Performatywni czarodzieje, czyli przymiarka do dorosłości
W perspektywie stu lat od urodzin Andrzeja Wajdy trudno komukolwiek zakwestionować jego status jako mistrza i klasyka polskiego kina. Choć z biegiem czasu prześmiewczy nieco slogan „spoko, szkoły przyjdą”, przypisywany jego filmom zrealizowanym już w XXI wieku, wybrzmiewał coraz głośniej, dorobek reżysera wyznaczał niezwykle wysokie standardy. Owiane aurą mitu opowieści o tryumfie patriotyzmu, nadziei na lepsze jutro i nierównych zmaganiach z wyniszczającym systemem – sięgające od XVIII-wiecznej Francji, aż po świt Solidarności – zapisały się złotymi zgłoskami na kartach historii kina. Nie było chyba bardziej polskiego twórcy niż Andrzej Wajda. W takim razie co w jego „podniosłym” dorobku robi kameralna historia o miłości na jedną noc dwójki młodziaków? Sytuacja jest wyjątkowo interesująca, nie tylko w kontekście reszty filmografii „ostatniego romantyka polskiego kina”. Ale po kolei.
Młody Wajda w 1959 roku miał za sobą świetny okres twórczy. Dwa lata po obiecującym Pokoleniu na ekrany kin trafia wybitny Kanał, a po kolejnych dwóch nieformalna trylogia wojenna zostaje zwieńczona równie udanym Popiołem i diamentem. Rok później reżyser realizuje Lotną, rozgrywającą się w czasie kampanii wrześniowej, co tylko umacnia jego wizerunek jako skłonnego do refleksji nad własnym narodem i jego historią. Nic zatem dziwnego, iż Wajda i Jerzy Andrzejewski (duet odpowiedzialny za Popiół i diament) chcieli ponownie współpracować, mając za sobą dwa niezrealizowane ostatecznie projekty. Wajda przymierzał się kilka lat wcześniej do nakręcenia Jesteśmy sami na świecie, opowieści o młodej parze spodziewającej się dziecka w okresie szalejącego powstania. Film okazał się jednak projektem zbyt kontrowersyjnym na obecne czasy. Pewnego rodzaju rekompensatą okazała się najsłynniejsza adaptacja tekstu Andrzejewskiego, zrealizowana rok później. Prozaik z kolei pracował w tym czasie nad Bramami raju, historią opartą na krucjacie dziecięcej z 1212 roku. gwałtownie tracił jednak do niej resztki zapału. Inspirację chciał odzyskać w czasie pobytu w Domu Pracy Twórczej w Oborach, gdzie odwiedził go właśnie Wajda. Panowie zaczęli przerzucać się pomysłami, umawiając się na ponowną współpracę (same Bramy powstaną dopiero w 1968 roku, stając się najgorszym w mniemaniu Wajdy filmem w jego dorobku). W pierwotnej wersji nadchodzący film opowiadać miał o miłości dwójki bohaterów rozgrywającej się w czasie Powstania Warszawskiego, z czego ostatecznie zrezygnowano. Sam reżyser twierdził ponoć, iż jest zadowolony z wątków romantycznych w swoich poprzednich filmach, zaś Andrzejewski od kilku lat miał zmagać się z potrzebą napisania historii miłosnej. Wszystko to stanowiło obiecujący sygnał. Nieoczekiwanie pojawił się jednak dość istotny problem. Panowie niezbyt znali się na młodych ludziach.
