1.
„Nowy film Łukasza Rondudy” to fraza, która z biegiem czasu zaczęła elektryzować środowisko artystyczne. Plan zdjęciowy, promocję i kinową premierę poprzedza zawsze plotka, o kim tym razem opowie kurator i reżyser, który z projektu na projekt coraz intensywniej zaznacza swoją pozycję filmowego kronikarza polskiej sztuki współczesnej. Wobec tego, większość osób oglądających wystawy i mających jakieś poglądy na temat artworldu zwykle ma swoje zdanie jeszcze przed pierwszym oficjalnym pokazem. jeżeli ktoś w 2015 roku nie lubił twórczości czy osoby Oskara Dawickiego, nadciągający do kin Performer wydawał mu się szczytem cringe’u i pretensji; mierziła go sama idea robienia czegoś takiego, więc czym prędzej musiał iść i na własne oczy zobaczyć, czy będzie to naprawdę tak złe, jak sobie wyobrażał, czy może jednak nie aż tak złe, a być może choćby troszkę ciekawe. To oczywiście świetna strategia grania na nerwach środowiska i przyciągania go na pokazy swoich filmów, ale w działalności Rondudy widzę jeszcze kilka znacznie bardziej interesujących aspektów.
Czy biopic może opowiedzieć czyjeś zmagania twórcze tak, aby ich do końca nie spłaszczyć? Gdzie leży granica owego spłaszczania w celu upowszechniania? Czy na pewno sztukę należy upowszechniać? Czy świat sztuki potrzebuje takich kronik?Czy da się nakręcić dobry film o słabym artyście?
Jego konsekwentnie rozwijany projekt autorski sprawdza, jak na co dzień zamknięta w galeriach twórczość artystyczna może funkcjonować w znacznie powszechniejszych i szerzej dystrybuowanych opowieściach ufundowanych na ruchomych obrazach. Biografie osób artystycznych stają się u niego dramaturgicznymi ramami do zorganizowania im wystaw na dużym ekranie, a klasycznie opowiedziane fabuły tworzą z hermetycznym statusem sztuki współczesnej liczne napięcia. Czy biopic może opowiedzieć czyjeś zmagania twórcze tak, aby ich do końca nie spłaszczyć? Gdzie leży granica owego spłaszczania w celu upowszechniania? Czy na pewno sztukę należy upowszechniać? Czy świat sztuki potrzebuje takich kronik? Albo – czy świat ludzi spoza sztuki potrzebuje takich kronik? Czy dokument o Romanie Stańczaku zainteresuje kogoś, kogo nie interesuje sztuka? Czy love story Wojciecha Bąkowskiego i Zuzanny Bartoszek wkurza bardziej środowisko czy może ludzi, którzy poszli do kina na film o skomplikowanej relacji romantycznej? Czy da się nakręcić dobry film o słabym artyście? Czy kino Rondudy może być przyczynkiem do dywagacji o jakimś wariancie rodzimego kina środka?
Tworzenie przez niszczenie. Rozmowa z Łukaszem Mojsakiem, Łukaszem Rondudą i Romanem Stańczakiem
Jakub Banasiak
Ostatnie z wyprodukowanych przeze mnie pytań jest właśnie tym, co w projekcie autora Serca miłości interesuje mnie najbardziej. Kiedy przed przyjęciem zlecenia na ten tekst zastanawiałem się, czym jest dla mnie jego twórczość filmowa, długo kluczyłem wokół zagadnień typu: „ten reżyser tak bardzo podąża za swoimi bohaterami, iż nie boi się ich cringe’u”, „ten reżyser knuje jakąś pop-historię sztuki najnowszej i to się raczej nie uda”, „ten reżyser z konsekwencją godnej lepszej sprawy wszystkich ciągle wkurza”, „ten reżyser radykalnie poszerza granice tego, co uważaliśmy dotąd za możliwe sposoby eksponowania sztuki współczesnej”. A potem pomyślałem, iż jest to też całkiem udany projekt kina środka, które przenosi kompletnie nieatrakcyjne i niespektakularne historie i dzieła w kontekst gatunkowych klisz, dzięki których platformy streamingowe realizują biografie mężów stanu (Gierek?) albo ogrywają społeczne napięcia (trylogia Teściowie?? Pieprzyć Mickiewicza???).
