Chcielibyśmy móc uznać, iż tekst Dominika Wrześniaka Czy inny Krakers jest możliwy? Wokół 15. edycji Cracow Art Week, opublikowany w Magazynie Szum, jest surową, ale zarazem rzetelną i trafną recenzją festiwalu. Autor dostrzega wartość piętnastoletniej historii Krakersa i wskazuje kilka szczególnie udanych punktów programu, takich jak wystawy Spolia, Smutek ogrodów czy Wszystko co uniesiesz. Jednocześnie jego interpretacja opiera się na szeregu założeń dotyczących roli organizatorów, sposobu funkcjonowania festiwalu oraz kondycji krakowskiego środowiska artystycznego, z którymi trudno nam się zgodzić. Wiele formułowanych w artykule uwag odnosi się raczej do wyobrażenia o tym, czym KRAKERS powinien być, niż do rzeczywistego kształtu wydarzenia, które od piętnastu lat współtworzymy. Wyobrażenia te, co gorsza, wyraźnie ignorują zmiany zachodzące w samym festiwalu, jak i jego otoczeniu. Dlatego postanowiliśmy zabrać głos i odnieść się do niektórych tez postawionych w recenzji.
Piętnaście lat rozwoju oddolnego festiwalu nie polega na mechanicznym realizowaniu raz przyjętych założeń, ani na zachowywaniu niezmiennej formuły. KRAKERS od początku ewoluował wraz z otaczającym go środowiskiem, reagując na zmiany zachodzące w krakowskiej scenie artystycznej, a także w szerszych warunkach społecznych, ekonomicznych i instytucjonalnych. Dlatego z pewnym zaskoczeniem czytamy w tekście argumenty, które powracają niemal niezmienione od pierwszych edycji festiwalu i które zdążyły już wielokrotnie zostać zweryfikowane przez praktykę. Mamy tu na myśli przede wszystkim zastrzeżenia dotyczące rzekomego chaosu czy braku dyscypliny programowej. W ciągu tych wielu lat dokonywaliśmy wielu modyfikacji, by ułatwić odbiorcom orientację w bogatym programie. Próbowaliśmy też „ukierunkowywać” uczestników, ale to zmieniające się miasto i środowisko twórcze pokazały nam, iż byłby to krok w niewłaściwym kierunku. Obecnie, gdy wydarzenia modelowane na formacie Krakersa spotykają się z aprobatą w innych polskich miastach, silenie się na konwencję bliższą elitarnym gallery weekendom czy biennale uznajemy za kontrproduktywne.
Główny zarzut Wrześniaka – „nadmiar i ideowa kakofonia” wynikająca z obecności ponad 70 wydarzeń – obnaża bezradność autora wobec żywego, poziomego formatu. Autor rozpaczliwie szuka w Krakersie centralnego sterowania czy instancji decyzyjnej. Narzeka na brak spójnej, autorytatywnej wizji, zupełnie nie rozumiejąc, iż KRAKERS celowo i programowo nie posiada stanowiska dyrektora artystycznego. Brak jednoosobowego kuratora to nasz świadomy wybór. Nie chcemy, aby o kształcie krakowskiego tygodnia sztuki decydowało ego i prywatne estetyczne wybory jednej osoby. Narzędziami wyciągniętymi z elitarnych biennale autor próbuje mierzyć wydarzenie, którego fundamentem od 15 lat jest radykalny egalitaryzm i programowy brak hierarchii.
Uderza tu także specyficzność podejścia do etosu pracy krytyka. Czy naprawdę jako zarzut należy traktować fakt, iż wydarzenie związane ze sztukami wizualnymi ma zbyt rozbudowany program? Jego rozpiętość to dowód na żywotność miejsca, w którym jest organizowane, ukazuje różnorodność oraz pulsujące, twórcze i wszechstronne środowisko. Naturalne w tej sytuacji jest przeanalizowanie programu, skorzystanie z rozpisanych, opublikowanych marszrut lub zorganizowanych spacerów i zmierzenie się z wielością zdarzeń. W tekście autor opowiada jednak o własnym zmęczeniu, narzekając, iż nie dostosowaliśmy się do tempa jego spaceru.
W recenzji pobrzmiewa też głęboko nierealne, wręcz utopijne oczekiwanie, iż stosunkowo niewielki zespół związany z Fundacją Wschód Sztuki, dzięki jednego, trwającego tydzień wydarzenia, jest w stanie w pojedynkę przełamać głęboki impas krakowskiego środowiska sztuki. To przejaw skrajnej naiwności. Kraków jest dziś zupełnie innym miejscem niż dekadę temu – rzeczywistość wokół nas drastycznie się zmieniła. Żyjemy w czasach permanentnego kryzysu, galopujących kosztów utrzymania niezależnych miejsc, galerii, pracowni i wszechobecnego poczucia braku stabilizacji oraz długofalowego bezpieczeństwa. W tych realiach planowanie wielkich, cyklicznych wydarzeń kulturalnych staje się codzienną walką o przetrwanie.
