny, autor dostaje procent nie od kwoty widocznej na okładce, ale od ceny faktycznej. To znacząco zmniejsza jego zarobek z egzemplarza.


Do tego dochodzi brak bieżącego wglądu w sprzedaż. Autor zwykle dostaje rozliczenie raz na pół roku albo raz w roku. Prawa do tytułu mogą być zablokowane na lata, choćby jeżeli książka przestaje być aktywnie promowana albo znika z głównego obiegu sprzedażowego.


– Polski rynek książki od lat działa na zasadach, które autorzy akceptują z konieczności, a środowisko czeka na regulację od blisko 30 lat. Dobrze, iż Unia Literacka ten temat nagłaśnia, choć realizacja jej postulatów może zająć kolejną dekadę. Dlatego część autorów wchodzi w rolę przedsiębiorcy i wybiera drogę self-publishingu, wymagającą, ale też bardziej opłacalną – zauważa Krzysztof Bartnik, prezes i założyciel Imker, autor książki „Rok Twórcy – 102 porady, które zmienią Twój biznes online”.

Self-publishing pokazuje inną matematykę


Self-publishing oznacza, iż autor wydaje książkę samodzielnie, bez tradycyjnego wydawnictwa. Sam odpowiada za proces, ale też przejmuje większą część pieniędzy ze sprzedaży. Nie dzieli marży z wydawcą i tradycyjną dystrybucją w takim samym układzie jak przy klasycznej umowie.


Najgłośniejszym polskim przykładem tego modelu jest Michał Szafrański, autor „Finansowego Ninja”, jednej z najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych w Polsce. W maju 2026 r., podczas konferencji Influencers Live Wrocław, pokazał dane po niemal 10 latach sprzedaży: 130 tys. egzemplarzy, 11 mln zł przychodu brutto i 7,5 mln zł dochodu przed opodatkowaniem.


To daje marżę na poziomie 73 proc. Szafrański zestawił ten wynik z hipotetycznym scenariuszem u tradycyjnego wydawcy. Przy sprzedaży tych samych 130 tys. egzemplarzy, stawce 10 proc. ceny netto i maksymalnej cenie okładkowej 49,90 zł brutto, którą zaproponował wydawca, honorarium wyniosłoby 4,75 zł od egzemplarza przed opodatkowaniem. Łącznie dałoby to 617 tys. zł.


Różnica jest ogromna. Samodzielne wydanie przyniosło autorowi ponad 12 razy więcej niż model wydawniczy z tego wyliczenia. Żeby u wydawcy zarobić tyle, ile Szafrański zarobił w self-publishingu, sprzedaż musiałaby sięgnąć 1,6 mln egzemplarzy.


– Marża 73 proc. to skutek tego, iż między mną a czytelnikiem nie ma nikogo – powiedział Szafrański podczas panelu na Influencers Live.

Bez pośrednika zostaje więcej pieniędzy


Szacunki Imker, firmy wspierającej autorów, którzy wybierają self-publishing, pokazują podobną logikę. Autor sprzedający książkę bez wydawcy i bez tradycyjnej dystrybucji może zachować do 70 proc. przychodu z każdego egzemplarza.


Jeśli w łańcuchu pojawia się zewnętrzny dystrybutor, ale przez cały czas bez wydawcy, udział autora spada do około 40 proc. To wciąż znacznie więcej niż standardowe honorarium w klasycznym modelu, choć porównanie nie jest całkiem proste.


Dlaczego? W tradycyjnym wydawnictwie część kosztów i obowiązków przejmuje wydawca. Wnosi redakcję, korektę, projekt graficzny, skład, dystrybucję do księgarń, kontakty medialne i doświadczenie w prowadzeniu książki przez rynek. Dla autora bez własnej społeczności, zaplecza sprzedażowego i budżetu może to być wartość.


Tyle iż klasyczny model ma słaby punkt. Gdy o końcowej cenie decyduje dystrybucja, autor traci kontrolę nad podstawą własnego wynagrodzenia. Może wiedzieć, ile wynosi cena okładkowa. Niekoniecznie widzi na bieżąco, po jakiej cenie książka faktycznie się sprzedaje i jak to przekłada się na jego rozliczenie.

Wyższa marża ma swoją cenę


Sprzedaż bezpośrednia zmienia układ sił, ale nie jest prostą drogą dla wszystkich. Autor przejmuje obowiązki, które w tradycyjnym modelu wykonuje wydawnictwo albo firmy współpracujące. Musi dopilnować redakcji, projektu, przygotowania plików, druku, marketingu, płatności, obsługi zamówień, wysyłki i zwrotów.