Kino Rondudy nie jest więc projektem, który podłącza się do sztuki galeryjnej, aby odświeżyć swój język filmowy, przedefiniować kadr, montaż czy relację z publicznością. To szukanie dla filmowych opowieści o sztuce miejsca tam, gdzie kino pełni funkcję negocjowania naszych narodowych mitów, spraw, sprawek i namiętności. Kiedy więc Netflix walczy o swoją wersję powieści Prusa czy kolonizuje Podlasie za sprawą głupawej komedii, Ronduda zdaje się wierzyć, iż przemyci do polskiego imaginarium Oskara Dawickiego, Zuzannę Bartoszek, Wojciecha Bąkowskiego, Daniela Rycharskiego, Romana Stańczaka, polski rave, Nadię Markiewicz, performerkę Babcię, Daniela Kotowskiego, Agatę Wąsik i Patryka Różyckiego. Jak dla mnie, jest to przejaw donkiszoterii, której chce się dopingować.
W przypadku Performera kino sprawdza się jako pretekst do portfolio Dawickiego i sprawdza się właśnie jako bezpretensjonalne kino do chillowania, wzruszu i uśmiechu.
2.
Filmowa droga Łukasza Rondudy zaczyna się w 2015 roku od projektu Performer, który napisał i wyreżyserował razem z Maciejem Sobieszczańskim. Pomysł na tę fabułę jest prosty i nośny. W tytułowej roli pojawia się Oskar Dawicki w swojej świecącej marynarce do performowania. Wokół niego – profesjonalni i popularni aktorzy znani z kin i telewizji (Agata Buzek, Andrzej Chyra, Jakub Gierszał), a także kilka osób ze środowiska (między innymi Anda Rottenberg i Zbigniew Warpechowski). Wszystko to w ramach gestu, który jednocześnie osadza historię w konkretnym świecie i mruga w stronę tego świata okiem: oto coś o was, ale niekoniecznie dla was; spójrzcie, jak wyglądacie w normalnym filmie dla normalnych ludzi.
Już przy tej realizacji widać, jak sprawnie Ronduda potrafi się poruszać w instytucjonalnym wymiarze kinematografii. Po pierwsze – wchodzi we współpracę z bardziej doświadczonym filmowo Sobieszczańskim. Po drugie – ekranowe połączenie Dawickiego i Chyry to nie tylko zderzenie dwóch światów, ale i sprawny trick promocyjny, bo oto widzowie idą na film z Chyrą, Buzek i Gierszałem, a tu nagle jakiś performer przeżywa na ich oczach swoje codzienne troski artysty współczesnego i rekonstruuje w filmowym kadrze swoje performatywne wystąpienia. Dzięki temu poprawnie i klasycznie opowiedziany i nakręcony film staje się formą dokumentacji prac artysty oraz ponurą opowieścią o utrzymywaniu się ze sztuki.
Wspomniane wyżej troski artysty współczesnego oraz rekonstrukcje performensów Dawickiego tworzą dwie warstwy narracyjne. Dawicki martwi się o stan swoich finansów, prokrastynuje popalając jointy, chodzi na spotkania, próbuje odnaleźć się jako niemłody już twórca na rynku sztuki i tęskni za minionym światem, w którym rządził i dzielił (a przynajmniej miał pozycję) jego mistrz Zbigniew Warpechowski. Poza tym oglądamy prace, w których skacze w wykopanym dla siebie dołku podczas własnego pogrzebu, pyta, „czy Oskar Dawicki istnieje” albo uwidacznia rynkowe aspekty biznesu, jakim za jego życia stała się sztuka.
Opowieść stwarza w Performerze miejsce dla wystawy sztuki i można byłoby w tym momencie snuć dywagacje o pretekstowości medium filmowego, ale Sobieszczański i Ronduda nie tylko są wyjątkowo sprawni w tym przyjemnym do oglądania kinie środka, ale też uczciwie nie udają, iż chodzi im o coś innego – kino sprawdza się tutaj jako pretekst do portfolio Dawickiego i sprawdza się właśnie jako bezpretensjonalne kino do chillowania, wzruszu i uśmiechu.
3.
