Nowo otwarty Magasin 4 to klub bez porównania lepszy niż stara miejscówa. Kto był w obydwu, ten wie i wspomina rzygi i krew
Pierwsze grało Abysmal Descent no i niestety zaczynamy od średniaka. Żeby nie powiedzieć "chujnia". Będzie toto grało na DINTE w maju, ktoś tam zachwalał, iż niby taki cios, a tu niestety granko jakich sto milionów. Randomowy death/black, nudny i sztuczny. Do tego jebać czapeczki z prostym daszkiem i podrygiwanie z gitarą jak małpa na gumie. Kapel do kosza.
Zulxaxeku to nowy projekt Eduardo & co znanych z m.in. Volahn. War metalu to oni jeszcze nie mieli, zdaje się, w swoim portfolio. Świetny występ. Kominiary, spuścizna klasyków ale też i ciut oryginalnego, blacktwilightowego elementu. Warto zwrócić uwagę na tych herbatników.
Dikasterion to zespół, który widziałem na pierwszej edycji festu i bardzo mi się wtedy podobali. przez cały czas tak jest, kapela ciągle pocina diabelski thrash/black, jeszcze bardziej dopieściła swoje utwory, nowe są napisane jeszcze fajniej (bo te osiem lat temu byli, zdaje się, jeszcze przed wydaniem pierwszego demo, albo tuż po nim) no i Romain z Possession na garach, a to zawsze jest znaczek jakości. Tuż po nich miał za to miejsce NAJLEPSZY występ pierwszego dnia A Thousand Lost Civilizations Fest, czyli...
...Spirit Possession. W chuj dojebany, jeszcze lepszy niż sztosowy recital z trasy z Black Curse. Pogaszone wszystkie świeczki, całkowita ciemność na scenie i ta zajebista dwójka. Perkusistka znowu pokazała kunszt nie sprowadzając grania do napędzania go centralami, a przede wszystkim, niczym Lombardo, skupiając się na rękach. Gęba rozdziawiona, tyle mogę powiedzieć. Rytualny miting first wave of black metal z drugą falą i thrashem. Wychodziłem z gigu wręcz oniemiały.
Malthusian wydał ostatnio bardzo dobry album, więc mimo wszystko mając w pamięci słynny koncert z Łodzi liczyłem na dobry występ i się nie zawiodłem. Gęsty, przytłaczający death/doom, gdzie jest zajebiście podegrane na gitarce i na bębenku a zakręcony riff tonie w wywrotce gruzu. Bardzo dobrze to wypadło, tylko jeden mały mankament się pojawił, bo wokal stosunkowo często ginął w gęstwinie gitar i perki i chujowo było go słychać.
Death Worship widziane było miesiąc temu w ojczyźnie, ale i tak stałem i ruszałem czaszką, bo ich grania nigdy za wiele. Bardziej podobał mi się warszawski, ale tutaj też pot i trup ścielił się gesto, a gruby (który schudł!) nie wstydził się już i nie próbował chować się tyłem za statywem od mikrofonu
Na sam koniec obejrzałem sobie kawałek Deathhammer, ale tu już powolutku druga doba bez snu zaczęła dawać o sobie znać, więc kronikarsko chwilę postałem, posłuchałem, dokończyłem krieka i po zbiciu pożegnalnych piątek zwinęliśmy się do noclegowni. Zasnąłem w pół sekundy, ale przed 10, wstanięty, czułem się jak młody Szatan, zatem zostawiam Was i idę na piwka, jedzenia, sklepy z płytami a potem na koncerty, chociaż dzisiaj wyjątkowo jest dzień, na którym prawie nic mnie nie interesuje. Ale no coś tam się na pewno poslucha i poogląda.
Statystyki: autor: DiabelskiDom — 9 min. temu
















