Kraków to nie Las Vegas – tak przynajmniej wynika z przepisów, które od lat obowiązują w ramach parku kulturowego Stare Miasto. Zakaz kolorowych iluminacji, ekranów LCD, neonów i świecących witryn jest jasny. Jednak praktyka pokazuje coś innego. Straż miejska interweniuje, nakłada mandaty, wyznacza termin demontażu. A efekt? 29 sierpnia – dwa dni po ostatniej kontroli – ekran przy pl. Wszystkich Świętych 11 (naprzeciwko Urzedu Miasta) wciąż świecił pełną parą.
Zgodnie z oficjalnym komunikatem sprawa wydawała się jasna: wykryto naruszenia, nałożono sankcje, wydano nakaz. Ale 29 sierpnia – czyli dwa dni po drugiej kontroli i tydzień po pierwszej – nasza redakcja była na miejscu. Ekran LCD przez cały czas świecił, a kolorowe światło promowało działalność usługową w lokalu przy pl. Wszystkich Świętych 11. Ponżej zdjęcia z 29 sierpnia:
Innymi słowy – mandat przyjęto, nakaz przyjęto, ale efektów nie widać. Iluminacja, którą zgodnie z przepisami trzeba zdemontować do 5 września, przez cały czas działała, jakby żadne decyzje nie zapadły.
Warto przypomnieć, iż regulacje dotyczące parku kulturowego Stare Miasto obowiązują od 2010 roku, kiedy Rada Miasta Krakowa przyjęła pierwszą uchwałę w tej sprawie. Od tamtej pory przepisy były kilkukrotnie nowelizowane i zaostrzane – m.in. w 2016 roku doprecyzowano zasady dotyczące wyglądu witryn i szyldów, a w 2019 roku dodatkowo uszczelniono zakazy reklamowe i świetlne.
Oznacza to, iż właściciele lokali działających w centrum już od wielu lat mają obowiązek dostosować się do jasno określonych zasad. Zakaz stosowania ekranów LCD, neonów, listew LED czy świecenia kolorowym światłem na zewnątrz nie jest żadną nowością – obowiązuje od dawna i każdy przedsiębiorca w strefie objętej parkiem kulturowym powinien go znać.
Prawdziwy sprawdzian nadejdzie jednak dopiero 5 września. Wtedy minie termin wyznaczony na demontaż nielegalnych elementów. I wtedy okaże się, czy przepisy o parku kulturowym w Krakowie to rzeczywiście realne narzędzie ochrony zabytkowego centrum, czy tylko zestaw paragrafów, które można spokojnie zignorować za cenę kilkuset złotych.
Jarek Strzeboński