Krajobraz pozornej bezkarności

magazynszum.pl 2 dni temu

Na mapie bagno nie wygląda szczególnie groźnie. Trochę zieleni, trochę niebieskiego, przestrzeń pomiędzy wodą a ziemią. Kiedy jednak trafisz na nie nocą, być może przez przypadek, mapy okażą się całkowicie bezużyteczne. Wytyczona ścieżka znika w ciemności, mokra, pulchna ziemia spowalnia kroki, a każdy dźwięk może oznaczać niebezpieczeństwo: dzikie zwierzę, pękający konar albo człowieka, przed którym próbujesz się ukryć. Tak wygląda część granicy polsko-białoruskiej: Puszcza Białowieska, jeden z ostatnich fragmentów pierwotnych lasów nizinnych Europy, mokradła, torfowiska, rozlewiska i rzeki. Od 2021 roku krajobraz ten wplatany jest w architekturę przemocy – obok muru, kamer, dróg patrolowych i funkcjonariuszy. Las pozwala zniknąć z pola widzenia, woda zatrzymuje ruch, zimno działa na ciało, a rozległa przestrzeń opóźnia ratunek. W tych ekstremalnie nieprzyjaznych warunkach przemoc wobec drugiego człowieka trudniej dostrzec, a czasem także udowodnić. Umyka uwadze, jakby uchodziła gdzieś pod miękką ziemię.

Teresa Margolles, „Linia graniczna / Linia bagna” (2000–2010/2026), fot. Kuba Rodziewicz

Nie woda, nie ziemia zaczyna się właśnie od tej pozornej niewidzialności. Przemoc często wydarza się tam, gdzie brakuje świadków: na morzach, w rzekach, na pustyniach, w lasach czy na mokradłach. Kiedy człowiek znika, natura może opowiedzieć historię jego śmierci. Będzie ona jednak zawsze wybrakowana. Hipotermia. Utonięcie. Zatrzymanie krążenia. Te słowa wprawdzie opisują, co stało się z ciałem, ale mogą przesłonić to, co wydarzyło się wcześniej — i kto ponosi za to wszystko odpowiedzialność. Czy ludzie sami wchodzą do bagna? Architektura przemocy wytwarza architekturę bezkarności: widoczna jest tylko śmierć – oczom umyka prowadzący do niej ciąg decyzji, działań i zaniechań. Na jedną chwilę przyczyną tragedii staje się sama natura. Tyle iż niewidzialność nie oznacza braku śladów. Człowiek nigdy nie „znika” w bagnie całkowicie. Woda przemieszcza rzeczy, ziemia przykrywa je, a bagno pochłania — ale materia przez cały czas pracuje. Krajobraz ukrywa dowody i jednocześnie je przechowuje. Może stać się archiwum zdarzenia.

Glenda Zapata, „Włos nic nie mówi” (2026), fot. Kuba Rodziewicz
Glenda Zapata, „Żuchwa” (2023) fot. Kuba Rodziewicz

Wiwianit to błękitno-zielony minerał, który w określonych warunkach może powstawać na ludzkich kościach. W pracach Glendy Zapaty odnosi się on do pamięci, do systemowego wymazywania tego, co „niezidentyfikowane”: ciała bez nazwiska, człowieka oderwanego od imienia i własnej historii, rodzin skazanych na domysły.

Wystawa proponuje spojrzeć na krajobraz natury naznaczony przemocą jak na aktywne archiwum, którego nie da się całkowicie zamknąć. Co zapisano w wodzie, ziemi i ciałach? Jakie ślady zostawia przemoc państwa wobec człowieka? o ile za kilka dekad natura na granicy odsłoni materialne dowody dzisiejszych zbrodni, jak je wówczas potraktujemy — i jak odczytamy własny udział w historii, na którą one naprowadzają? Piekło może być również w raju. Krajobraz może pozornie ukrywać ślady przemocy przez lata, ale nie oznacza to, iż przestają one istnieć.

We wrześniu kuratorzy wystawy zapraszają na oprowadzania, dyskusje o polityczności terenów podmokłych i antropocentrycznym spojrzeniu na użyteczność ziemi, grupowe praktyki medytacyjne oraz spacery performatywne towarzyszące ekspozycji. Program wydarzeń dostępny na stronie CSW.

tekst: Katarzyna Czarnota

Idź do oryginalnego materiału