Na wysokości setnej części tasiemcowej serii grozy twórcy zwykle idą w przesadę. Wymyślają różnorakie dziwy, jeszcze dziwniejsze niż ich zwyczajne dziwactwa, żeby utrzymać nadwyrężone już zainteresowanie kinomana. Tradycja nakazuje albo uciec się do autotematycznej refleksji albo wystrzelić kogoś bez pardonu w kosmos. Ale można też – jak w filmie "Naznaczony: Wyjście z mrocznego wymiaru" – udawać, iż nic się nie dzieje. Że to wszystko przez cały czas jest świeżutkie, iż pleśń jeszcze nie tknęła wymyślonego przed laty patentu, a rdza nie ima się naoliwionej w innym życiu maszyny.
Jacob Chase to reżyser o ciężkiej ręce, dla którego gatunkowe subtelności ewidentnie są mniej atrakcyjne niż uderzanie obuchem po głowie. I choć jego film nie jest zły, to jednak uwidacznia brak pomysłu na poszerzenie świata "Naznaczonego" i obnaża jego jałowość. A wydawałoby się przecież, iż to studnia bez dna, bo tytułowy mroczny wymiar, ten istny czyściec, nie został jeszcze dostatecznie zdefiniowany. Ale może nie jest to konieczne? Ni to piekło, ni niebiańska poczekalnia: miejsce wywołuje niepokój samym swoim niedookreśleniem. Raz wydaje się, iż trafiamy tam wszyscy bez wyjątku, a innym razem, iż to zaświaty dla dusz zepsutych i zgniłych.
Chase’a nie zajmują jednak podobne zagadnienia, skupia się raczej na wizualnej efektowności i puentach kolejnych scen. Groza zaś wynika tu zwykle z jeszcze intensywniejszego niż do tej pory zderzania świata materialnego z duchowym. Już poprzednio poetyka mary na jawie była atrakcyjnym wyróżnikiem serii. Sen, a raczej astralną podróż, zdradzają tu opary spowijającej wszystko mgły, ale w "Wyjściu z mrocznego wymiaru" granice zatarto zamaszystym ruchem. Ma to swoje zastosowanie i wyjaśnienie, bo Gemma (Amelia Eve), główna bohaterka filmu, nie tylko posiada dar wędrówki do niby-purgatorium, umie także przenosić obiekty między obiema rzeczywistościami. Reszty można się domyślić, bo dusze uwięzione Tam nie pragną niczego innego, jak dostać się Tutaj. Spragnione ciepłoty ludzkich ciał chcą uszczknąć jeszcze odrobinę życia oraz, co zostaje tu wyraźnie podkreślone, dalej czynić zło.
Pomysł jest nie najgorszy, aczkolwiek antagonista, który stoi za planem wykorzystania Gemmy, to kolejna wersja Freddy’ego Kruegera. Ma choćby pojedynczy pazur służący mu do podcinania gardeł. Wtórny straszak gra tutaj drugie skrzypce, jest pretekstowy mimo swojej sprawczości, bo film skupia się raczej na psychicznym ciężarze, jaki dźwigać musi umęczona kobieta nieustannie spacerująca między wymiarem mrocznym i naszym. Obarczona traumami z dzieciństwa, chcąc nie chcąc powtarza schemat, który sama niegdyś przeżyła jako wystraszone dziecko zmuszone do życia obok zaburzonej matki. Teraz kopiuje tamte zachowania, skazując córkę na podobny los. Próba wyrwania się z tego zaklętego kręgu jest głównym tematem "Wyjścia z mrocznego wymiaru", choć to, paradoksalnie, zaledwie efekt uboczny. Scenariusz, również autorstwa Chase’a, jakby bał się wyjść poza ramy generycznego horroru i sięgnąć po odważniejszą metaforę. Zostajemy więc z paroma poprzecinanymi zbyt wcześnie nitkami.
Szczęśliwie jednak nie mamy do czynienia z kserokopią poprzednich części. Rozwinięcie świata "Naznaczonego", choć nieśmiałe, polegające na obdarzeniu Gemmy nieznanymi dotąd umiejętnościami, przysłużyło się zmurszałej już serii – choćby jedynie na poziomie czysto naskórkowym. Znacznie lepiej wyszło Chase’owi stworzenie grupy istnych "wojowników snów" (do której należy również nieśmiertelna Lin Shaye) zmuszonych do koordynacji działań w obu światach, aby zwyciężyć demony. Niezłe są też sceny osadzone w mrocznym wymiarze i operujące wymierzonymi po aptekarsku dawkami obrzydliwości oraz zaskoczenia. Dzieje się to głównie za sprawą trójki akolitów głównego złego. O dziwo, to postacie ciekawsze niż on sam, może choćby na poły tragiczne – z uwagi na swoją żałość i naiwność. Ich upiorne uśmiechy będą się Gemmie, higienistce dentystycznej, śniły prawdopodobnie jeszcze długo. Nie wystarcza to wszystko, by wyrwać cykl ze stuporu, w którym tkwi od co najmniej trzeciej części. Ale daje nadzieję, iż kolejni twórcy podniosą rękawicę i zamieszają w tym garze. Bo chyba nikt się nie łudzi, iż to już koniec.