Cytując samego Wajdę: „Moje poprzednie filmy mówiły o wojnie, teraz musiałem zająć się dniem dzisiejszym […] Zajęty moimi filmami nie miałem czasu w życie towarzyskie i uczuciowe. Nie nadawałem się na codziennego obserwatora przemian obyczajowych”. Ponad trzydziestoletni reżyser nie był odległy pokoleniowo od swoich bohaterów. Dobiegający pięćdziesiątki Andrzejewski odczuwał jednak wyraźny dystans do prezentowanych na kartkach scenariusza perspektyw. Los podsunął im na szczęście eksperta, na dodatek przebywającego akurat w Oborach. Dwudziestoletni zaledwie poeta – Jerzy Skolimowski – rezydował w Domu Pracy Twórczej jako najmłodszy członek Związku Pisarzy Polskich. Wajda i Andrzejewski poprosili go o lekturę tekstu. Ocena, mówiąc delikatnie, nie była zbyt przychylna, co zaowocowało nieformalnym rzuceniem rękawicy pyskatemu poecie. Skoro mu się nie podoba, to niech napisze własną propozycję. Po owocnej twórczo nocy, Skolimowski zaprezentował Andrzejewskiemu kilkanaście stron rękopisu, który stał się nową kanwą do stworzenia Niewinnych czarodziei. Scenarzysta nie omieszkał odnotować tej konfrontacji w swoim dzienniku: „Zaraz po obiedzie przyszedł do mnie Skolimowski, żeby przeczytać szkic scenariusza napisany ostatniej nocy. On sam ciekawszy od tego, co pisze. Próżny, ambitny, bezczelny, zarozumiały – ma ładną twarz skończonego drania i chyba bardzo piękne ciało”. Tym sposobem z duetu powstało trio, o trzech zupełnie różnych temperamentach i podejściach do sprawy. Ale o czym ostatecznie był film?
fot. „Niewinni czarodzieje” / materiały własneOddając głos Skolimowskiemu: „Musi być boks, musi być jazz, musi być fajny facet, który ma skuter i spotyka fajne dziewczyny, udaje mu się albo nie i do tego ma czasem refleksje”. Andrzej (w tej roli Tadeusz Łomnicki) to młody lekarz, który przed wyjściem do pracy odsłuchuje nagrane wcześniej na taśmę magnetofonową rozmowy z kobietami, przebywającymi w jego mieszkaniu w celach towarzyskich. I choć do kwestii obyczajowych oraz cenzorskich jeszcze wrócimy, należy zaznaczyć, iż już w pierwszej scenie ujawnia się ideologiczny problem Niewinnych czarodziei. Portret współczesnej młodzieży, jak doskonale wiemy zawsze najgorszej, ukazywał jej zepsucie na wiele sposobów. Między innymi w tym, jak bohater Łomnickiego uruchamia magnetofon: bezceremonialnie wciskając przycisk leżącego na podłodze odtwarzacza dzięki palca bosej stopy. Nie godzi się. Jak z resztą opisał to sam Wajda, wtedy właśnie na kolaudacji zaczęło się prawdziwe piekło. Pogarda dla technologii (uosabianej przez komunistów z ekonomią) była niedopuszczalna i scenę tę należało wyciąć. Cała otoczka życiorysu filmowego Andrzeja również pozostawiała wiele do życzenia. Protagonista to lekarz, który w drugiej ze scen zajmuje się kwalifikacją zawodników do udziału w turnieju bokserskim, co jest profesją szlachetną, zdecydowanie więcej czasu ekranowego poświęca się tu jednak „drugiemu życiu” Andrzeja: jazzowi. To świat, o którym Wajda nie miał pojęcia. Bo ani wódki nie pił, ani na koncerty Melomanów nie przychodził. W przeciwieństwie do Skolimowskiego. Przyszły reżyser obracał się w tym samym środowisku, co Krzysztof Komeda, który, co istotne dla tej anegdoty, z wykształcenia był laryngologiem, oddającym się po godzinach pasji muzycznej. Postać Łomnickiego, w zależności od źródeł, była nieznacznie lub całkowicie inspirowana osobą słynnego jazzmana. Zofia Komedowa wspominała nie tylko lekcje gry na perkusji udzielane Łomnickiemu, ale także prośbę o pożyczenie swetra i spodni męża. Pierwsze wydano z uwagi na porę roku, ale spodnie okazały się zbyt duże, więc Tadeusz dostał zupełnie nową parę. Aby jeszcze lepiej wczuć się w środowisko, postanowił zaprosić do siebie muzyków stanowiących jego ekranowy zespół, racząc ich napojem, którego Wajda nie pijał. Atmosfera była wyjątkowo luźna, czego nie pochwalał kierownik produkcji.