Każdy z tych elementów kosztuje. Czasem pieniądze, czasem czas, często jedno i drugie. Self-publishing bez planu, budżetu i dostępu do odbiorców może być droższy i bardziej ryzykowny niż klasyczna umowa wydawnicza.


Najlepszy start mają autorzy, którzy już posiadają własną publiczność: newsletter, kanał na YouTubie, blog, podcast albo aktywną społeczność w mediach społecznościowych. Wtedy nie muszą zaczynać od zera. Mają komu opowiedzieć o książce i mogą budować sprzedaż bez pośredników.


– Ustawa o 10 proc. od ceny okładkowej ma szansę zmienić strukturę całego rynku wydawniczego i kibicuję temu, żeby weszła w życie. Ale jedno drugiego nie wyklucza: autorzy mają dziś alternatywę w postaci własnego kanału sprzedaży, publiczności i danych o odbiorcach – mówi Krzysztof Bartnik. – Przykład Michała Szafrańskiego jest spektakularny, ale mechanizm, który stoi za jego sukcesem, da się zastosować do innych autorów, jedynie na mniejszą skalę. Wynika on z tego, iż pomiędzy autorem a czytelnikiem nie ma żadnego pośrednika, a to przekłada się na marżę.

Autor staje się przedsiębiorcą


W self-publishingu pisanie książki jest tylko jednym z etapów. Autor musi myśleć jak wydawca, sprzedawca i właściciel małego biznesu. Musi znać koszty, przewidywać nakład, zaplanować kampanię, sprawdzić marżę i zdecydować, czy sam obsłuży logistykę, czy powierzy ją zewnętrznej firmie.


Imker deklaruje, iż obsługuje fulfillment, logistykę i sprzedaż bezpośrednią dla ponad 300 autorów. Fulfillment oznacza zaplecze sprzedaży internetowej: magazynowanie, pakowanie i wysyłkę zamówień. Z takiego wsparcia korzystają zarówno twórcy, którzy wcześniej wydawali tradycyjnie, jak i autorzy nisz zbyt wąskich dla dużych wydawnictw.


Bartnik przekonuje, iż przed wyborem ścieżki wydawniczej autor powinien policzyć oba scenariusze. Nie chodzi o automatyczne uznanie self-publishingu za lepszy model, ale o rzetelną analizę: ile wyniosą koszty, jaka może być sprzedaż, jak wygląda marża i kto ma dostęp do danych o czytelnikach.


– Nikogo nie przekonujemy, iż self-publishing jest domyślnie lepszy. Zachęcamy, żeby przed każdą decyzją wydawniczą, przeprowadzić rzetelną analizę na liczbach, a nie polegać na złudnej nadziei, iż tym razem umowa z wydawcą będzie lepsza. Realia pokazują, iż to drugie to mrzonka i na książce przez cały czas zarabiają przede wszystkim pośrednicy i wydawca, a nie autor – dodaje Krzysztof Bartnik.

Rynek książki czeka na ustawę, autorzy szukają wyjścia


Postulat Unii Literackiej jest prosty: autor powinien mieć zagwarantowane minimum 10 proc. od ceny okładkowej. Taka zmiana przesunęłaby część pieniędzy w stronę twórców i ograniczyła sytuacje, w których wynagrodzenie liczone jest od kwoty trudnej do zweryfikowania.


Nie wiadomo jednak, jak gwałtownie taka regulacja mogłaby wejść w życie i w jakim kształcie. Rynek książki jest złożony, a każdy ruch dotyczący wynagrodzeń autorów wpływa też na wydawców, księgarnie, dystrybutorów i ceny dla czytelników.


Dlatego część twórców sprawdza drugi tor. Self-publishing daje większą kontrolę nad ceną, sprzedażą, danymi i relacją z czytelnikiem. W zamian wymaga kompetencji, których tradycyjnie od pisarza nie oczekiwano: marketingu, analityki, obsługi sprzedaży i gotowości do ponoszenia ryzyka.


Dla jednych autorów wydawnictwo przez cały czas będzie najlepszą drogą. Dla innych samodzielne wydanie może oznaczać większą niezależność i znacznie wyższy udział w przychodach. Jedno jest pewne: przy średnim wynagrodzeniu 2,87 zł za sprzedany egzemplarz coraz więcej twórców będzie pytać nie tylko o to, kto wyda ich książkę, ale też kto naprawdę na niej zarabia.




Polecamy również:



  • „Dzieci naklikały”, „pies był chory”. Tak dłużnicy tłumaczą brak spłaty

  • Ścieki znikają z systemu. Co roku skala dorównuje jednej trzeciej Śniardw

  • Stres pourlopowy odbiera ostatni dzień wolnego. Problem nie kończy się na mailach

Idź do oryginalnego materiału