Kontrkulturowy kochanek, niepewna przyszłość – jak „Absolwent” (1967) i „Film o pszczołach” (2007) mówią o rozterkach pokolenia Z

gazetafenestra.pl 1 miesiąc temu
Relacje romantyczne bohaterów wydają się jedynie wzmagać ich poczucie niepewności. / Autor grafiki: Szymon Filipiak (Fenestra)

Koniec roku akademickiego przynosi wszystkim wiele niepewności. Studenci zastanawiają się, jak najlepiej wykorzystać czas wolny przed nadejściem zimowego semestru, absolwenci natomiast wyraźnie czują, iż stoją w pewnym rozkroku pomiędzy starym a nowym. W chwili, kiedy mistyczne słowo „przyszłość” wydaje się zbyt przytłaczające, warto zwrócić się o wsparcie do przyjaciół, rodziny, a także doświadczonej już latami snucia opowieści – X muzy.

Historia młodego chłopaka, który w obliczu wyboru swojej przyszłej ścieżki zawodowej buntuje się przeciw oczekiwaniom społeczeństwa oraz rodziców i wchodzi w kontrowersyjną relację z potencjalnie niebezpieczną kobietą to fabuła dwóch filmów, których poza biegiem zdarzeń pozornie nie łączy zupełnie nic. Pasujący do opisu „Absolwent” (reż. Mike Nichols, 1967) należy przecież do przedstawicieli klasyki kina, jest sztandarowym przykładem dzieła kontrkulturowego, osadzonego w niezwykle skomplikowanej rzeczywistości, jaką bezsprzecznie były Stany Zjednoczone w latach sześćdziesiątych XX wieku. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, iż „Film o pszczołach” (reż. Steve Hickner, Simon J. Smith, 2007) jako animacja skierowana do młodszego widza jest pozbawiony wartościowych treści, które uczyniłyby go wartym porównania do tak skomplikowanego ideowo utworu, jakim jest produkcja Nicholsa. Poza niemal niewiarygodnym podobieństwem fabularnym, oba dzieła charakteryzuje jednak równie wysoka wrażliwość w sposobie portretowania młodego bohatera, stojącego u progu „dorosłego życia”. Trudno odmówić im także swoistej ponadczasowej oraz uniwersalnej konstrukcji narracyjnej, szczególnie w odniesieniu do tychże postaci. Filmy te, choć z niezaprzeczalnym szacunkiem, traktują dorastającego człowieka również z konieczną dozą humoru i dystansu, często działającymi jako źródło pogłębionych refleksji. Ze względu na pewnego rodzaju nieprzemijalność, która bez wątpienia charakteryzuje oba utwory, odzwierciedlenie swych współczesnych, codziennych dylematów odnaleźć mogą w nich przedstawiciele pokolenia Z (osoby urodzone w latach 1997–2012). Reprezentacje wszelkiego rodzaju kryzysów światopoglądowych oraz tożsamościowych nie muszą koniecznie być wytworami popularnych dziś platform streamingowych, aby młody człowiek był w stanie odnaleźć w nich cząstkę siebie. Czasem wystarczy chłopak, który w latach sześćdziesiątych podjął szereg wątpliwych decyzji lub (nad)zwyczajna pszczoła miodna.

Pokolenie Z, szczególnie ta jego część, która stoi aktualnie przed wyborami możliwie definiującymi całe ich przyszłe życie, często szuka oparcia w filmowych lub literackich bohaterach w wieku zbliżonym do swojego. Tendencja ta zauważalna jest szczególnie w internetowych manifestacjach młodzieńczego zagubienia – treści na platformach takich jak Instagram czy TikTok pokazują, iż parasocjalne poszukiwania kogoś, kto jest „dosłownie jak ja” nie ustają. Wśród tych postaci zdecydowanie mogliby się znaleźć zarówno Ben z „Absolwenta”, jak i Barry z „Filmu o pszczołach”, gdyż oboje z powodzeniem zostaliby dziś uznani za głos pokolenia oraz odnaleźliby swe miejsce we współczesnej kulturze rosnącej świadomości na temat niepewności idących za wkraczaniem w dorosłość. Doskonale dowodzą tego bliźniaczo podobne sceny umieszczone w obu dziełach, z jasnym wskazaniem, iż ta w animacji jest bezpośrednim cytatem z dzieła Nicholsa. To fascynujące potwierdzenie teorii, według której Barry jest swego rodzaju „uwspółcześnionym Benem”, przedstawionym w „lekkostrawny” sposób młodszej widowni, która zaglądając po latach do ukochanego filmu z dzieciństwa, odnajdzie tam (może choćby boleśnie) aktualne lustrzane odbicie samych siebie. Scena zacytowana w „Filmie o pszczołach” to słynny fragment „Absolwenta”, w którym główny bohater, leżąc na materacu w przydomowym basenie, rozmawia z rodzicami.

