Kryminał z laureatką Oscara w roli głównej to klapa. Nie warto tracić czasu

swiatseriali.interia.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: INTERIA.PL


"Scarpetta" to najnowsza produkcja z Nicole Kidman, która ponownie wciela się w rolę zimnej bohaterki z mroczną przeszłością. Serial można oglądać na platformie Prime Video. Niestety, to kolejna generyczna kreacja aktorska w wykonaniu laureatki Oscara, a sama produkcja od pierwszych odcinków zawodzi pod względem fabularnym.


Ostatnie lata kariery Nicole Kidman to pasmo bardzo podobnych do siebie ról w raczej przeciętnych produkcjach, najczęściej kryminałach i thrillerach. Od nieznośnie przaśnej "Sprawy rodzinnej", przez tylko nieco lepszą "Pary idealnej", dalej - głośne, "odważne" "Babygirl", aż po nieudany kryminał "Holland". Teraz światło dzienne ujrzała "Scarpetta" - wyczekiwana ekranizacja bestsellerowych powieści - która, niestety, tylko przedłuża tę nienajlepszą passę.

"Scarpetta": telenowela zamiast rasowego kryminału


Może się wydawać, iż w niemal wszystkich wymienionych przeze mnie produkcjach Nicole Kidman obsadzana jest "po warunkach". jeżeli wyobrażamy sobie twarz uprzywilejowanej, chłodnej kobiety z mroczną przeszłością, mamy przed oczami właśnie ją. W ostatnich latach powtarzała podobne do siebie role tak często, iż momentami trudno przypomnieć sobie, którą postać zagrała w której produkcji. Tym wszystkim kreacjom brakuje zarówno większego zniuansowania, różnorodnej energii, jak i mocniejszego osadzenia w scenariuszu.Reklama


W serialu Prime Video "Scarpetta" wciela się w starszą wersję patolog sądowej dr Kay Scarpetty. Fabuła rozgrywa się bowiem na dwóch liniach czasowych, a młodszą wersję Scarpetty gra znana z "Blue Jay" oraz "Czarnego lustra" Rosy McEwen. Pierwszy sezon oparto na dwóch książkach Patricii Cornwell: "Postmortem" - debiutancka część serii, która stanowi oś wydarzeń z przeszłości, oraz "Autopsy" - późniejsza powieść odpowiadająca współczesnej linii fabularnej.
Akcja rozpoczyna się, gdy słynna dr Scarpetta wraca z emerytury i niemal od razu zostaje wciągnięta w śledztwo dotyczące serii brutalnych morderstw. niedługo okazuje się, iż sprawa ma powiązania z jej przeszłością - a dokładniej z jednym z pierwszych i najbardziej traumatycznych dochodzeń w karierze. Równolegle obserwujemy wydarzenia z przeszłości, które pokazują młodość Kay i początki jej drogi zawodowej.
W tle rozgrywa się dramat rodzinny. Kluczową rolę odgrywa siostra bohaterki, Dorothy (Jamie Lee Curtis). Kobieta od zawsze żyła w cieniu zdolniejszej i piękniejszej siostry. To całkowite przeciwieństwo poukładanej i zdyscyplinowanej Kay. Jest chaotyczna, głośna i nieustannie mąci w jej życiu, a dodatkowo zabiega o uwagę swojego nieco nieobecnego myślami partnera, Pete’a (Bobby Cannavale), podejrzewając, iż od lat ukrywa on uczucia do dr Scarpetty.

"Scarpetta": fatalnie dobrana obsada


Dorothy jest zdecydowanie najciekawiej zarysowaną postacią w serialu. Choć to bohaterka drugoplanowa, ma ogromny wpływ na rozwój wątków. Skrywa wiele mrocznych sekretów z przeszłości, o których Kay wolałaby nie wspominać. Napięcie między siostrami narasta, gdy zmuszone są do wspólnego zamieszkania. Dorothy jest nieprzewidywalna, a przez to dla widza pociągająco ryzykowna. Jamie Lee Curtis wypada w tej roli najswobodniej, jednak nie można tutaj mówić o wielkim sukcesie. Podobnie jak pozostali aktorzy, nie została w pełni trafnie dopasowana do postaci.


Cała obsada sprawia wrażenie, jakby została dobrana bez wyraźnej koncepcji. Zamiast naprawdę wejść w swoje role, aktorzy odgrywają kwestie scenariuszowe bez większych emocji, niuansów czy energii. Sama historia jest mocno rozcieńczona - choć fabuła czerpie z aż dwóch książek, przez osiem odcinków ma się wrażenie, iż praktycznie nic się nie dzieje. Decydujące sceny, na które czekamy, poprzedzone są rozciągniętymi i nużącymi wstawkami.
Mam też problem z samym gatunkiem. Owszem, osią fabularną jest sprawa kryminalna, ale wplecione wątki rodzinne wypadają karykaturalnie. Zamiast pogłębiać historie bohaterów, są białym szumem i niepotrzebnymi przerywnikami. W połączeniu z groteskowymi zbliżeniami kamery, kiepsko dobraną muzyką i wspomnianą obsadą, niektóre odcinki przypominają operę mydlaną, zamiast rasowy kryminał.
Nie zapomnijmy o wątku związanym ze sztuczną inteligencją. Córka Dorothy, Lucy (Lucy Farinelli-Watson), przeżyła osobistą tragedię - śmierć swojej ukochanej. Jako komputerowy geniusz postanowiła stworzyć cyfrową namiastkę zmarłej, wirtualną wersję, z którą prowadzi rozmowy przez ekran komputera. Chyba miało to nadać historii większej emocjonalności i wprowadzić wątek przeżywania żałoby, ale z marnym skutkiem. Sceny z udziałem Lucy i jej zmarłej żony są tak oderwane od głównej historii, iż można odczuwać je jedynie jako irytujące przerywniki.


Na pochwałę zasługuje Rosy McEwen, która w "Scarpetcie" wypada zdecydowanie lepiej niż sama laureatka Oscara. Warto jednak podkreślić, iż historia przeszłości jest poprowadzona o wiele bardziej interesująco. To tam rozgrywa się prawdziwy wątek kryminalny, podczas gdy we współczesności widz obserwuje głównie napięcia między siostrami i ich partnerami. O samej intrydze trudno powiedzieć wiele. Co jakiś czas pojawiają się dość drastyczne sceny autopsji, ale straciłam zainteresowanie i motywację do śledzenia tajemnic Kay Scarpetty już po drugim odcinku. Fabuła nie angażuje, a wątki rozciągnięte do granic możliwości nie pomagają utrzymać napięcia.
Czytaj więcej: Powraca z trzecim sezonem i znów rozczarowuje. Carrie nie uczy się na błędach
Idź do oryginalnego materiału