Co jednak jest interesującego w jazzmanie włóczącym się po Warszawie, szukającym miłości na jedną noc? Zdaniem zasiadającego w Komisji Oceny Scenariuszy Jana Rybkowskiego: nic. Wtórował mu Jerzy Bossak, zastanawiając się, czy jest to opowieść mogąca wypełnić pełny metraż. Entuzjastą pomysłu okazał się z kolei Aleksander Ścibor-Rylski, który scenariusz przeczytał z zachwytem. „Jest to jeden z najświeższych scenariuszy, zaczynający się od najbardziej szlachetnych argumentów. Ten scenariusz jest niezwykle potrzebny młodzieży, on pokazuje w sposób wyolbrzymiony zjawisko szalenie bolesne i niebezpieczne mianowicie pozę, która staje się programem życiowym”. Jednak intencje reżysera nie są już tak jednoznaczne, zwłaszcza z perspektywy wielu kolejnych lat od premiery Niewinnych czarodziei. Celem ich lepszego zrozumienia, należy chociaż pobieżnie zrekonstruować dalszą część fabuły, co dla piszącego te słowa nie będzie na szczęście zadaniem rozległym w czasie. Po wieczornym koncercie jazzowym, Andrzej spotyka Magdę (Krystyna Stypułkowska), z którą wyrusza na wieczorny spacer po mieście. Zainteresowani sobą nawzajem trafiają do mieszkania Andrzeja, gdzie pod fikcyjnymi, przybranymi na dzisiejszą noc imionami, spisują umowę determinującą przebieg kolejnych godzin. 1. Kieliszek wódki i prezentacja imion 2. Pierwszy pocałunek 3. Chwila inteligentnej rozmowy 4. Tapczan. Andrzej staje się Bazylim, Magda – Pelagią, a założone maski pozwalają wieczorowi płynąć bez skrępowania, by na koniec para mogła się rozejść. Opisując film Wajdy każdorazowo mówiło się o przybieranej „pozie” i „fasonie”. I choć miała być to reakcja na zachowania pokolenia popaździernikowego, dzisiaj przecież też możemy mówić o młodzieńczej „performatywności”. Pod płaszczykiem ukulturalnienia, cynizmu czy towarzyskiej charyzmy, miała kryć się generacja bezideowa, wycofana z życia społecznego i bezproduktywna (w socjalistycznym rozumieniu), świadoma jednak swojego statusu. Stąd właśnie zapożyczony z Mickiewicza tytuł.
Mędrce dawnych wieków
Zamykali się szukać skarbów albo leków
I trucizn – my niewinni młodzi czarodzieje
Szukajmy ich, by otruć własne swe nadzieje.
Stojący w cieniu Kolumbów przedstawiciele Pokolenia ‘56, świadomi swego bezideowego funkcjonowania, decydują się odgrywać role. Zamknięci w swojej jaskini egocentrycy, tkwiący w bezproduktywnym stanie poza pracą zbiorową w imię większej idei, powoli stają się rozgoryczeni. Jednak czy jesteśmy w stanie znaleźć w filmie jakiekolwiek polityczne oskarżenie, zwłaszcza bez znajomości kontekstu epoki? W ostatecznej wersji Niewinnych czarodziei będzie to wręcz niewykonalne, jednak Wajda pierwotnie planował uczynić pokoleniową konfrontację znacznie bardziej czytelną. Nagranych zostało kilka scen z faktycznym udziałem Kolumbów i powstańców warszawskich, wśród których pojawiają się m.in. Józef Nowak, Adam Pawlikowski czy Tadeusz Janczar. Gdyby wspomniane ujęcia weszły do filmu, mielibyśmy tutaj do czynienia nie tylko z spotkaniem dwóch wizji rzeczywistości, ale także dwóch wizji kina. Nieprzypadkowo bowiem cała przytoczona trójka pojawiła się wcześniej w trylogii wojennej Wajdy, pokazując dobitnie jak wielkie różnice zaszły w mentalności obu generacji. Czy jest to zatem film oskarżycielski? I tak, i nie.
