Król Maciuś Pierwszy – recenzja spektaklu. Dzieci przejmują świat i scenę!

popkulturowcy.pl 2 godzin temu

Teatr Telewizji ponownie gra dla dzieci. Wcześniej Kanato na podstawie tekstów Jana Brzechwy, a teraz Król Maciuś Pierwszy wybitnego powieściopisarza, Janusza Korczaka. Reżyser spektaklu, Tadeusz Kabicz, podczas pokazu przedpremierowego zdradził, iż nikt nie mówił mu “stop”. Czy jednak wolność twórcza wystarczy, by przenieść to wyjątkowe dzieło na Największą Scenę Świata?

Już na samych zapowiedziach inscenizacja wyglądała wyjątkowo. Król Maciuś Pierwszy zachęcał gwiazdorską obsadą, energią młodego głównego bohatera i przede wszystkim kultowym tekstem. Pierwsze zwiastuny ujawniły także scenografię z rozmachem oraz elementy musicalowe spektaklu. Na sam koniec jednak i tak najważniejsza pozostaje narracja, opowieść i jej bohaterowie. Wizja Kabicza przypomina film Jojo Rabbit w reżyserii Taiki Waititiego, tylko przeznaczoną dla dzieci, a nie dla dorosłych. Groteskowa i komediowa adaptacja powieści Korczaka wcale nie obdziera oryginału z dramaturgii, a przedstawia go oczami dzieci. I choć intencje reżysera, i jednocześnie scenarzysty hitu Teatru Telewizji są dość wyraźne, czasem spektakl traci w warstwie emocjonalnej na rzecz ciągłej rozrywki.

Inscenizację Kabicza, podobnie do nadchodzącej Lalki od TVP, można nazwać Avengersami polskich aktorów. Jednak w Królu Maciusiu Pierwszym sytuacja jest wyjątkowa o tyle, iż główne role grają tak naprawdę mało doświadczeni aktorzy. Odtwórcą tytułowego Maciusia jest Tymon Bitkowski, który ma za sobą występy w Teatrze Capitol i Operze Lubelskiej, a także udział w The Voice Kids. To niewiele, a jednak wystarczyło, aby dorównać klasie Marka Kondrata czy Jana Frycza. Także Michał Królikowski jako Felek czy Amelia Lutyńska jako Klu-Klu nie giną wśród takiej obsady. Doskonała energia między całą trójką wywołuje nostalgiczne wspomnienia z mojej własnej przeszłości. Felek i Klu-Klu stają się natomiast w pewnym sensie autorytetami w misji naprawiania świata dla dzieci.

Przy tym nie mniejszą rolę mają pozostali bohaterowie w królestwie Maciusia Pierwszego. Genialny Jan Frycz w jednej ze swoich ostatnich ról to lustro politycznych absurdów i umywania rąk. Obok niego także Karolina Gruszka i Tomasz Kot obnażają komediowych charakter rządów, a paradoksalnie najpoważniej wypada Borys Szyc jako minister wojny. Największym zaskoczeniem jest natomiast Maciej Musiał, który w roli Ochmistrza przypomina Papkina z Zemsty Andrzeja Wajdy. W rezultacie otrzymujemy bezwzględnie charyzmatyczną postać, która doskonale wpisuje się w przyjęty charakter adaptacji. Marek Kondrat jako Doktór z Magdaleną Popławską w roli Guwernantki tworzą zgrany edukacyjny duet, który jest najbliższy Maciusiowi. Co jednak ciekawe, ich role pełnią bardziej funkcję merytorycznych przewodników dla głównego bohatera niż sztywnych nauczycieli. Tadeusz Kabicz, jak sam potwierdził podczas pokazu przedpremierowego, chciał stworzyć z bohaterów jedną rodzinę – i to się jak najbardziej udało.

fot. K. Jóźwiak/TVP

W przyjętej przez reżysera konwencji istotne znaczenie ma groteska i wyolbrzymienie. Skoro patrzymy oczami dziecka, cały świat przedstawiony staje się kolorowy, dziwny i lekki. A więc też tyczy się to bohaterów. Naturalnie dorośli zaczynają zachowywać się jak dzieci – prawie jak w reklamie żelków Haribo. Kabicz poszedł jednak o krok za daleko i także wyolbrzymił charaktery młodszych bohaterów. Dzieci z perspektywy dorosłego naturalnie zachowują się dość absurdalnie. W przypadku Felka i Klu-Klu, dzięki temu, iż bliżej im do młodzieży niż dzieci, ta decyzja posłużyła narracji. Również epizodyczne występy dzieciaków nie psuły odbioru ze względu na ich krótki czas ekranowy. Natomiast Król Maciuś strojący miny jest pewną przesadą, która pozbawia postać głębokiego, emocjonalnego haczyka. Nie mówię tutaj o całkowicie złym poprowadzeniu aktora, ale zdecydowanie trudniej o wielowymiarowego bohatera, kiedy ucieczka na wojnę to zwykła zabawa. W niektórych miejscach wypada złagodzić reakcje absurdalne i dołożyć wagi do części wątków. Inaczej Maciuś stoi bliżej sztucznego kiczu niż rzetelnej groteski.