Autor w swoim tekście nazywa te transformacje „mutacją, a nie ewolucją”, używając biologicznego terminu w formie pejoratywnego zarzutu. Wpada w ten sposób we własną pułapkę pojęciową. Recenzent zdaje się zapominać, iż w świecie skrajnej niestabilności to właśnie mutacja jest podstawową strategią przetrwania. Bez umiejętności nagłych, elastycznych zmian i radykalnego dostosowania się do trudnego otoczenia, każdy sztywny organizm – w tym festiwal sztuki – po prostu umiera. KRAKERS mutuje, bo mutuje rzeczywistość wokół nas.
Nasz projekt nie jest i nigdy nie będzie systemowym lekarstwem na te głębokie, strukturalne problemy krakowskiej sceny. Oczekiwanie od nas zbawienia całego ekosystemu, który boryka się z brakiem systemowego wsparcia, jest nieuczciwe. My nie uzdrawiamy krakowskiej sceny artystycznej odgórnym dekretem; my tworzymy bezpieczną, otwartą przestrzeń, w której to środowisko może zamanifestować swoją obecność i solidarność.
Żądanie autora, byśmy wprowadzili odgórną selekcję i drastycznie ograniczyli program w imię „czystości dyskursu”, to wyraz głębokiego niezrozumienia naszej misji. Naszym celem i wartością jest otwartość. Świadomie odrzucamy rolę strażników, cenzorów, nad-kuratorów. W realiach braku przestrzeni i uwagi dla funkcjonujących galerii oraz niezależnej, młodej sztuki, żądana przez autora selekcja byłaby aktem instytucjonalnej przemocy i cenzury.
Dla nas głos studenta debiutującego w piwnicy ma dokładnie taką samą wagę i prawo do zaistnienia jak wystawa w muzeum czy komercyjnej galerii. To nie do nas, nie do dyrektora artystycznego, ani tym bardziej do wszechwiedzących krytyków powinna należeć decyzja o tym, kto ma prawo głosu. O tym decydują sami artyści swoją pracą i gotowością do działania. Autor tekstu tego nie rozumie, bo dla niego sztuka ma najwyraźniej istnieć tylko wtedy, gdy jest przesiana przez kuratorskie sito i łatwa do zrecenzowania.
Podobnie kuriozalne są pretensje autora o to, iż nie „egzekwujemy” od galerzystów czy niezależnych twórców ścisłego trzymania się motywu przewodniego („Łowcy-zbieracze-praktycy przyszłości”). Nasze perspektywy bardzo się różnią. Oczywiście, dostrzegamy w programie brak absolutnej spójności, a czasem powierzchowne odpowiedzi na hasło główne. Akceptujemy jednak, iż tak jest. To, iż czasami hasło bywa traktowane pretekstowo nie jest wadą, która spowoduje, iż wyeliminujemy dane miejsce w kolejnej edycji. To raczej esencja i specyfika Krakersa. Nasze wydarzenie jest z założenia włączające – każdy zaproszony podmiot podchodzi do tematu w sposób dla siebie adekwatny, z większym lub mniejszym zaangażowaniem, na własnych warunkach. Oczekiwanie, iż będziemy rozliczać twórców z realizacji tematu niczym urzędnicy, świadczy o głębokim niezrozumieniu naszej oddolnej pracy przez recenzenta. W otwartej strukturze hasło ramowe to zaproszenie, a nie wytyczna. „Ideowa kakofonia”, którą autor piętnuje, to po prostu autentyczny głos krakowskiego środowiska artystycznego, tu i teraz.
Dominik Wrześniak pyta retorycznie, czy inny KRAKERS jest możliwy. Odpowiadamy: tak, możliwy jest KRAKERS sterylny, nudny, elitarny i wykluczający. Dokładnie taki, o jakim marzyli krytycy dekadę temu. Tyle tylko, iż takiego festiwalu nikt w Krakowie nie potrzebuje. Wolimy format organiczny, demokratyczny i otwarty, zmuszający widza do samodzielnego myślenia, niż akademicki konstrukt, który w imię świętego spokoju i wygody recenzenta zatrzaskuje drzwi przed dużą częścią środowiska.



