Jointa całkiem nieźle opala się w pojedynkę, ale bongo to już poważniejsza sprawa – potrzeba tu przynajmniej drugiego zestawu płuc. Z autopsji wie o tym Dylan Meyer i dlatego swój debiutancki film otwiera obrazem kłębów dymu przepływających przez kolejne szklane tuby, zabrązowione serwery i bąbelkujące resztki cuchnącej wody. Marihuanowe spaliny lecą tak aż do ustników i dalej – do ulepionych ziołem trzewi Kristen Stewart i Alii Shawkat. W tym srogim buchu, wykrztuszanym moment później przez leżące na kanapie dziewczyny, reżyserka zawiera nie tylko moc, ale i charakterystykę ich przyjaźni. Jest 14:00 rano, środa, słoneczny dzień w Kalifornii, który kusi nieskończonymi możliwościami zasłużonej prokrastynacji. Przed ewentualnym wyjściem z domu wypadałoby jednak coś skręcić na później. A jak dziewczyny i tak już usiadły, to co szkodzi jeszcze raz sprawdzić siłę bongotrona – wspaniałego osiągnięcia domorosłej inżynieryjnej techniki i czyściutkiej (tj. pozbawionej tytoniu) stonerskiej potrzeby.
Kristen Stewart, Alia Shawkat
Z podobnej potrzeby, choć nieco bardziej nostalgicznej, wyszedł także scenariusz "Wrong Girls", który Meyer ukończyła w wieku 25 lat. Dziś ma 38, choć dystans pomiędzy ostatnią kropką w brulionie i ostatnim klapsem na planie nie wziął się wyłącznie z wyzwania, jakim bywa czasem wstanie z kanapy – dobrze znane przejaranym organizmom Frankie (Stewart) i Molly (Shawkat), głównych bohaterek filmu. Większym problemem stały się raczej trudności ze znalezieniem finansów, skądinąd również im nieobce. Projekt mieszający stonerską głupawkę, science-fiction i rozchodzący się w szwach kryminał à la "Big Lebowski" musiał swoje kosztować. Kłopot w tym, iż studia filmowe przerażone inwestowaniem w komedię – chciałyby też swoje zarobić. Impas ten mógłby trwać kolejne nasto-lecia, gdyby na horyzoncie nie zamajaczyła bandera studia Point Grey: jednego z tych, którego włodarze nie tylko ściągną buszka, ale i dorzucą więcej tematu, bo rządzą nim w końcu uchachane usta i wiecznie przekrwione oczy Setha Rogena i Evana Goldberga. Po jednej stronie więc entuzjazm wytwórni, dostrzegającej prawdziwy potencjał w brawurowym dziewczyńskim kręceniu. Po drugiej ekscytacja Kristen Stewart (prywatnie żony Meyer), która uwierzyła, iż jej partnerka musi zadebiutować reżysersko akurat tą osobistą historią; w pewnym sensie historią wszystkich innych jej historii.
Scenariusz "Wrong Girls" łączy bowiem w sobie dwa sprzeczne aspekty życia Meyer: osobistą beztroskę i twórczą frustrację. Opowieść zainspirowało jej własne życie w Atwater Village w L.A., w wynajmowanym po taniości mieszkaniu ubogim w meble i przestrzeń, za to pełnym marihuany i przyjacielskiej miłości. Trwająca około pięciu lat kalifornijska codzienność ze współlokatorką i bestie w osobie Maggie McLean (poźniejsza producentka "Wrong Girls") to z perspektywy wywiadów z roku 2026 czas "najszczęśliwszy" choćby pomimo szeregu ograniczeń. To również okres motywujący powstanie jej debiutanckiego filmu: aktywnie przeżywany stan zawieszenia pomiędzy dzieciństwem a samodzielną dorosłością, który dezorientująco nie wydawał się kobietom należycie reprezentowany w kinie głównego nurtu. Mówiąc szczerze – żadnego nurtu. W tych wszystkich zabawnych filmach o męskiej przyjaźni, które oglądałam, dorastając, nigdy nie umiałam znaleźć kogoś takiego jak ja – i nie rozumiem, dlaczego tak było. Seth Rogen mógł robić filmy ze swoimi idiotycznymi kumplami o tym, iż są idiotami. A ja przecież też jestem idiotką! – wspomina Meyer.