fot. „Niewinni czarodzieje” / materiały własneW stenogramie z kolaudacji scenariusza Wajda opisuje swój film następującymi słowami: „To jest portret młodego człowieka z jego wadami i zaletami. Chciałbym uciec od tego, co się o młodzieży mówi złego, iż to jest pokolenie bandytów, chuliganów opryszków, z drugiej strony chciałbym młodzież pokazać w sposób ciekawy. Ta młodzież pokazana jest od strony intelektualnej”. Motywacja szlachetna i dojrzała, jednak im głębiej sięgniemy do źródeł, zwłaszcza tych sporządzonych już w czasie i po realizacji filmu, obraz intencji reżysera zaczyna ulegać przekształceniu. Wpis z dziennika opatrzony datą 10 czerwca, czyli nieco miesiąc przed rozpoczęciem zdjęć do filmu, głosi: „Przed młodzieżą trzeba się bronić. Ona broni się swoim biologizmem”. Pod koniec prac na planie, 3 września, Wajda zanotował w dzienniku: „Cóż mnie mogą obchodzić tacy bohaterowie? Co to za problemy? Oni nie są do niczego zmuszani”, by w 1962 roku w wywiadzie ze Stanisławem Janickim powiedzieć: „Sądzę, iż główny błąd polegał na tym, iż film ten nie był zdecydowanie wymierzony przeciwko młodzieży”. Można wysnuć daleko idące wnioski, iż Wajda, delikatnie mówiąc, za ówczesną młodzieżą nie przepadał. Wspomniana wcześniej scena z udziałem Kolumbów znalazła jednak swoje miejsce w filmografii reżysera, stając się częścią Miłości dwudziestolatków, gdzie spotkanie ze starym AKowcem (w tej roli rzecz jasna Zbigniew Cybulski) jest dość jednoznacznym wytknięciem palcem. Tutaj Wajda wydawał się bohaterami na tyle niezainteresowany, iż ponoć sporą część scen powierzał do realizacji drugiemu reżyserowi, mimo niewielkiej skali produkcji i korzystnego terminarza (zdjęcia w atelier od 28 lipca do 26 sierpnia, pojedyncze plenerowe w przedziale koniec lipca-początek września). Czy jednak za prezentowane w filmie działania należy ekranową młodzież ganić?
Zdaniem Władzy – owszem. Musimy jednak wziąć pod uwagę oryginalne zakończenie. Finalna wersja, w której Pelagia zostaje u Bazylego na dłużej sugeruje kontynuację ich – teraz bardziej szczerej i mniej pozowanej – relacji. Pierwotna prezentowała natomiast coś zupełnie innego: dziewczyna nie wracała do mieszkania adoratora, ale przebrana w szkolny mundurek udawała się na zajęcia szkolne, gdzie zasiadała w jednej klasie z kilkudziesięcioma podobnymi do niej młodymi damami (ciekawostka – statystek do tej sceny poszukiwała wśród warszawskiej młodzieży Agnieszka Osiecka, ówczesna asystentka Wajdy). Spójrzcie, jak identyczni względem siebie są ci rzekomi indywidualiści, spędzający noce z kieliszkiem wódki, przy jazzie i przelotnych romansach. Zepsuta młodzież odrzuca miłość, faworyzując powierzchowne relacje. Władza oczywiście, mimo krytycznego i w pewnym sensie dydaktycznego wydźwięku końcowej sceny, nie godziła się na ten pesymizm. Po drugie, należało wyraźniej zaznaczyć czym zajmuje się wspomniana młodzież poza czasem wolnym. Nie mogą przecież całymi dniami prowadzić przeintelektualizowanych rozmów, których nie zrozumie większość młodych odbiorców, parafrazując Tadeusza Zaorskiego – wiceministra kultury i sztuki. I rzecz trzecia: zarzut drobnomieszczański. Modne wówczas, choć zupełnie obce Wajdzie miejsca, jak klub Stodoła, Hala Gwardii czy lokal Manekin, były ucieleśnieniem powierzchownej wizji świata, zamieszkiwanego przez modnych, jeżdżących skuterami młodziaków. Nie bez powodu jednak rodząca się właśnie kilka tysięcy kilometrów dalej Francuska Nowa Fala porwie za chwilę umysły twórców i widzów, prezentując wyższość formy i atmosfery nad zwartą strukturą fabularną.
