Kraków narodowej sztuce, czyli tryumf miernoty – recenzja spektaklu

popkulturowcy.pl 55 minut temu

Czy sztuka musi być wielka, żeby zasługiwać na uznanie? Kto ma prawo o tym decydować? I czy Kraków rzeczywiście jest miastem, które potrafi docenić własnych twórców? Agata Duda-Gracz w spektaklu Kraków narodowej sztuce, czyli tryumf miernoty zabiera nas w podróż do świata Stanisława Wyspiańskiego, w którym ambicje, narodowe kompleksy i artystyczne spory mieszają się z absurdem oraz sporą dawką humoru. A wszystko to w wyjątkowej przestrzeni Teatru Słowackiego.

Kraków narodowej sztuce, czyli tryumf miernoty to spektakl podzielony na dwie wyraźnie różniące się od siebie części. Pierwsza eksploruje życie młodego Stanisława Wyspiańskiego i ludzi go otaczających. Jest przedstawiona w formie krótkich scenek odgrywanych w różnych miejscach Teatru Słowackiego. Druga przybiera bardziej klasyczną formę, ponieważ odgrywana jest normalnie na głównej scenie.

Na początku spektaklu widzowie podzieleni są na cztery grupy, a następnie każda z nich ogląda kolejne występy w innej kolejności. Może jest to rzecz mało ważna, ale zaimponowało mi, jak bardzo twórcy postarali się o to, by scenki łączyły się ze sobą niezależnie od tego, w jakiej kolejności je oglądamy. Warto przy tym pamiętać, iż całe przedstawienie trwa około czterech godzin z przerwą, więc jest to propozycja wymagająca od widza nieco więcej czasu i cierpliwości.

Zobacz także: Zły – recenzja spektaklu. Warszawa w cieniu AI

fot. Joanna Siwiec

Moja trasa rozpoczęła się od sceny na widowni, gdzie oglądamy zamieszanie przed próbą generalną występu Wesela. Reżyser spektaklu, który ma odbyć się następnego dnia, jest bezradny wobec tego, jak bardzo aktorom nie podobają się tak „chłopskie” i niegodne ich statusu role. Cała scenka była chyba najśmieszniejszą częścią spektaklu. Najbardziej wybił się Tomasz Wysocki wcielający się w rolę aktora zmuszonego do grania Chochoła. Wywołał salwy śmiechu na widowni, a każdy jego niezręczny ruch w słomianym kostiumie i każde spojrzenie rozśmieszały mnie do rozpuku. Oliwia Durczak, wcielająca się w pannę młodą, również niejednokrotnie wywoływała uśmiech na mojej twarzy. Nieszczęsny dyrektor Teatru (Marcin Sianko) w zgrabny sposób prowadzi scenę do przodu, w przypadku mojej wizyty wprowadzając choćby parę elementów improwizacji, na przykład gdy osobie na widowni zadzwonił w pewnym momencie telefon.

Drugim występem, który zobaczyłem, była scena rozgrywająca się w mieszkaniu Kazimierza Stankiewicza, znajdującym się na tyłach głównej sceny. Spotykają się tam Jan Matejko (Wojciech Skibiński), Lucjan Rydel senior (Grzegorz Łukawski), matka Józefa Mehoffera (Dorota Godzic) i ojciec Wyspiańskiego (Krzysztof Wrona). Ich rozmowa wypełniona jest sporami o zdolności artystyczne dzieci, wychowanie i polskość. W tej scenie również stykamy się z elementami komediowymi, przede wszystkim za sprawą Franciszka Wyspiańskiego, który wszystkim wytyka ich brak polskości. Krzysztof Wrona świetnie odnajduje się w tej roli, a jego sposób wypowiadania kolejnych uszczypliwości jest naprawdę zabawny.

Zobacz także: Amerykański przyjaciel – recenzja spektaklu. O wojnie ludzkim głosem

Następnie trafiłem do pracowni Jana Matejki. Tym razem widzowie sami wcielają się w rolę modeli do obrazu Hołd pruski. Pod bacznym okiem dwóch nieopłacanych przez mistrza modeli (Rafał Dziwisz i Maciej Jackowski) przybieramy wyznaczone pozy i czekamy na przybycie malarza. W trakcie sceny poznajemy również jego żonę oraz Elizę Pareńską. Grana przez Lidię Bogaczównę pani Matejkowa jest postacią jednocześnie odpychającą i wzbudzającą pewien żal. Jej wyniosłość i opryskliwość, a także sposób, w jaki przechodzi od rozpaczy zdradzonej żony do sztucznego zachwytu nad odwiedzinami, tworzą naprawdę ciekawą kreację. W scenie pojawia się również syn Matejków, grany przez Wojciecha Dolatowskiego.