LaKeith Stanfield, Kate McKinnon
Trudno rzetelnie powiedzieć, czy zbudowane z doświadczeń Meyer bohaterki "Wrong Girls" w rzeczywistości są "idiotkami". Łatwiej powiedzieć, iż tak odmienna "dziewczyńska" jakość filmu rozczarowująco kończy się tu na samej deklaracji. Na pierwszy plan wychodzi raczej neutralne płciowo stonerstwo, rozumiane trochę jako życiowa ścieżka, trochę subkultura, a trochę utrudniająca wszystko bariera chroniąca przed schematami egzystencji nudnych zwyklaków. Przepalone styki przyjaciółek mącą im bowiem czystość percepcji rzeczywistości, a ich relacja z używkami trwa wystarczająco długo, by symptomy odklejki stawały się coraz wyraźniejsze dla otoczenia. Wyrwy w pamięci i porozsypywane wątki budują codzienny tor przeszkód – marihuana w obiektywie reżyserki ma i tę niewygodną adekwatność, która zostaje należycie wykorzystana w filmowym wątku kryminalnym.
Przerw w logicznym myśleniu Meyer używa dla zdekonstruowania rytmiki gatunku, tropem rozpadających się narracyjnie arcydzieł, które robiły to przed nią lepiej: "Długiego pożegnania", wspomnianego już "Big Lebowskiego" czy nowszych "Tajemnic Silver Lake". Jak w niektórych z nich, Frankie i Molly wikłają się w konwencję przypadkiem, znajdując walizkę wypełnioną fiolkami z psychoaktywną substancją. Mocny narkotyk, powstały z lewego jądra gigantycznej ośmiornicy, zapewnia doznania cokolwiek nadprzyrodzone i naprawdę nie trzeba będzie długo czekać, aż w głowach przyjaciółek pojawi się myśl, by przetestować jego działanie na własnych mózgach. Wypicie zawartości fiolek otwiera więc film na szereg tripów: psychodelę gadania ze zwierzętami (Seth Rogen i Kumail Nanjiani grają tu gadające sćpane koty domowe), ucieczkę przed poszukującymi walizki łotrami ze Skandynawii i emocjonalne guilt-tripy, testujące siłę nienaruszalnej zdawałoby się przyjaźni.
Ta przyjaźń jest zresztą najważniejszą otuliną całej historii, zwiera ją jak bletka mieszcząca w swoich sidłach pokruszoną fabułę i tak samo jak bletka – robi to raczej na ślinę. To jednak bezpośredni wynik podejrzanej mieszanki, którą do niej wepchnięto; jak na kilkunastoletnią pracę scenariuszową tekst "Wrong Girls" jest zaskakująco nieprzejrzysty, Meyer nie konstruuje trzeźwo, jej rozbiegane myśli pędzą w przeróżnych, dygresyjnych kierunkach. Jej nowy joint (sięgając do słownika Spike’a Lee) niby się pali, ale przez natłok tematów trudno coś z niego (wy)ciągnąć. Do tego skręcony jest jakąś niesprawną ręką: tu jeden wątek cały czas się odkleja, w innym miejscu nie żarzy się równomiernie, wyczerpując temat zbyt szybko, bez adekwatnej satysfakcji.
W efekcie im bardziej film zasypuje sedno (relację Frankie i Molly) fabularnymi domieszkami innych gatunków, tym mniej czysty okazuje się przepływ, a więc i całe doświadczenie. One po prostu psują ci tripa: chcesz w spokoju posiedzieć z koleżankami w ogrodzie, a z chillu cały czas wybija cię kryminał, science fiction, kino akcji. Wszystkie oczywiście kontestowane i dekonstruowane, więc pozbawione odpowiedniego kopa, który można by poczuć; wszystkie z gruntu przejarane, więc leniwe i nigdy niewyprowadzone poza stonerski nawias. To trochę jak z tymi gadającymi kotami. Niby dubbingują je kumający komedię aktorzy, ale ich obecność ogranicza się do skutego pomysłu, kilku ripost rzuconych gdzieś zza kadru w scenach, dla których zamiast clou są tylko abstrakcyjnym dodatkiem. Wrażenie jest przedziwne: jakbyś ze swoim zjaranym kumplem dubbingował te koty samodzielnie z poziomu fotela, z podobnym zresztą nikłym znaczeniem dla filmowych wydarzeń.