Niewinni czarodzieje do dziś bronią się przede wszystkim wspaniałą oprawą audiowizualną i pewną „pocztówkowością” ówczesnej Warszawy. Krzysztof Winiewicz, wraz z Tadeuszem Jaworskim i Wiesławem Zdortem, uchwycili na taśmie świat, którego estetyka już nierozerwalnie kojarzy się ze środowiskiem tego pokolenia. Czy po wprowadzeniu zmian dotyczących zakończenia przytyki od władzy dobiegły końca? Bynajmniej, gdyż Partii nie podobało się zaproponowane przez Partię zakończenie… Na łamach Trybuny ludu zwracano uwagę, iż pozornie optymistyczny wydźwięk triumfu miłości usypia tylko czujność inteligentnego przecież widza. Może i są to skrajnie bezproduktywni i pozbawieni wyższych celów bohaterowie, ale póki szczere uczucie wieńczy opowieść, jesteśmy skłonni to zaakceptować. A przecież nie powinniśmy, choćby jeżeli z dzisiejszej perspektywy nie dzieje się tu nic złego. Na ironię zakrawa fakt, iż naracji rządowej wtórowało środowisko kościelne. Wydział Pomocy Duszpasterskiej wysłał do reżysera list z przemyśleniami dotyczącymi filmu, które wieńczyły słowa: „Drastyczny sugestywny realizm (zwłaszcza jednej sceny), choć w oprawie artystycznej, mija się zupełnie z celami wychowawczymi. Wydaje się zamierzony raczej jako atrakcyjna przynęta dla tych, co aż takiej pożywki potrzebują, by przyjąć film jako całość. Mimo wszystko takie naświetlenie życia dzisiejszej młodzieży może być pożyteczne dla socjologów, psychologów, pedagogów, rodziców, a także duszpasterzy. Film wydaje się zupełnie nieodpowiedni dla młodzieży, jaką ukazuje. Może on skłaniać ją do jeszcze bardziej niesamowitej gry życiowej. Film wymaga od widza skrystalizowanego, rozumnego poglądu na życie”. Amen.
W końcu jak na kolaudacji mówił sam Wajda: „To muszą być prawdziwe postacie młodych ludzi, ten autentyczny młody człowiek właśnie znalazł się w takiej sytuacji z autentyczną młodą dziewczyną, po prostu zdarzyła się im taka historia”. Bohaterowie Niewinnych czarodziei posiadają zatem pewne istotne cechy, których prawdopodobnie zabrakło reżyserowi:dystans i samoświadomość. Tkwi w tym piękna ironia – jawne zakładanie masek przez Andrzeja/Bazylego i Magdę/Pelagię pozwala im paradoksalnie na bycie prawdziwszymi wersjami siebie. Doskonale zdają sobie sprawę z przebiegu podobnych sytuacji (początkowa scena z nagraniami wcześniejszych spotkań), nieuczciwą maskaradę przemieniają więc w oficjalną umowę. Gdy konkretne punkty programu zostaną zrealizowane, pojawia się przestrzeń na realne odkrywanie swojego rozmówcy i jego intencji. Dystans między przyszłymi kochankami zostaje skrócony, a całość przybiera ton wyrafinowanej komedii opartej na dialogu, w którym zawarte zostają modne podówczas, rozważania natury społecznej, filozoficznej czy egzystencjalnej. By jeszcze wyraźniej zaznaczyć samoświadomość bohaterów wobec ról, które przychodzi im grać, Wajda decyduje się na postmodernistyczne zabieg „filmu w filmie”. Pierwsze ujęcie prezentuje jedną z drugoplanowych postaci przechadzającą się przed wielkim billboardem Niewinnych czarodziei, na którym widzimy twarze aktorów. Jakiś czas później Sława Przybylska wykonuje w Manekinie piosenkę pt. Była pogoda, której wieczorem bohaterowie słuchają w radiu, Piosenka okraszona zostaje komentarzem spikera, który informuje słuchaczy o tym, iż pochodzi ona z filmu Niewinni czarodzieje. Podobnie jak bohaterowie, już na samym początku zostajemy uprzedzeni o zasadach gry, na którą godzimy się zasiadając przed kinowym ekranem. To czego doświadczymy dzisiejszego wieczoru, to tylko przeintelektualizowany pozór, pod którym skrywa się umieszczone po adekwatnej stronie serce. Niestety nie rozumiała tego ani Partia, ani chyba sam reżyser.