Nie przełamując fali

Oryginalny fragment rozpoczyna się od zbliżenia twarzy zrelaksowanego chłopaka z okularami przeciwsłonecznymi na nosie. Wydaje się oazą spokoju, do momentu, kiedy nachodzi go ojciec, wpędzając młodego mężczyznę w poczucie winy za „zbyt długi okres odpoczynku” i „niewzięcie się jeszcze za siebie”. Choć w widzu wzbiera wówczas nieodparte poczucie frustracji, bohater przyjmuje stoicką postawę i pozostaje niewzruszony, zbywając ojcowskie uwagi pojedynczymi zdaniami. Na jego pytanie o to, co w tym momencie robi, syn odpowiada jedynie: „Powiedziałbym, iż po prostu dryfuję sobie w basenie. To bardzo komfortowe, tak sobie tu po prostu dryfować”. Odbicie sceny w krzywym zwierciadle, jak zostało to mistrzowsko wykonane w „Filmie o pszczołach”, przynosi podobne emocje, zarówno ze strony postaci, jak i odbiorcy. Rodzice wyrażają frustrację bezczynnością oraz niepewnością potomka, ten kompletnie odcina się od rozmowy, jedynie odpowiadając niechętnie. W tym czasie oglądający odczuwają irytację połączoną ze współczuciem. Istotnym kulturowo elementem obu scen, a także przecież centralnym w obu z nich, jest sam basen. W filmie Nicholsa wypełniony, naturalnie, chlorowaną wodą, w animowanej wersji opowieści jednak, konsekwentnie wobec zaadaptowanej estetyki, miodem. Substancje te, w obu przypadkach, nie pozostają bez znaczenia. Woda, do której w jednej z początkowych sekwencji Ben niechętnie wskakuje w komicznym stroju nurka, staje się w miarę postępu fabuły środkiem umożliwiającym mu oddawanie się eskapistycznym fantazjom. Później już bez skomplikowanego odzienia, a w samych kąpielówkach, odnajduje wolność w błękitnej głębinie. Szkoda jednak, iż ta nie ma nic wspólnego z realnym oswobodzeniem się chłopaka z okowów społecznych oczekiwań. Mimo, iż wprawdzie zrzucił z siebie widoczną ich manifestację, w postaci kostiumu właśnie, przez cały czas woli pozostawać w nienaturalnej, chlorowanej (dzięki czemu nieskażonej, czystej) toni niż, nomen omen, wypłynąć na szerokie wody. Ta, choć przecież oddalona o prawie sześćdziesiąt lat, kulturowa tendencja okazuje się niezwykle zbliżona do strefy komfortu, w której zamknięta jest znaczna liczba przedstawicieli pokolenia Z. Nieskazitelna woda wypełniająca przydomowy basen staje się tutaj symbolem tradycji i ustalonych odgórnie reguł społecznych, ukrytych pod postacią łatwo dostępnego źródła ukojenia. Ten sam zabieg zastosowano w „Filmie o pszczołach”, gdzie Barry, niechętny do rozmowy o przyszłości z rodzicami, wskakuje do wypełnionego miodem zbiornika, po czym fantazjuje o życiu ze swoją ludzką ukochaną. Substancja ta ma dla historii szczególne znaczenie, głównie ze względu na fakt, iż w sposób jeszcze bardziej bezpośredni odwołuje się do zbiorowych tradycji – czyż uciekanie chłopaka w masę cieczy, z której wytwarzania pszczoły są przecież najbardziej znane nie wydaje się kompletnie nieproduktywne w kontekście wyrażania zniechęcenia wobec podążania utartą od milionów lat ścieżką? Dając się pochłonąć zarówno złotemu płynowi, jak i wyidealizowanym wyobrażeniom o niemal nieosiągalnej przyszłości, Barry nie zdaje sobie sprawy, iż tak naprawdę spełnia w ten przewrotny sposób marzenia rodziców o synu odnajdującym szczęście w klasycznym stylu życia. To, co początkowo wydaje się oznaką buntu, jest tak naprawdę przeniesieniem konserwatywnych wartości na niezbadany jeszcze grunt. Szokująca otoczka znika jednak po chwilowej refleksji nad celami, do osiągnięcia których dąży młody truteń.