Jacob Chase to reżyser o ciężkiej ręce, dla którego gatunkowe subtelności ewidentnie są mniej atrakcyjne niż uderzanie obuchem po głowie. I choć jego film nie jest zły, to jednak uwidacznia brak pomysłu na poszerzenie świata "Naznaczonego" i obnaża jego jałowość. A wydawałoby się przecież, iż to studnia bez dna, bo tytułowy mroczny wymiar, ten istny czyściec, nie został jeszcze dostatecznie zdefiniowany. Ale może nie jest to konieczne? Ni to piekło, ni niebiańska poczekalnia: miejsce wywołuje niepokój samym swoim niedookreśleniem. Raz wydaje się, iż trafiamy tam wszyscy bez wyjątku, a innym razem, iż to zaświaty dla dusz zepsutych i zgniłych.
Chase’a nie zajmują jednak podobne zagadnienia, skupia się raczej na wizualnej efektowności i puentach kolejnych scen. Groza zaś wynika tu zwykle z jeszcze intensywniejszego niż do tej pory zderzania świata materialnego z duchowym. Już poprzednio poetyka mary na jawie była atrakcyjnym wyróżnikiem serii. Sen, a raczej astralną podróż, zdradzają tu opary spowijającej wszystko mgły, ale w "Wyjściu z mrocznego wymiaru" granice zatarto zamaszystym ruchem. Ma to swoje zastosowanie i wyjaśnienie, bo Gemma (Amelia Eve), główna bohaterka filmu, nie tylko posiada dar wędrówki do niby-purgatorium, umie także przenosić obiekty między obiema rzeczywistościami. Reszty można się domyślić, bo dusze uwięzione Tam nie pragną niczego innego, jak dostać się Tutaj. Spragnione ciepłoty ludzkich ciał chcą uszczknąć jeszcze odrobinę życia oraz, co zostaje tu wyraźnie podkreślone, dalej czynić zło.
Pomysł jest nie najgorszy, aczkolwiek antagonista, który stoi za planem wykorzystania Gemmy, to kolejna wersja Freddy’ego Kruegera. Ma choćby pojedynczy pazur służący mu do podcinania gardeł. Wtórny straszak gra tutaj drugie skrzypce, jest pretekstowy mimo swojej sprawczości, bo film skupia się raczej na psychicznym ciężarze, jaki dźwigać musi umęczona kobieta nieustannie spacerująca między wymiarem mrocznym i naszym. Obarczona traumami z dzieciństwa, chcąc nie chcąc powtarza schemat, który sama niegdyś przeżyła jako wystraszone dziecko zmuszone do życia obok zaburzonej matki. Teraz kopiuje tamte zachowania, skazując córkę na podobny los. Próba wyrwania się z tego zaklętego kręgu jest głównym tematem "Wyjścia z mrocznego wymiaru", choć to, paradoksalnie, zaledwie efekt uboczny. Scenariusz, również autorstwa Chase’a, jakby bał się wyjść poza ramy generycznego horroru i sięgnąć po odważniejszą metaforę. Zostajemy więc z paroma poprzecinanymi zbyt wcześnie nitkami.
Szczęśliwie jednak nie mamy do czynienia z kserokopią poprzednich części. Rozwinięcie świata "Naznaczonego", choć nieśmiałe, polegające na obdarzeniu Gemmy nieznanymi dotąd umiejętnościami, przysłużyło się zmurszałej już serii – choćby jedynie na poziomie czysto naskórkowym. Znacznie lepiej wyszło Chase’owi stworzenie grupy istnych "wojowników snów" (do której należy również nieśmiertelna Lin Shaye) zmuszonych do koordynacji działań w obu światach, aby zwyciężyć demony. Niezłe są też sceny osadzone w mrocznym wymiarze i operujące wymierzonymi po aptekarsku dawkami obrzydliwości oraz zaskoczenia. Dzieje się to głównie za sprawą trójki akolitów głównego złego. O dziwo, to postacie ciekawsze niż on sam, może choćby na poły tragiczne – z uwagi na swoją żałość i naiwność. Ich upiorne uśmiechy będą się Gemmie, higienistce dentystycznej, śniły prawdopodobnie jeszcze długo. Nie wystarcza to wszystko, by wyrwać cykl ze stuporu, w którym tkwi od co najmniej trzeciej części. Ale daje nadzieję, iż kolejni twórcy podniosą rękawicę i zamieszają w tym garze. Bo chyba nikt się nie łudzi, iż to już koniec.





![Co on zrobił?! Szalone zagranie w kwalifikacjach US Open [WIDEO]](https://sf-administracja.wpcdn.pl/storage2/featured_original/6a8d29156e3e37_12034596.jpg)