fot. „Niewinni czarodzieje” / materiały własnePo raz kolejny sięgając do wajdowskich Notesów, odnajdujemy tam taki cytat: „Teoretycznie to dobrze wymyślone, ale ciągle nie widzę tego filmu. Gdybym mógł go nie realizować, kamień spadłby mi z serca. Przysiągłem sobie, iż nie tknę aktorskiego filmu. Nic mnie to nie obchodzi. Ja jestem inscenizatorem, a aktorzy niech sobie grają co i jak chcą. A tutaj? Gdyby się dało zrobić przekrój miasta, jakąś panoramę Warszawy… Ale przecież mój bohater ma tak ograniczone możliwości! Gdzie on może się znaleźć? Jak sobie pomyślę, iż mógłbym realizować dziecięcą krucjatę lub choćby »Przedwiośnie« – płakać mi się chce”. Zostawmy jednak na chwilę obrażonego na warszawską młodzież reżysera i skupmy na głównym duecie aktorskim. Mimo pierwotnej kandydatury Andrzeja Nowakowskiego i Teresy Tuszyńskiej (po latach Wajda stwierdzi, iż powinien był obsadzić Jerzego Skolimowskiego i Elżbietę Czyżewską), plan momentalnie uległ zmianie, kiedy okazało się, iż ze względu na liczbę dialogów warunkiem koniecznym będzie doświadczenie teatralne obsady. Wybór padł na Tadeusza Łomnickiego, który na potrzeby roli nie tylko schudł ok. 10 kilogramów, ale też dał sobie utlenić włosy (wykonana naprędce w siedzibie telewizji procedura doprowadziła do rozległych poparzeń skóry głowy aktora). Wszystko po to, aby – przynajmniej według jednej z wersji wydarzeń – upodobnić go do Krzysztofa Komedy. O pożyczeniu niezużytego ostatecznie swetra już wspomniałem, ale dodać należy, iż używana przez aktorów Lambretta faktycznie należała do muzyka. Nowy wygląd aktora podsunął mu pomysł, aby opory Andrzeja przed pogłębieniem relacji z Magdą miały wynikać z jego tendencji homoseksualnych. „Autentycznie śmieszny i jakiś” według Wajdy pomysł został ostatecznie porzucony kosztem bardziej uniwersalnego wątku. Doświadczenie teatralne nie okazało się jednak najważniejsze w przypadku ekranowej partnerki Łomnickiego. Dwudziestoletnia Krystyna Stypułkowska była ówcześnie studentką romanistyki, która na zdjęciach próbnych do filmu Wajdy znalazła się przypadkiem, w ramach odskoczni od stresującego egzaminu na uczelni. Warto nadmienić, iż w zmaganiu o tę rolę pokonała nie tylko wspomnianą wcześniej Teresę Tuszyńską, ale także Beatę Tyszkiewicz. Niepewna na planie, zaludnionym przez gwiazdy kina, znalazła oparcie w Zbyszku Cybulskim, który przypomniał jej ponoć, iż nie bez powodu Andrzej/Bazyli interesuje się właśnie nią. Na potrzeby roli również musiała przejść znaczącą metamorfozę: pozwoliła sobie usztywnić fryzurę (stąd scena rozczesywania/targania ich w mieszkaniu Andrzeja) i nauczyła się chodzić na szpilkach. Choć ekranowa Magda/Pelagia zdążyła skraść serce niejednego kinomana, Stypułkowska nie kontynuowała kariery filmowej. Po głównej roli w Dziewczynie z dobrego domu wyemigrowała do Włoch, aby po kilku drobnych występach przenieść się do Stanów Zjednoczonych i podjąć pracę jako lektorka.
