Kolejny odcień niebieskiego „Avatar: Ogień i popiół”

gazetafenestra.pl 1 tydzień temu
Autorka grafiki: Zuzanna Prusiewicz (Fenestra)

James Cameron wraca na Pandorę z rozmachem, któremu w Hollywood trudno dorównać. W najnowszej części, poza technicznym i wizualnym dopracowaniem, reżyser obiecuje jeszcze bardziej rozbudowane postaci oraz intrygi niespotykane dotąd w serii. Wobec tego wydaje się, iż film jest skazany na sukces, co zdają się potwierdzać wyniki w box office oraz przeciążone strony internetowe kin. Czy trzygodzinny seans faktycznie potrafi dostarczyć odbiorcom oczekiwanych wrażeń?

W 2009 roku James Cameron przeprowadził w kinie wizualną rewolucję. Postępy w technologii CGI oraz motion-capture wreszcie pozwoliły mu na zrealizowanie pomysłu, który kiełkował w jego głowie od kilku dobrych lat. Na potrzeby swojego dzieła, wraz z Vincem Pacem zaprojektowali, a następnie użyli Fusion Camera System — techniki pozwalającej na filmowanie w stereoskopowym 3D. To, oraz zmieszanie filmu generowanego komputerowo z live-action, doprowadziło do stworzenia obrazu, których gwałtownie podbił ekrany na całym świecie.

Historia nie była szczególnie oryginalna: outsider trafia do innego świata, zaprzyjaźnia się z tubylcami i uczy nowej kultury, a w sytuacji niebezpieczeństwa staje po ich stronie. Podobny ciąg zdarzeń można dostrzec w innych produkcjach, jak chociażby „Tańczący z wilkami” czy „Pocahontas”. Tym samym nie fabuła, ale przede wszystkim warstwa wizualna i imersyjność świata Pandory zapewniły „Avatarowi” rozgłos i uznanie. Na drugą część należało jednak poczekać trzynaście lat. Głównym problemem ponownie okazała się niewystarczająca technologia. Podwodne sceny wymagały stworzenia realistycznego motion-capture. Oprócz tego, plany pokrzyżowała pandemia COVID-19, wywołując opóźnienia i zmiany terminów.

W końcu „Avatar: Istota wody” pojawił się w kinach w 2022 roku, ponownie wywołując niemałe poruszenie i zyskując pozytywne opinie, a do tego wygrywając Oscara za najlepsze efekty wizualne. Jednakże niektórzy fani obawiali się, iż kontynuacja znów pojawi się po ponad dekadzie. Tak się jednak nie stało. Zdjęcia do obu części kręcono w tym samym czasie, przez co na „Avatar: Ogień i popiół” należało poczekać tylko trzy lata. Tym samym widać, jak ściśle powiązane są ze sobą oba dzieła, zwłaszcza pod względem fabularnym. Trzecia część rozpoczyna się niedługo po zakończeniu poprzedniej. Jake i Neytiri zdają sobie sprawę, iż choć wygrali, to ich spokój jest chwilowy. Ludzie wrócą, by ponownie spróbować przejąć władzę nad Pandorą.

Nie tylko o wojnie

Walka o Pandorę wciąż pozostaje bardzo aktywnym wątkiem w trzeciej części, ale dołącza do niego nowy, równie bolesny, dotyczący żałoby. Żal po stracie najstarszego syna Neteyama jest wszechobecny, a jednocześnie każdy przeżywa go inaczej. Neytiri rozpacz pokazuje całym ciałem. Przywdziewa żałobny strój i śpiewa pieśni. Jej rozpacz nie jest jednak pretekstem do kontemplacji. Przez Neytiri przemawia wściekłość, która prowadzi do kłótni w rodzinie, a jednocześnie każe jej szukać winnego tragedii: kobieta winą obarcza całą ludzkość, co negatywnie wpływa na jej relację z Jake’iem oraz Pająkiem. Przez Sully’ego natomiast przemawia żołnierskie wychowanie: mężczyzna zamyka się ze swoimi emocjami w pracy, skupiając się na obmyślaniu nowych strategii, by móc w najskuteczniejszy sposób chronić swoją rodzinę. Jake nie dzieli się swoimi uczuciami w tak otwarty sposób, jak jego żona, co tylko potęguje konflikt między nimi. U dzieci próba radzenia sobie ze stratą wygląda jeszcze inaczej. Dziwną i niezrozumiałą pustkę próbują wypełnić iluzją oraz wspomnieniami, a jednocześnie nie przeżywają żałoby wspólnie. Najmłodsza z rodzeństwa, Tuk, wydaje się być najmniej poruszona śmiercią brata, prawdopodobnie z powodu swojego wieku. Starsza Kiri oparcie znajduje w swojej relacji z Pająkiem, z którym spędza jeszcze więcej czasu. Największy ciężar nosi w sobie Lo’ak, nieidealny syn, któremu udało się przeżyć. Neteyam był obecny przez całe życie brata, a ten w pewien sposób podziwiał starszego Na’vi. Poczucie winy ocalałego, jakie ciąży na młodszym chłopcu, staje się jednym z motorów napędowych jego decyzji — często impulsywnych i ryzykownych, wpędzających go oraz innych w niebezpieczeństwo. Chłopak nie słucha ojca, a jednocześnie chce się wykazać, by udowodnić, iż jego życie ma znaczenie po śmierci starszego brata.