Serce miłości (2017) w reżyserii Rondudy i według scenariusza Roberta Bolesto niesione jest przez aktorskie temperamenty Justyny Wasilewskiej i Jacka Poniedziałka, którzy czasem wcielają się w Zuzannę Bartoszek i Wojciecha Bąkowskiego, a czasem cytują ich i performują pod czujnym okiem kamery.
Mniej tu portfolio, a więcej fabuły, która sprawia, iż Serce miłości jest najzwyczajniej w świecie udanym romansem.
Drugi projekt fabularny Rondudy to próba nakarmienia gatunku, jakim jest melodramat biografiami twórczymi dwójki zakochanych w sobie łysych osób artystycznych. Wojciech jest starszy, łysy z wyboru i zwykle ubrany na czarno, tak jak cały tłum faciów z jego pokolenia. Artystowska Polska pokochała go za sprawą projektu muzycznego Niwea z hiciorem Miły, młody człowiek na czele, ale Bąkowski na co dzień tworzy sztukę z odpadków życia codziennego. Rysuje, zbiera, słucha, pisze, nagrywa, a potem to wszystko ze sobą zestawia i tak powstaje jego postegzystencjalna sztuka multidyscyplinarna. Ona, dziś uznana malarka i poetka, dopiero wchodzi na rynek sztuki. Jest łysa przez chorobę autoimmunologiczną i potrafi to performatywnie ogrywać. Celebruje inność, testuje świat, siebie, tożsamości, ich relację. Razem potrafią być spektakularni i magnetyczni jak kultowe postaci z lekkich nowofalowych filmów o miłości tych, którzy nie chcą dostosować się do podtrzymywanych umową społeczną rygorów.
W samym punkcie wyjścia Serce miłości karmi się gorącym w środowisku tematem towarzyskim, ale działa świetnie przede wszystkim poza tym kontekstem. Mniej tu portfolio, a więcej fabuły, która sprawia, iż drugi z projektów Rondudy jest najzwyczajniej w świecie udanym romansem. Kiedy oglądam ten film jako kino środka, dochodzę do wniosku, iż oto wreszcie doczekaliśmy się interesującego melodramatu skierowanego do szerokiej publiczności. jeżeli więc spotkacie kogoś, kogo zawiodły Big love (2012) Barbary Białowąs czy inne polskie próby opowiadania o hetero-miłości, polećcie im Serce miłości, bo to piękny przykład jak zamienić plotki, kontrolowane biografie i strzępy prac w solidne kino gatunkowe.
70% prawdy. Rozmowa z Zuzanną Bartoszek
Joanna Ruszczyk
4.
Za mniej udaną uważam natomiast trzecią fabułę Rondudy, którą napisał wraz z Michałem Oleszczykiem i wyreżyserował wraz z Łukaszem Guttem. Wszystkie nasze strachy (2021) bierze na warsztat życie i twórczość Daniela Rycharskiego, który w monumentalnych instalacjach łączy swoją nieheteronormatywną tożsamość z chrześcijaństwem i ludowy katolicyzm z wystawianiem w najważniejszych polskich galeriach.
O ile Wasilewska i Poniedziałek zamienili Bartoszek i Bąkowskiego w udane love story, a Dawicki grający z Chyrą, Gierszałem i Buzek poszerzyli gatunek filmu biograficznego o możliwość prezentacji artystycznego portfolio, tak opowieści o Rycharskim zdecydowanie szkodzi szarżujące aktorstwo Dawida Ogrodnika. Ale to nie jedyny mój problem z tym filmem (nie pisałbym o „mniej udanej fabule” tylko ze względu na własny stosunek do polskiej wersji Meryl Streep, jaką jest Ogrodnik).
Czasem spłaszczenie u Rondudy ma dla mnie wydźwięk pozytywny, bo spłaszcza, aby popularyzować i zmieniać konteksty funkcjonowania dzieł; w przypadku Wszystkich naszych strachów chodzi mi jednak o spłaszczenie, które zabija potencjał filmu.
