Kora jakiej nie znaliśmy. Kamil Sipowicz opowiedział nieznaną historię

zycie.news 1 godzina temu
Zdjęcie: Kamil Sipowicz i Kora / YouTube: Magazyn VIVA!


Jak podaje serwis „Świat Gwiazd”, przez lata ta historia pozostawała zamknięta w czterech ścianach – jak sekret, którego nikt nie chciał lub nie potrafił wypowiedzieć na głos. Dziś mąż legendarnej wokalistki przerywa milczenie i odsłania kulisy dramatycznych wydarzeń, które odcisnęły piętno na życiu Kory i na zawsze zmieniły jej codzienność. Słowa, które nigdy miały nie paść publicznie, właśnie wybrzmiały – i wstrząsnęły polskim internetem.

Kora jakiej nie znaliśmy

Kora pozostaje jedną z legend polskiej sceny muzycznej. Jednak w najnowszej książce Kamila Sipowicza mamy okazję zobaczyć jej nie do końca znane oblicze w codziennych sytuacjach. Zamiast wygładzonej legendy – kobieta z krwi i kości, która w dusznym meksykańskim terminalu rozpętała burzę w obronie swojej ukochanej suczki Ramony.

To historia, w której nie ma miejsca na pozę ani dyplomację: jest gniew, bezradność wobec biurokracji i bezgraniczna lojalność. Opowieść, która burzy mit spokojnej ikony i przypomina, iż Kora zawsze żyła tak, jak śpiewała – bez hamulców.

Wspomnienie Kory

Kora wyszła za pół godziny. Z Ramonką na ręku. Zapłakana, ale szczęśliwa, iż wyrwała się z tego urzędniczego piekła w gorącym Cancún. Co się okazało? Wszystko było w porządku z papierami Ramonki. Prawie wszystko. Nie miała tylko jednej jedynej pieczątki. Zaświadczającej, iż ma ochronę przed kleszczami. Zawezwano weterynarza z miasta. Przyjechał po godzinie. Psiknął na Ramonkę odpowiednim preparatem dwa razy, skasował 100 dolców i zniknął” – wspomina Sipowicz.

Jak wskazuje serwis „Świat Gwiazd”, Kora nigdy nie znała słowa „pokora” w sensie, w jakim używa go świat. choćby w chwilach, które dla innych byłyby testem cierpliwości czy upokorzeniem, ona stawiała na własne reguły gry: dystans, humor i absolutną bezkompromisowość. Świadkowie jej zachowania wspominają, iż choć sytuacja mogła złamać każdego, ona pozostała nieugięta – nie dla kamer, nie dla mediów, po prostu taka była.

Jej charakter był jak tatułek sceniczny: niezależny, dziki, nieprzewidywalny, niezależnie od tego, czy stawała na legendarnych deskach Jarocina, czy walczyła o prawa swojej ukochanej suczki w dusznym, obcym terminalu na drugim końcu świata. To była Kora – bez filtrów, bez rekwizytów, w pełni sobą.

Idź do oryginalnego materiału