Żałoba pokazana w „Avatarze” nie jest tą „piękną”, zbliżającą do siebie rodzinę i pokonującą każdy konflikt. Jest ona przedstawiana jako rozpacz, która ciąży, wpływa na relacje i wybory, a choćby jest w stanie zatruć dobre intencje. Cameron udowadnia, iż trwająca długo wojna i poniesione straty mogą zmienić każdego.

Do trzech razy sztuka?
Cameron w trzeciej części prezentuje nową antagonistkę Varang, pochodzącą z gatunku Na’vi. Wprowadza tym samym powiew świeżości, ponieważ wcześniej antagonistami byli zwykle ludzie lub rekombinanci, którzy, choć są awatarami, to nie są prawdziwymi mieszkańcami Pandory. Varang wraz z jej Ludem Popiołu stanowią silny kontrast w stosunku do poznanych już Na’vi. Nie zależy im na kontakcie z naturą czy byciu w harmonii. Zamiast tego ich życie polega na ciągłych podbojach.

Brakuje tutaj jednak możliwości poznania bliżej Ludu Popiołu i ich zwyczajów. W pierwszej, jak i drugiej części „Avatara” widzom zostają ukazane tradycje i sposoby życia klanów Omatikaya i Metkayina. O klanie Varang odbiorca dostaje kilka informacji: dowiaduje się, iż lud nie wyznaje Eywy oraz iż są bardzo brutalni. Pokazanie więcej interakcji między członkami klanu czy też szczegółowe zaprezentowanie sposobów ich życia uczyniłoby Lud Popiołu bardziej interesującym. Zamiast tego klan, w pewien sposób wydaje się nudny, gdy zestawi się go z poprzednimi — jedyną zapadającą w pamięć postacią jest postać jego przywódczyni.

Varang traumę z dzieciństwa zamieniła w ideologię. Początkowo jej plemię należało do pokojowo nastawionych leśnych Na’vi, skupiających się na medycynie roślinnej i sztukach szamańskich. Jednak wybuch wulkanu zniszczył ich pobliski las oraz wioskę, zabijając wiele ludzi, w tym matkę Varang. To właśnie wtedy w sercu dziewczynki narodziła się frustracja oraz chęć zemsty na Eywie, która nie przyszła jej klanowi z pomocą. Kobieta zdecydowała się przejąć władzę nad swoim klanem. Swoją zielarską wiedzę wykorzystała do tworzenia toksyn i halucynogenów, by móc kontrolować ludzi wokół siebie. Zwróciła się również ku ogniowi, mocy, która ich zniszczyła, postrzegając ją jako coś przewyższającego potęgę Eywy.
Tym samym Cameron pokazuje, iż zło nie zawsze powstaje z chciwości; czasem może zrodzić się z bólu. Nie usprawiedliwia jej postaci, a prezentuje, jak choćby najpiękniejsza kultura może zostać zniszczona od środka, gdy jedynym językiem będzie przemoc.

Niestety pod koniec filmu rola Varang staje się prawie zupełnie nieistotna. Znika gdzieś w tle, a na pierwszy plan znów wysuwa się konflikt Quaritcha i Jake’a — czyli coś, co widz ma okazję oglądać od pierwszej części „Avatara”. Wtedy też może pojawić się myśl: ile razy można oglądać to samo? Czy wprowadzenie nowego antagonisty sugeruje, iż czas Quaritcha zmierza ku końcowi, czy jednak pojawi się w kolejnej części z tą samą, i bardzo dobrze znaną, mentalnością i motywacją?

Déjà vu
Z pewnością nie można Cameronowi odmówić umiejętności budowania światów. W najnowszej części Pandora wciąż olśniewa dopracowanymi detalami. Cameron pozwala na eksplorowanie kolejnych zakątków planety, wprowadzając nie tylko nowe plemię, ale też Kupców Wiatru: nomadycznych handlarzy przemierzających przestworza na gigantycznych statkach. Wnoszą oni powiew świeżości, a jednocześnie sprawiają, iż widz ponownie może zachwycić się kreatywnością, która doprowadziła do tego pomysłu i jej zrealizowaniem. Oprócz tego widzom ponownie zaprezentowane jest piękno lasów czy też podwodnego świata, a także głębiej zostaje poruszony wątek Tulkunów wraz z ich kulturą.

Nie można jednak zignorować podobieństw, jakie występują między częścią drugą a trzecią. Cameron wraca do swojego sprawdzonego fabularnego rozwiązania, jakim jest zabawa w berka: goniącym jest Quaritch, uciekającym Sully. Ponownie chciwi ludzie dążą do kolonizacji, podporządkowania i ograbienia Pandory. Na ekranie znów można zobaczyć polowanie na wodne istoty i opór mieszkańców planety. Przebieg walk i ich inscenizacje, szczególnie w ostatnim akcie są niemal identyczne, jak w „Avatar: Istota wody”. Można przez to pomyśleć, iż ogląda się wycięte sceny czy też alternatywne ujęcia z drugiego sequela, przeplatane z materiałem z części trzeciej. choćby fenomenalne widoki, obecne na całej przestrzeni dzieła nie są w stanie tego do końca zrekompensować.

Mimo tego polecam obejrzeć „Avatar: Ogień i popiół” na jak największym ekranie. jeżeli uda się przymknąć oko na zataczającą koło fabułę, to można zachwycić się warstwą wizualną. Szerokie plany, uchwycone na ekranie detale czy też wspaniale odwzorowana mimika i ruch postaci wciąż robią wrażenie. Cameron zapowiada kolejne odsłony, ale jeżeli fabuła ma prezentować się tak jak przez ostatnie dwie części, to może lepiej, by „Avatar” pozostał trylogią.

Aleks MIZERA

Idź do oryginalnego materiału