Kolejnym występem była scena w największej sali pierwszego piętra, gdzie trafiamy w sam środek krakowskiej bohemy. Poznajemy między innymi Stanisława Koraba-Brzozowskiego, Stanisława Przybyszewskiego oraz jego żonę Dagny. W pamięć zapada zdecydowanie Dominika Kozłowska, niesłysząca aktorka wcielająca się w Dagny Przybyszewską. Jej postać, będąca Norweżką niepotrafiącą porozumieć się z otaczającymi ją Polakami, stanowi jeden z ciekawszych elementów tej sceny. Pojawiają się tam również śpiewaczka operowa Salomea Kruszelnicka (Maja Kleszcz), a także Tomasz Wysocki i Wojciech Dolatowski. Całość ma nieco inny charakter niż wcześniejsze występy, ale przez cały czas nie brakuje w niej ciekawych interakcji i humorystycznych momentów.

Zobacz także: Oresteja – recenzja spektaklu. Pokłosie wojny

fot. Joanna Siwiec

Warto też wspomnieć o krótszych scenkach, które pojawiają się pomiędzy głównymi występami. realizowane są one w korytarzach i innych przestrzeniach teatru, często w trakcie oczekiwania na kolejną większą scenę. Nie są to pełnoprawne, rozbudowane występy, a raczej krótkie przemowy i spotkania z kolejnymi postaciami. Możemy ponownie zobaczyć ojca Wyspiańskiego, który bez ogródek nazywa syna beztalenciem i podważa jego artystyczne zdolności. Pojawia się również krótka scenka zapoznania z młodą pracowniczką teatru Hanką (Agnieszka Kościelniak). Wśród tych przerywników znalazł się także fragment poświęcony zakładaniu w Krakowie szkół dla pielęgniarek, podczas którego Natalia Strzelecka przedstawia nam krótki wykład na ten temat. Ten wątek wydał mi się jednak trochę oderwany od reszty fabuły. Nie do końca rozumiem, co twórcy chcieli za jego pomocą przekazać

Poszczególne sceny pierwszej części miały bardzo różny charakter i ton, jednak każda z nich zawierała elementy humorystyczne, które były według mnie ich najmocniejszą stroną. Świetnie napisane dialogi, umiejętnie interpretowane przez aktorów, sprawiają, iż choćby krótkie spotkania z kolejnymi postaciami potrafią dostarczyć mnóstwa rozrywki.

Zobacz także: Czarownice z Salem – recenzja spektaklu. Ani cukierek, ani psikus, tylko piekło na ziemi

W tej części nie zabrakło też jednak momentów smutniejszych i subtelniejszych. Sam Stanisław Wyspiański, grany przez młodego Vitalika Havryłę, choć nie pojawia się na scenie tak często jak pozostałe postacie, stanowi istotny element całej opowieści. Jego zagubienie, niepewność i trudne relacje z otaczającymi go ludźmi dobrze kontrastują z komediowymi sytuacjami. Szczególnie interesujące są momenty konfrontacji z ojcem, który w przedstawionej przez Dudę-Gracz wizji nie wierzy w artystyczne zdolności syna.

Organizacja podczas mojej wizyty przebiegała sprawnie. Oczywiście taka forma przedstawienia wymaga od widzów przemieszczania się pomiędzy różnymi częściami teatru, czasem choćby w dość szybkim tempie. Może to stanowić problem dla niektórych osób, jednak teatr uprzedza przed zakupem biletów, iż spektakl nie jest dostępny dla osób z niepełnosprawnością ruchową.

Po zakończeniu pierwszej części i krótkiej przerwie przechodzimy do zupełnie innego świata. Drugi akt rozgrywa się już na głównej scenie Teatru Słowackiego, a jego charakter znacząco różni się od tego, co oglądaliśmy wcześniej. Komediowy ton ustępuje miejsca znacznie bardziej onirycznemu i surrealistycznemu klimatowi. Wydarzenia zaczynają przypominać sen, w którym granica między rzeczywistością, wspomnieniami i wyobraźnią Wyspiańskiego stopniowo się zaciera.