W tekście Ryszarda Dyoniziaka pt. Niektóre cechy młodzieżowej popkultury, opublikowanym w 1965 roku, znajduje się niezwykle znaczący dla tematu powyższych rozważań cytat. Jak twierdzi jedna z rozmówczyń autora: „Młodzież […] nakłada maski, pozuje. Ja osobiście spotkałam takich chłopców, którzy w życiu osobistym udawali cyników i nie uznawali żadnych ideałów. U nich na pierwszy miejscu było <<ja>>>, <<mnie>> itd. Ale takimi oni naprawdę nie byli. O tym można się było przekonać po zawarciu bliższej znajomości czy choćby przyjaźni. W stosunku do mnie jeden z nich okazał się bardzo bezpośredni. Ukazał jakby drugie oblicze, ale gdy byliśmy w towarzystwie, znów pozował na cynika i zarozumialca”. Czym zatem są Niewinni czarodzieje, jeżeli nie świadectwem autentyczności? Z perspektywy starszego twórcy wysnucie oskarżeń wobec młodszego pokolenia choć na swój sposób zrozumiałe, jest asekuranckie. Gdy koledzy Andrzeja na koniec filmu dziarskim, acz chwiejnym krokiem maszerują w stronę Pałacu Kultury i Nauki, śpiewają, iż „nie zna życia, kto nie służył w marynarce”. Skąd zatem reżyser ma znać realia funkcjonowania warszawskiej młodzieży, skoro kręcił nosem na sama myśl o pojawieniu się tam, gdzie oni? Najtrafniejszym określeniem wydźwięku filmu Wajdy jest (moim zdaniem) zaproponowana przez Jana Błońskiego na łamach Życia Literackiego „przymiarka do dorosłości”. Relacja z procesu przygotowawczego do czasów, które dopiero nadchodzą, daleka od umartwiania się nad czasami minionymi. Bez względu na to, czy proces ten ma miejsce w latach 60. czy współcześnie. Przytoczony z podobną do wajdowskiej drwiną cytat „spoko, szkoły przyjdą” jest tutaj uzasadniony, nie tylko przez różnice pokoleń między nieopierzonym autorem tego tekstu a reżyserem omawianego filmu, ale też ze względu na konieczne do zadania pytanie. Co zamierza pokazać tym szkołom Andrzej Wajda, skoro choćby nie interesuje go, kto do tych szkół chodzi?
Korekta: Jan Brzozowski, Anna Czerwińska
Bibliografia
Dyoniziak, Ryszard, Niektóre cechy młodzieżowej popkultury, 1965, [w:] Młodzież epoki przemian, oprac. R. Dyoniziak, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 1965.
Kurz, Iwona, Twarze w tłumie. Wizerunki bohaterów wyobraźni zbiorowej w kulturze polskiej lat 1955–1969, Wydawnictwo „Świat Literacki”, Izabelin 2005.
Lubelski, Tadeusz, Historia niebyła kina PRL, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.
Michalak, Bartosz, Wajda. Kronika wypadków filmowych, Wydawnictwo MG, Kraków 2016.
Mickiewicz, Adam, Dziady, Wydawnictwo Siedmioróg, Wrocław 2022
Morstin, Agnieszka, Męska niepewność. O „Niewinnych czarodziejach” Andrzeja Wajdy, „Pleograf. Kwartalnik Akademii Polskiego Filmu”, nr 2/2020.
Protokół z przeglądu filmu fabularnego produkcji polskiej pt. „Niewinni Czarodzieje” dokonanego przez Główny Urząd Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk w dniu 20 października 1960 r., MKiDN, zespół NZK, sygn. 661/5
Przenoszenie pojęć na płótno ekranu. Rozmowa Stanisława Janickiego, 1962, [w:] Wajda mówi o sobie, oprac. W. Wertenstein, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000,
Synoradzka-Demadre, Anna, Jerzy Andrzejewski. Przyczynek do biografii prywatnej, Wydawnictwo Krytyka Polityczna, Warszawa 2016.
Śmiałkowski, Piotr, „Proszę to wyciąć”, czyli historia scen wyciętych z polskich filmów w pierwszym ćwierćwieczu PRL, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2024.
Wajda, Andrzej, Notesy 1942-2016. Wybór, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2024.
Tekst powstał we współpracy patronackiej ze Stowarzyszeniem Kin Studyjnych nad przeglądem „WAJDA: re-wizje. Przegląd filmów Andrzeja Wajdy w 100. rocznicę urodzin”.