W USA jointów nie kręci się z tytoniem, ale z jakiegoś powodu stonerskie komedie uparcie kręci się, dosypując elementy innych gatunków; tak jakby nie wierząc, iż dobra energia i chemia między protagonistkami zdoła chwycić widza na zwyczajowe 90 minut. Kluczem takich mieszanek jest ich umotywowanie: czasem, jak w przypadku "Wady ukrytej", konwencja może być determinowana przez konstrukcję bohatera, stanowić zwierciadło dla jego psychiki. Czasem, tropem "To już jest koniec", może pomóc uwypuklić dylematy charakterów oraz motywować, a także uwznioślić ich przemianę na lepsze. W "Wrong Girls" wydaje się raczej wynikiem troski o objętość "jointa". Tak jakby reżyserka bała się, iż tematu nie starczy, więc trzeba zasypać go jeszcze czymś innym. W efekcie nie dość, iż stonersko-towarzyska faza filmu mniej cieszy, to jeszcze gatunek wydaje się co najwyżej niedopasowanym kostiumem, brutalnie dzielącym film na dwa osobne seanse. Ten dużo gorszy, nieangażujący kryminał, wykręcony wziętym ze science-fiction nadprzyrodzonym narkotykiem i ten trochę lepszy, odtwarzający pewne prawdziwe doświadczenie scenarzystki wyrosłej na odklejonym chaosie Los Angeles.
To trochę jak filmowy zbiór moich wspomnień – mówi o produkcji reżyserka, z całą pewnością odnosząc się do scen kolanem wepchniętych w strukturę scenariusza; takich, które zamiast pchać fabułę do przodu, zatrzymują ją w miejscu na szybkiego buszka. Nie trzeba słuchać wywiadów z twórczynią, by zauważyć inną, bardziej autentyczną jakość tych momentów. Weźmy choćby rozpacz przyjaciółek po zamknięciu okolicznego lokalu z bemarowym jedzeniem. Scena ostatniej wieczerzy ma tu wagę większą niż niejeden filmowy pościg, mimo marginalnego znaczenia dla kierunku dalszego biegu historii. "Wrong Girls" ma takich przystanków jednak za mało, jest zbyt rozproszone, jakby w ciągłej nerwicy swoich fabularnych zobowiązań nie umiało dać sobie przestrzeni na relaks. A przecież zioło to "nie spinach, tylko rozluźniacz", jak nauczał swego czasu raper Żabson. choćby jeżeli wie o tym Meyer-stonerka, Meyer-reżyserka musi to jeszcze rozkminić.
Kristen Stewart, Alia Shawkat
- NeverMind Productions
- Point Grey Pictures
- Savage Rose Films
- Curious Gremlin
Z podobnej potrzeby, choć nieco bardziej nostalgicznej, wyszedł także scenariusz "Wrong Girls", który Meyer ukończyła w wieku 25 lat. Dziś ma 38, choć dystans pomiędzy ostatnią kropką w brulionie i ostatnim klapsem na planie nie wziął się wyłącznie z wyzwania, jakim bywa czasem wstanie z kanapy – dobrze znane przejaranym organizmom Frankie (Stewart) i Molly (Shawkat), głównych bohaterek filmu. Większym problemem stały się raczej trudności ze znalezieniem finansów, skądinąd również im nieobce. Projekt mieszający stonerską głupawkę, science-fiction i rozchodzący się w szwach kryminał à la "Big Lebowski" musiał swoje kosztować. Kłopot w tym, iż studia filmowe przerażone inwestowaniem w komedię – chciałyby też swoje zarobić. Impas ten mógłby trwać kolejne nasto-lecia, gdyby na horyzoncie nie zamajaczyła bandera studia Point Grey: jednego z tych, którego włodarze nie tylko ściągną buszka, ale i dorzucą więcej tematu, bo rządzą nim w końcu uchachane usta i wiecznie przekrwione oczy Setha Rogena i Evana Goldberga. Po jednej stronie więc entuzjazm wytwórni, dostrzegającej prawdziwy potencjał w brawurowym dziewczyńskim kręceniu. Po drugiej ekscytacja Kristen Stewart (prywatnie żony Meyer), która uwierzyła, iż jej partnerka musi zadebiutować reżysersko akurat tą osobistą historią; w pewnym sensie historią wszystkich innych jej historii.