Zobacz również: Osiecka. Dzikość serca – recenzja spektaklu. Musicalowe życie

fot. Joanna Siwiec

Na scenie ponownie spotykamy poznane wcześniej postacie, choć niektóre z nich pojawiają się w zupełnie innych rolach. Szczególnie ciekawie wypada powrót Anny Tomaszewskiej, która tym razem wciela się w matkę Wyspiańskiego. Pojawiają się również kolejne osoby z jego życia, w tym Zosia i Teosia, a także reżyser przygotowujący kolejną próbę Wesela. Ten ostatni, grany przez Wojciecha Dolatowskiego, dostarcza jednego z najbardziej widowiskowych momentów całego spektaklu. Jego ekspresyjny taniec jest czymś, co naprawdę trudno zapomnieć.

Druga część jest zdecydowanie bardziej symboliczna. Na scenie pojawiają się trumny, zmarłe postacie, a żywi i umarli zaczynają funkcjonować obok siebie. Nie brakuje przy tym nawiązań do Dziadów i samego Wesela, które stają się ważnymi punktami odniesienia dla całej opowieści. Wszystko tworzy dość osobliwy, momentami wręcz groteskowy obraz, w którym powaga przeplata się z absurdem. Nie każda scena trafiała do mnie w takim samym stopniu, ale całość oglądałem z dużym zainteresowaniem.

Zobacz również: Na rauszu – recenzja spektaklu. Z nami się nie napijesz?

Bardzo podoba mi się również to, jak Duda-Gracz wykorzystuje przestrzeń głównej sceny. W zestawieniu z wcześniejszymi, kameralnymi scenkami otrzymujemy teraz znacznie bardziej monumentalne widowisko. To zupełnie inne doświadczenie, które dobrze uzupełnia pierwszą część. Zamiast kolejnych zabawnych sytuacji dostajemy coś bardziej niepokojącego, pełnego symboliki i obrazów, które nie zawsze dają się od razu jednoznacznie zinterpretować.

Teatr Słowackiego jest bez wątpienia najładniejszym budynkiem, w jakim miałem przyjemność oglądać spektakle. Koncept występu teatralnego wykorzystującego liczne interesujące pokoje i korytarze do odgrywania tematycznych scenek od razu wydał mi się więc czymś interesującym. I faktycznie, pierwsza część pokazała, jak wiele możliwości daje taka przestrzeń. Druga natomiast udowodniła, iż twórcy potrafią wykorzystać również tradycyjną scenę, tworząc widowisko o zupełnie innym charakterze.

fot. Joanna Siwiec

Pod warstwą humoru i groteskowych sytuacji kryje się znacznie bardziej gorzka opowieść o artystach i ich miejscu w społeczeństwie. Wyspiański, nieustannie krytykowany przez otoczenie i własnego ojca, staje się symbolem twórcy, którego wartość nie zawsze potrafią dostrzec współcześni rodacy. Duda-Gracz zdaje się przy tym zadawać pytanie, czy rzeczywiście potrafimy doceniać własnych artystów, czy może znacznie chętniej robimy to dopiero wtedy, gdy jest już za późno.

Ostatecznie Kraków narodowej sztuce, czyli tryumf miernoty to jedna z ciekawszych teatralnych przygód, jakie miałem okazję przeżyć. Trzeba jednak zaznaczyć, iż jest to spektakl wymagający zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Podczas przerwy sam słyszałem rozmowę dwóch starszych pań, które zdecydowały się opuścić teatr, ponieważ nie były w stanie oglądać go dalej. Mimo to trudno odmówić przedstawieniu pomysłowości, świetnego aktorstwa i odwagi w eksperymentowaniu z teatralną przestrzenią. Duda-Gracz stworzyła widowisko, które potrafi zarówno rozbawić, jak i skłonić do refleksji. A pytanie o to, czy potrafimy doceniać własnych artystów, pozostaje aktualne również po opuszczeniu teatru.


fot. główna: Materiały promocyjne spektaklu (Joanna Siwiec)

Idź do oryginalnego materiału