Wolność wewnątrz ram tradycji

W interpretacji znaczenia basenów, zarówno w kontekście kulturowym, jak i personalnym, nie bez znaczenia pozostaje ich lokalizacja. To przecież zbiorniki przydomowe, potwierdzające jedynie teorię nie tylko o uwielbieniu wobec kontroli przez młodsze pokolenie, ale przede wszystkim przez starsze, reprezentowane w głównej mierze przez ich rodziców. Możemy w pełen nadziei sposób próbować nazywać je „miejscem treningu przed doświadczeniem wolności adekwatnej”, będzie to jednak podejście wysoce naiwne, dowodzące dodatkowo, jak łatwo ulec manipulacji tak typowej dla tradycyjnych wpływów. Wspomniane baseny, podobnie zresztą jak kontrowersyjne związki obu mężczyzn, dają iluzję komfortu i oderwania się od społecznych oczekiwań. To iluzoryczne „trzecie miejsce” („third space”), które mimo wszystko pozostaje jedynie przedłużeniem domu rodzinnego, a co za tym idzie – wyniesionych z niego, choć może niezgodnych z aktualnymi priorytetami, wartości. Poszukiwanie nowych źródeł spokoju i równowagi w świecie, który notorycznie stawia przed młodym człowiekiem nowe wyzwania okazuje się więc mało skuteczne, jeżeli oparte jest na utartych schematach. Bohaterowie nie są jednak do końca świadomi, iż ucieczki od domu czy rodzicielskiego konserwatyzmu szukają tak naprawdę w nim samym lub jedynie pozornie w odmiennych jego manifestacjach. Relacja Bena z panią Robinson to przecież nie związek oparty na dojrzałości czy gotowości do wejścia w nowy etap życia. Przeciwnie – Robinson staje się dla chłopaka zapewniającym akceptację surogatem matki, która w pozornie idealnych proporcjach mieści w sobie i pierwiastek budzący autorytet, i ten wzmagający ekscytację. Barry w swoim wysoce eskapistycznym romansie odnajduje obietnicę nowego, wspaniałego świata, który w perspektywie również okazuje się jedynie iluzją. Vanessa Bloome już na poziomie swojego nazwiska reprezentuje to, co przecież dla pszczół najważniejsze – życiodajne kwiaty w rozkwicie, od milionów lat napędzające pszczelą gospodarkę i niezmiennie poukładany styl życia. Truteń natomiast widzi w kobiecie kogoś, kto kompletnie odstaje od znanego mu świata, co, podobnie jak w przypadku Bena, jest jedynie sygnałem często bezrefleksyjnej, jakże jednak naturalnej, młodzieńczej potrzeby podążania za tajemnicą.

Muzyczne reprezentacje wartości?

Finał kontrkulturowego klasyka to moment następujący tuż po przerwanym przez Bena ślubie Elaine, kiedy para siada na tylnym siedzeniu autobusu, ich pierwotna euforia powoli ustępuje, a w tle cały czas wybrzmiewa „The Sound of Silence” w wykonaniu duetu Simon & Garfunkel. Oto nagle młody mężczyzna, który tak długo żył w przekonaniu, iż robi na złość swoim rodzicom oraz łamie pewne tabu czy gra w kontrze do ustalonych reguł, wytraca stopniowo swą młodzieńczą energię, uspokajając się zauważalnie w towarzystwie dziewczyny z welonem na głowie. Ben, uprzednio zaangażowany w niejednoznaczną relację z kobietą, której dojrzałości z oczywistych względów nie potrafił dorównać, pędzi teraz, zostawiając za sobą pracę w warsztacie, aby oddać się emocjonalnemu uniesieniu, zaprzeczając tym samym wszystkiemu, przy czym dotychczas stał. Chłopak podporządkowuje się społecznym oczekiwaniom z niewinną euforią w oczach, gdyż jego zdaniem to przecież oznaka buntu, nie konserwatywnej uległości. Naiwność ta skonfrontowana zostaje właśnie na poziomie muzycznej narracji, kiedy kadr obejmujący oboje bohaterów zilustrowany jest słowami „hello darkness, my old friend, I’ve come to talk with you again”. Ponowne wejście w ciemność jest tu bezpośrednią alegorią oddania się w sidła tradycji, tak przecież ograniczającej rozwój osobisty i prowadzącej wyłącznie do wzrostu tożsamościowych niepewności. Widmo stania się kopią swoich rodziców jest więc wyraźnie wyeksponowane jako realne zagrożenie, a związana z tym konieczność poruszania się po omacku wśród wyzwań przyszłości, niczym w pozbawionej światła celi dorosłego życia, wydaje się wyrokiem śmierci. Nie młodego człowieka samego w sobie, ale tych wyjątkowych aspektów jego jestestwa, które nigdy nie doczekają się odkrycia.