Scenariusz "Wrong Girls" łączy bowiem w sobie dwa sprzeczne aspekty życia Meyer: osobistą beztroskę i twórczą frustrację. Opowieść zainspirowało jej własne życie w Atwater Village w L.A., w wynajmowanym po taniości mieszkaniu ubogim w meble i przestrzeń, za to pełnym marihuany i przyjacielskiej miłości. Trwająca około pięciu lat kalifornijska codzienność ze współlokatorką i bestie w osobie Maggie McLean (poźniejsza producentka "Wrong Girls") to z perspektywy wywiadów z roku 2026 czas "najszczęśliwszy" choćby pomimo szeregu ograniczeń. To również okres motywujący powstanie jej debiutanckiego filmu: aktywnie przeżywany stan zawieszenia pomiędzy dzieciństwem a samodzielną dorosłością, który dezorientująco nie wydawał się kobietom należycie reprezentowany w kinie głównego nurtu. Mówiąc szczerze – żadnego nurtu. W tych wszystkich zabawnych filmach o męskiej przyjaźni, które oglądałam, dorastając, nigdy nie umiałam znaleźć kogoś takiego jak ja – i nie rozumiem, dlaczego tak było. Seth Rogen mógł robić filmy ze swoimi idiotycznymi kumplami o tym, iż są idiotami. A ja przecież też jestem idiotką! – wspomina Meyer.
LaKeith Stanfield, Kate McKinnon
- NeverMind Productions
- Point Grey Pictures
- Savage Rose Films
- Curious Gremlin
Trudno rzetelnie powiedzieć, czy zbudowane z doświadczeń Meyer bohaterki "Wrong Girls" w rzeczywistości są "idiotkami". Łatwiej powiedzieć, iż tak odmienna "dziewczyńska" jakość filmu rozczarowująco kończy się tu na samej deklaracji. Na pierwszy plan wychodzi raczej neutralne płciowo stonerstwo, rozumiane trochę jako życiowa ścieżka, trochę subkultura, a trochę utrudniająca wszystko bariera chroniąca przed schematami egzystencji nudnych zwyklaków. Przepalone styki przyjaciółek mącą im bowiem czystość percepcji rzeczywistości, a ich relacja z używkami trwa wystarczająco długo, by symptomy odklejki stawały się coraz wyraźniejsze dla otoczenia. Wyrwy w pamięci i porozsypywane wątki budują codzienny tor przeszkód – marihuana w obiektywie reżyserki ma i tę niewygodną adekwatność, która zostaje należycie wykorzystana w filmowym wątku kryminalnym.
Przerw w logicznym myśleniu Meyer używa dla zdekonstruowania rytmiki gatunku, tropem rozpadających się narracyjnie arcydzieł, które robiły to przed nią lepiej: "Długiego pożegnania", wspomnianego już "Big Lebowskiego" czy nowszych "Tajemnic Silver Lake". Jak w niektórych z nich, Frankie i Molly wikłają się w konwencję przypadkiem, znajdując walizkę wypełnioną fiolkami z psychoaktywną substancją. Mocny narkotyk, powstały z lewego jądra gigantycznej ośmiornicy, zapewnia doznania cokolwiek nadprzyrodzone i naprawdę nie trzeba będzie długo czekać, aż w głowach przyjaciółek pojawi się myśl, by przetestować jego działanie na własnych mózgach. Wypicie zawartości fiolek otwiera więc film na szereg tripów: psychodelę gadania ze zwierzętami (Seth Rogen i Kumail Nanjiani grają tu gadające sćpane koty domowe), ucieczkę przed poszukującymi walizki łotrami ze Skandynawii i emocjonalne guilt-tripy, testujące siłę nienaruszalnej zdawałoby się przyjaźni.
