Seria Krzyk zatacza kolejne koło, o ile można tak powiedzieć o filmach słynących z meta komentarzy. To przetasowaniach w obsadzie i nowojorskim epizodzie, Krzyk 7 wraca do tego, co sprawdzone, znane i lubiane. Zasłużone „długo i szczęśliwie” Syndey Prescott nie trwało długo.
Opening filmu Krzyk 7 to zastrzyk nostalgii, kiedy wraz z bohaterami wkraczamy do domu Machera i oglądamy pozostawione na podłodze kontury ciał z pierwszej masakry. A czym kończy się nadmierna fascynacja filmami z serii Stab? Albo zostajesz Ghostface’m, albo giniesz z jego rąk. I mimo iż nasz zamaskowany morderca miał wycieczkowy epizod w Nowym Jorku, gwałtownie wrócił na stare tropy, po raz kolejny biorąc na celownik Sydney Prescott i jej rodzinę. Z naciskiem na jej nastoletnią córką, Tatum, której chłopak także lubi zakraść się przez okno, jak kiedyś Billy.
Przez cały film będziemy obserwować, jak historia się powtarza. Nie mam na myśli nudy, czy soft remake’u. Obserwujemy jednak zmienną dynamikę matki i córki. Sydney ma na celu przede wszystkim odcięcie Tatum od bolesnej i krwistej przeszłości, a także uchronienie jej od powtórki horroru, który sama przeżyła. Zachowania chłopaka dziewczyny, ani jej bliźniaczo podobna grupa znajomych zupełnie w tym nie pomagają. Co więcej, wszyscy fani historii Sydney upatrują w Tatum the legacy – która powinna być równie twarda i charakterna, a zupełnie nie jest. A jak wiemy, Krzyk nigdy się nie kończy i potrzebuje swojej final girl.
Ta zmiana toru w serii jest bardzo widoczna, tym bardziej, iż film próbuje podważyć zasadność poprzednich nowojorskich części. Kontrowersje wokół produkcji i obsadu doprowadziły do tego, iż dialogi nieustannie podkreślają nam centralną pozycję Sydney Prescott. Trochę jest w tym przesady, a trochę żalu, iż z perpektywy czasu wielkomiejsce eksperymenty serii uważa się na błąd. Bo pod każdym względem Krzyk 7 wraca do korzeni. To nie tylko postacie. To sceneria, to liczne powroty do nazwisk sprzed lat, to kolejne podanie w wątpliwość schematów działania Ghostface’a.
Fot. Materiał promocyjnyMiłą i dobrze wykorzystaną odmianą jest natomiast włączenie technologii do fabuły. Dużą rolę odgrywa tutaj sztuczna inteligencja, ale też alarmy, kamery, komunikatory. Czasem wypada to głupiutko – Sydney szukająca zasięgu przez dłuższą chwilę, żeby powiedzieć córce, iż nie zdaży na czas? Please… Ale na przykład atakowanie mordercy w oparciu o obraz z kilku kamer ustawionych pod różnym kątem? Całkiem nieźle. To wszystko dobrze równoważy nacisk na lata 90.
Zobacz również: Krzyk VI – recenzja filmu. O co tyle Krzyku?
Niezmiennie też film zapewnia nam dobrą zabawę. Ja również jestem wielką fanką serii, mimo iż zabrałam się za nią dopiero z dwie części temu. Krzyk 7 przynosi nam jednak wszystko, co znamy i kochamy. Groteskowe, krwiste morderstwa? Oczywiście. Metatekstualne odwołania do początków? Na miejscu, ze specjalną nutką nostalgii. Porozsiewane wskazówki i zmyłki na temat tożsamości mordercy? Przyznaję, na moment dałam się zmylić. Chociaż tu akurat mieliśmy lepsze zakończenia – ale pozostawiam do oceny własnej.
Czy warto wybrać się na ten film do kina? Zdecydowanie. Seria zawraca co prawda z bardziej eksperymentalnego tonu, ale sprawdzone rozwiązania tak samo bawią i zapewniają rozrywkę. Nostalgiczny powrót świetnie wpisuje się w wątek kolejnego pokolenia, nie sprawia też wrażenia wpisanego na siłę, mimo zawirowań poprzednich części. A do tego mamy lekki powiew świeżości w postawi nowych technologii. Czego tu nie lubić?
Fot. główna: Kadr z filmu.