Skrajnie odmienną strategię przyjmuje natomiast „Film o pszczołach”, który w swym animowanym anturażu nie dopuszcza do głosu skrajnego pesymizmu, chętnie natomiast adaptuje konieczność podążania za status quo jako oczywisty pozytyw. Całą istotą dzieła jest (obok ekokrytycznych refleksji) wniosek, iż walka o swoje nie zawsze popłaca oraz iż istnieją kwestie nadrzędne, wobec których bunt przynieść może jedynie katastrofalne skutki. W myśl przybranej narracji, sekwencja końcowa, ilustrowana jest przyjemnym dla ucha, rytmicznym utworem o jakże optymistycznym tytule „Here Comes the Sun”. Ukazany zostaje Barry, któremu udało się połączyć dość kontrowersyjny romans z ludzką kobietą ze swym pszczelim zawodem zapylacza, stał się również bohaterem nie tylko dla swego gatunku, ale i całego świata, a rodzice są z niego naprawdę dumni. W ogólnym rozrachunku łatwo więc stwierdzić, iż poddanie się oczekiwaniom społeczeństwa oraz podążanie tradycyjną ścieżką okazało się źródłem sukcesu. Związek z Vanessą, choć wątpliwy w oczach tych bardziej konserwatywnych mieszkańców ula, po odrobinie refleksji również jest niczym innym, jak przeniesieniem szablonowego stylu życia na bardziej zaskakujący grunt. Barry jednak, mimo włączenia ludzkiego świata do miejsc swojego regularnego urzędowania, nie porzuca domu rodzinnego na rzecz samorozwoju – przeciwnie, propaguje tradycyjne wartości poza nim.

Kryzys tożsamości, niepewność w kwestii obrania dalszej życiowej drogi oraz dylematy światopoglądowe pokolenia Z w zaskakujący sposób łączą się nie tylko w filmie sprzed niecałych dwudziestu lat, ale i w tym, na który do kina chodzili dziadkowie dzisiejszych młodych dorosłych. Oba dzieła w równie głęboko sproblematyzowany sposób tematyzują przykry fakt, iż młody człowiek na początku swej drogi w dorosłość ma przed sobą jedynie iluzję wyboru. Pokazują, do jak opłakanych skutków może dojść, jeżeli zbuntuje się on przeciwko ustalonemu porządkowi świata. Tego obawia się całe pokolenie, które zmuszone jest jednak przeciwdziałać coraz wyraźniej zarysowującym się nieprawidłowościom. Problem polega jedynie na rozróżnieniu tych aspektów, których zmiana jest konieczna i przyniesie poprawę rzeczywistości od tych, które w długofalowej perspektywie doprowadzą do korozji i finalnego upadku wszechrzeczy. Młodzieniec karmiony jest natomiast niemal wyłącznie magicznymi sztuczkami i niczym w okrutnym eksperymencie pozostawiony samemu sobie, aby odkrył w końcu, iż to, za czym ugania się na bezdechu, te nieznane przygody i odkrycia mają ostatecznie doprowadzić go dokładnie tam, skąd przyszedł. Pokolenie Z w końcu zderzy się z ziemią i zostanie zmuszone do konfrontacji z przyjętym stanem rzeczy. Wszystkie drogi nie prowadzą do Rzymu, zdecydowana większość z nich kiedyś zakręca do domu.

Maria PILARSKA

Idź do oryginalnego materiału