Krwawy detoks

filmweb.pl 2 tygodni temu
Zdjęcie: plakat


Francuski reżyser Sébastien Vanicek dołącza do grona twórców horrorów, którzy mają konkretną wizję tego, co chcą zrobić i konsekwentnie ją realizują. Ma to swoje mocne strony – w ten sposób widz może być pewien, iż twórcy wiedzą, co robią, i poprowadzą całość bez potknięć do celu. Ale ma też minusy. Największym problemem jest to, iż wizja reżysera może nie odpowiadać oczekiwaniom widzów. "Martwe zło: Ogień" jest filmem, który wymaga zaakceptowania kontrowersyjnego pomysłu reżysera. jeżeli to uczynicie, całość okaże się jednym z najbardziej satysfakcjonujących seansów tego roku. jeżeli jednak liczyliście na więcej "tego samego", mocno się rozczarujecie. Vanicek pozostaje wierny mitom uniwersum "Martwego zła", ale w żadnym razie nie jest zainteresowany prostym kopiowaniem wcześniejszych pomysłów.

  • Warner Bros. Entertainment Inc.

Powiem więcej: reżyser wyraźnie stawia się w opozycji do tego, co w mainstreamowym horrorze jest w tej chwili dominującą formułą. Vanicek porzuca powolne budowanie klimatu, rezygnuje z tłumaczenia na język kina grozy traum emocjonalnych w rodzaju toksycznych związków ("Obsesja") czy żałoby ("Oddaj ją"). Twórca tak bardzo dystansuje się od horrorowej normy, iż jego "Martwe zło" ma cokolwiek kadłubkową fabułę. Są to raczej "haki narracyjne" niż w pełni rozbudowana opowieść z rozwiniętymi psychologicznie portretami psychologicznymi.

To może zaskakiwać, choćby szokować. A co ma Vanicek do zaoferowania widzom w zamian? Okazuje się, iż bardzo wiele... "Martwe zło: Ogień" to wielka orgia przemocy i brutalności. Jedna scena pełna makabrycznych cielesnych tortur goni następną. Widzowi oferowane są ledwie krótkie przerwy w postaci scenek dialogowych, które podprowadzają pod kolejną makabrę. Vanicek przypomina swoim filmem, iż horror ma różne oblicza i iż moda na emocjonalnie koszmary nie oznacza, iż nie ma w tym gatunku miejsca na rzeź bardziej dosłowną, bardziej cielesną.

  • Warner Bros. Entertainment Inc.

Francuski reżyser tym samym skutecznie wskrzesza gatunek "torture porn". I czyni to w bardzo francuskim stylu za sprawą połączenia fizycznej przemocy z pomysłami tak niepokojącymi i odrażającymi, iż można je określić tylko jednym słowem: "chore". Fani ekranowej krwawej rzezi czekali na taki film bardzo długo. I będą w pełni usatysfakcjonowani. Kolejne sekwencje przemocy zaskakują pomysłowością, ale przede wszystkim imponują pracą montażysty (tym bardziej iż jest to pierwszy pełnometrażowy film Maxime'a Caro). W wielu momentach trudno wyjść ze zdumienia, iż twórcom udało się utrzymać wysokie stężenie makabry bez otrzymania najwyższej kategorii wiekowej NC-17. Z obrazem świetnie współgra muzyka, za którą odpowiada grupa Double Danger (Vanicek pracował już z nią przy swoim poprzednim filmie, "Robactwo"). Ich utwory w najważniejszych momentach intensyfikują doznania sensoryczne.

  • Warner Bros. Entertainment Inc.

Bez dwóch zdań Sébastien Vanicek nakręcił niezwykle satysfakcjonującą filmową krwawą orgię. Czy jednak jest to dobry dodatek do uniwersum "Martwego zła"? Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa i w dużej mierze zależy od nastawienia i oczekiwań. Twórca pozostaje wierny mitologii tego świata. Zdarza mu się również parafrazować sceny znane z oryginału. W żadnym momencie nie zapomina więc, iż jego film stanowi część większej całość. Zarazem jednak "Martwe zło: Ogień" mocno różni się od tego, co oferowały wcześniejsze tytuły. Reżyser niemal całkowicie rezygnuje z budowania strefy buforowej między ekranową brutalnością a widzem. Jesteśmy więc w tym samym mrocznym lesie, ale w zupełnie innym jego miejscu, z odmiennym klimatem. Dla niektórych widzów ta zmiana będzie nie do przyjęcia. Mam jednak nadzieję, iż większość widzów zaakceptuje wizję reżysera. Warto.
Idź do oryginalnego materiału