„Klątwa Doliny Węży” od kulis. Jak powstał „najgorszy polski film”? Dziś to przez cały czas fenomen | Kultura na weekend. Odc. 305

polityka.pl 1 dzień temu
Sława „najgorszego filmu” tylko wzmacnia jego popularność – mówi „Polityce” reżyser i scenarzysta Marek Piestrak. Marek Piestrak, gość „Kultury na weekend”, uznawany jest za pioniera polskiego kina gatunkowego, w tym horroru i science fiction. Wielu ma go za wizjonera, który mimo ograniczeń systemowych w epoce PRL skutecznie przyciągał do kin miliony widzów, realizując swoje zamiłowanie do kina nowej przygody. Jego najbardziej znana superprodukcja „Klątwa Doliny Węży”, o której z reżyserem rozmawia Janusz Wróblewski, stała się w Polsce filmem kultowym i doczekała się ponownej premiery po niemal 40 latach.

Jedocześnie narosła wokół niej legenda „najgorszego polskiego filmu”. – Jak na ówczesne warunki był to projekt o niespotykanym rozmachu. Zdjęcia realizowano w Wietnamie, Paryżu oraz w ogromnych halach w Kijowie i Tallinie. W Kijowie zbudowano jedną z największych dekoracji w historii tej części Europy – podziemną świątynię o długości 34 m, którą na potrzeby finału zalano wodą. Widzowie mogli podziwiać egzotyczne plenery dżungli i świątyń, co w latach 80. było rzadkością w polskim kinie. Moim zdaniem – mówi Piestrak – paradoksalnie sława „najgorszego filmu” tylko wzmacnia jego popularność. Krytycy wytykali mu niedociągnięcia techniczne, takie jak prymitywne efekty specjalne (np. słynny zmutowany wąż), jednak wynikało to z ograniczeń ekonomicznych i braku dostępu do technologii komputerowej, a nie z braku kompetencji. To właśnie te „niedoskonałości” sprawiły, iż film stał się przedmiotem żartów, ale i fascynacji, jako dokument możliwości technicznych tamtej epoki.

Dodatkowym smaczkiem budującym legendę filmu były autentyczne niebezpieczeństwa na planie, jak choćby wykorzystanie żywych kobr sprowadzonych ze specjalistycznej fermy czy scena przeprawy przez dziurawy most linowy w Wietnamie. – W rzeczywistości był starą kładką na stalowych linach, zbudowaną przez niemieckich budowniczych pobliskiej elektrowni – wyjaśnia reżyser. Liny były poskręcane, a wietnamska strona, mimo wcześniejszych ustaleń, nie naprawiła obiektu przed przyjazdem ekipy, nie wierząc, iż Polacy rzeczywiście zdecydują się tam kręcić.

Roman Wilhelmi grający jedną z głównych ról kategorycznie odmówił wejścia na most, grożąc zerwaniem kontraktu i powrotem do domu z powodu strachu o własne bezpieczeństwo. – Uratował nas operator Ryszard Lenczewski, stosując trik optyczny. Wykorzystał obiektyw o bardzo długiej ogniskowej, który spłaszczył perspektywę – dzięki temu Wilhelmi mógł bezpiecznie stać na brzegu rzeki, a na ekranie wyglądało to tak, jakby znajdował się na moście tuż obok Krzysztofa Kolbergera. Scenariusz zakładał, iż grana przez Ewę Sałacką dziennikarka wpada w dziurę w moście. Ponieważ kładka była pełna autentycznych dziur, kaskaderzy musieli podjąć nadzwyczajne środki ostrożności. W nocy przed zdjęciami utkali niewidoczną dla kamery siatkę z żyłek nylonowych i przygotowali pasy z zaczepami na stalowe liny, by asekurować aktorkę.

Idź do oryginalnego materiału