Podstawową wątpliwością wobec scenariusza spektaklu Król Maciuś Pierwszy jest także traktowanie młodszych widzów z dystansem. Spektakl przypomina częściej znaną mi z dzieciństwa wieczorynkę niż pogłębioną opowieść z trafnym przekazem. Kabicz zgodnie z zapowiedzią przygotował spektakl familijny, w którym i dorośli, i dzieci znajdą coś dla siebie. Tyle iż momentami zabrakło tego, co dla grupy pierwszej. Choć wizja porusza tematy odpowiedzialności, idealizmu, rasizmu i przemocy wobec najmłodszych, pozostają one wciąż na marginesie losów Maciusia. Przede wszystkim zabrakło dobitności tych wątków. Śmierć rodziców głównego bohatera jest upiększona, a jego ucieczka z Felkiem spłycona. To tak, jakby w animacji Coco całkowicie pominąć reakcje rodziny bohatera na obecność w zaświatach. Albo całkowicie usunąć scenę z prababcią Miguela. Historia wciąż dostarcza rozrywki, wciąga światem przedstawionym, ale na sam koniec brakuje jej emocjonalnej kotwicy.

fot. K. Jóźwiak/TVP

Niemniej reżyser kilka wątków przedstawia należycie. Kwestia wojny, samotności i odpowiedzialności wybrzmiewa tu najbardziej, choć w skali całego projektu temat wydaje się drobnostką. Najmłodsi zrozumieją przekazy, które często pojawiają się w oryginalny i niebezpośredni sposób. Mimo iż sceny wciąż borykają się z problemem braku adekwatnego wpływu na bohatera, same w sobie są odważne i wywołujące refleksje. Na szczególne wyróżnienie zasługują sceny “dziecięcego parlamentu” i utwór towarzyszący animacji podczas pobytu Maciusia na froncie. To fragmenty, które zmieniają ton opowieści, będąc wierne konwencji przyjętej przez reżysera. Trzeba także podkreślić, iż warstwa humorystyczna osiąga najwyższy poziom i często trafia idealnie w gusta widzów. Dowodem na to są częste śmiechy na sali podczas pokazu przedpremierowego, które wynikały zarówno z komizmu sytuacyjnego, jak i postaci czy słownego. Ten ostatni często był idealną interpretacją zamysłów z powieści Janusza Korczaka.

Przedłużeniem tej groteski są scenografia i kostiumy. To dziecięcy świat, który jest bliski realizmowi, a jednak wciąż od niego odbiega. Zamek w Wilanowie spełnił swoją funkcję w stu procentach jako dwór królewski Maciusia, a projekty przestrzenne Maksa Maca dopełniają ten średniowieczno-baśniowy obraz. Światło oraz realizacja zdjęć również oddaje charakter spektaklu, przy czym nie przekracza granicy teatru telewizji. To wciąż często długie ujęcia oparte na dialogach oraz kameralnych przestrzeniach. Same postaci są natomiast ubogacone przez kostiumy – nie tylko w dosłownym znaczeniu, ale również wąsy Szyca czy włosy Danuty Stenki to wspaniały dodatek humorystyczny. Jednocześnie członkowie rządu mają ciemne ubrania, które doskonale kontrastują z kolorową perspektywą Maciusia.

fot. K. Jóźwiak/TVPKról

Rola Tymona Bitkowskiego zyskuje dodatkowy wymiar dzięki jego doświadczeniu wokalnemu. Młody aktor stworzył w ten sposób postać ikoniczną. Piosenki i towarzyszące im animacje w Królu Maciusiu Pierwszym nie tylko obrazują kolejne etapy historii małego króla, ale także zmieniają ton opowieści. To właśnie dzięki nim wspomniane wcześniej przeze mnie wątki mogły odpowiednio zadziałać.

Adaptacja powieści Król Maciuś Pierwszy to intrygujący miks wizji Tadeusza Kabicza z oryginalnymi intencjami Korczaka. Rozmach zarówno w obsadzie, jak i warstwie realizacyjnej okazał się być ogromnym atutem. Wizualnie spektakl jest spójny z wybraną konwencją, a młodsza część obsady bez problemu dorównuje doświadczonym aktorom i aktorkom. Reżyser jednak nie zawsze osiąga odpowiedni poziom dramaturgii, a obrana forma momentami przesłania wydźwięk emocjonalny spektaklu. W małym stopniu tę pustkę uzupełnia trafny humor, utwory muzyczne i konsekwencja twórcy w kreowaniu świata przedstawionego. Choć narracja inscenizacji jest dość nierówna, zarówno dzieci, jak i dorośli znajdą tu coś dla siebie.


fot. główna: K. Jóźwiak/TVP

Idź do oryginalnego materiału