Ta przyjaźń jest zresztą najważniejszą otuliną całej historii, zwiera ją jak bletka mieszcząca w swoich sidłach pokruszoną fabułę i tak samo jak bletka – robi to raczej na ślinę. To jednak bezpośredni wynik podejrzanej mieszanki, którą do niej wepchnięto; jak na kilkunastoletnią pracę scenariuszową tekst "Wrong Girls" jest zaskakująco nieprzejrzysty, Meyer nie konstruuje trzeźwo, jej rozbiegane myśli pędzą w przeróżnych, dygresyjnych kierunkach. Jej nowy joint (sięgając do słownika Spike’a Lee) niby się pali, ale przez natłok tematów trudno coś z niego (wy)ciągnąć. Do tego skręcony jest jakąś niesprawną ręką: tu jeden wątek cały czas się odkleja, w innym miejscu nie żarzy się równomiernie, wyczerpując temat zbyt szybko, bez adekwatnej satysfakcji.
W efekcie im bardziej film zasypuje sedno (relację Frankie i Molly) fabularnymi domieszkami innych gatunków, tym mniej czysty okazuje się przepływ, a więc i całe doświadczenie. One po prostu psują ci tripa: chcesz w spokoju posiedzieć z koleżankami w ogrodzie, a z chillu cały czas wybija cię kryminał, science fiction, kino akcji. Wszystkie oczywiście kontestowane i dekonstruowane, więc pozbawione odpowiedniego kopa, który można by poczuć; wszystkie z gruntu przejarane, więc leniwe i nigdy niewyprowadzone poza stonerski nawias. To trochę jak z tymi gadającymi kotami. Niby dubbingują je kumający komedię aktorzy, ale ich obecność ogranicza się do skutego pomysłu, kilku ripost rzuconych gdzieś zza kadru w scenach, dla których zamiast clou są tylko abstrakcyjnym dodatkiem. Wrażenie jest przedziwne: jakbyś ze swoim zjaranym kumplem dubbingował te koty samodzielnie z poziomu fotela, z podobnym zresztą nikłym znaczeniem dla filmowych wydarzeń.
W USA jointów nie kręci się z tytoniem, ale z jakiegoś powodu stonerskie komedie uparcie kręci się, dosypując elementy innych gatunków; tak jakby nie wierząc, iż dobra energia i chemia między protagonistkami zdoła chwycić widza na zwyczajowe 90 minut. Kluczem takich mieszanek jest ich umotywowanie: czasem, jak w przypadku "Wady ukrytej", konwencja może być determinowana przez konstrukcję bohatera, stanowić zwierciadło dla jego psychiki. Czasem, tropem "To już jest koniec", może pomóc uwypuklić dylematy charakterów oraz motywować, a także uwznioślić ich przemianę na lepsze. W "Wrong Girls" wydaje się raczej wynikiem troski o objętość "jointa". Tak jakby reżyserka bała się, iż tematu nie starczy, więc trzeba zasypać go jeszcze czymś innym. W efekcie nie dość, iż stonersko-towarzyska faza filmu mniej cieszy, to jeszcze gatunek wydaje się co najwyżej niedopasowanym kostiumem, brutalnie dzielącym film na dwa osobne seanse. Ten dużo gorszy, nieangażujący kryminał, wykręcony wziętym ze science-fiction nadprzyrodzonym narkotykiem i ten trochę lepszy, odtwarzający pewne prawdziwe doświadczenie scenarzystki wyrosłej na odklejonym chaosie Los Angeles.
To trochę jak filmowy zbiór moich wspomnień – mówi o produkcji reżyserka, z całą pewnością odnosząc się do scen kolanem wepchniętych w strukturę scenariusza; takich, które zamiast pchać fabułę do przodu, zatrzymują ją w miejscu na szybkiego buszka. Nie trzeba słuchać wywiadów z twórczynią, by zauważyć inną, bardziej autentyczną jakość tych momentów. Weźmy choćby rozpacz przyjaciółek po zamknięciu okolicznego lokalu z bemarowym jedzeniem. Scena ostatniej wieczerzy ma tu wagę większą niż niejeden filmowy pościg, mimo marginalnego znaczenia dla kierunku dalszego biegu historii. "Wrong Girls" ma takich przystanków jednak za mało, jest zbyt rozproszone, jakby w ciągłej nerwicy swoich fabularnych zobowiązań nie umiało dać sobie przestrzeni na relaks. A przecież zioło to "nie spinach, tylko rozluźniacz", jak nauczał swego czasu raper Żabson. choćby jeżeli wie o tym Meyer-stonerka, Meyer-reżyserka musi to jeszcze rozkminić.