Wszystkie nasze strachy, w tym złym sensie, są gdzieś pomiędzy Performerem a Sercem miłości. O ile film o Dawickim działał jako portfolio i szukał w kinie miejsca do wystawiania sztuki, a Serce miłości realizowało się jako kino gatunkowe, tak nagrodzone na festiwalu w Gdyni Wszystkie nasze strachy nie potrafią znaleźć swojego punktu ciężkości. Fabuła pędzi, sceny są krótkie i ledwo zarysowane, więc trudno mi uzyskać dostęp do tego, co dzieje się w pracowni Rycharskiego, nie mam okazji pooddychać ujęciami jego prac, a konfrontacja nieheteronormatywnej jednostki z wiejską społecznością naznaczoną samobójstwem młodej lesbijki dzieje się niestety w przestrzeni płaskiej jak rutynowy telewizyjny reportaż. W dosyć krótkim filmie próbuje się połączyć ekspozycję bardzo interesującego artysty i jego skomplikowane funkcjonowanie w rodzinnych stronach, przez co zarówno ekspozycja bohatera-artysty, jak i jego polityczna walka zostają spłaszczone. Czasem spłaszczenie u Rondudy ma dla mnie wydźwięk pozytywny, bo spłaszcza, aby popularyzować i zmieniać konteksty funkcjonowania dzieł; w przypadku Wszystkich naszych strachów chodzi mi jednak o spłaszczenie w sensie pejoratywnym, zabijającym potencjał filmu, którego premiera odbyła się rok po obrzydliwych wypowiedziach Andrzeja Dudy, który grając dehumanizującą homofobią skutecznie przedłużył funkcjonowanie swojej głupiej mordy[ref]Zdaję sobie sprawę, iż obrażam byłego prezydenta swojego kraju. jeżeli pójdę za to pod sąd, będę zmuszony powiedzieć, iż tylko ktoś, kto jest głupią, a w dodatku cyniczną mordą mógł powiedzieć, iż LBGTQ nie są ludźmi, a ideologią. Jako poważna osoba pisząca konsekwencje biorę to na tak zwaną klatę. A czy pisanie o „głupich mordach” mieści się w granicach krytyki artystycznej? Moim zdaniem tak. Jaki kraj, taka krytyka. Akcja-reakcja, wiecie o co chodzi?[/ref] w charakterze głowy państwa.
Z krzyża zdjęty. „Wszystkie nasze strachy” w reżyserii Łukasza Rondudy i Łukasza Gutta
Marcin Stachowicz
5.
Choć to właśnie w kinie fabularnym Ronduda wraz ze swoimi zmieniającymi się współpracownikami tworzy interesującą wizję wychodzącego z artworldu kina środka, na jego twórczość składają się też trzy filmy dokumentalne. Każdy z nich wydaje mi się udany, ale wspomnę tu o nich wyłącznie z kronikarskiego obowiązku, aby ten tekst mógł być też małą przebieżką po autorskiej drodze twórcy Performera. Są to bowiem sprawnie zrealizowane dokumenty, które w żadnym stopniu nie rozszerzają kina dokumentalnego. Nie ma też w nich tego wychylenia ku kinu środka, jakie zaobserwowałem w jego projektach fabularnych. Świetnie działają jako dokumentacje powstawania projektów (w przypadku Freak Show i Lot) albo zręcznie syntetyzują pewien okres z historii polskiej kultury (Rave), ale nie dają mi żadnego powodu do pisania o kinie, a tekst ten staram się poświęcić właśnie kinu i temu, co z tym kinem Ronduda konsekwentnie próbuje zrobić.
Zrealizowany z Anną Zakrzewską Lot (2022) pokazuje proces przygotowywania przez Romana Stańczaka przenicowanego samolotu na weneckie Biennale. Zrealizowany z Dawidem Nickelem Rave (2024) opowiada kulturę polskiego rave’u tak, aby opowiedzieć też polską transformację i polską wixapolową postironię, która nauczyła się konsumować, przetwarzać i kapitalizować prowincjonalne techno-imprezy. Najnowszy z dokumentów, Freak show (2026), który Ronduda nakręcił z Filipem Pawlakiem, opowiada o powstawaniu wystawy próbującej przewartościować tytułową kategorię freak show. Nadia Markiewicz, poznańska performerka Babcia, Daniel Kotowski i Agata Wąsik wymyślają, negocjują, a potem przygotowują swoje freak-występy, a film ten, poza obserwowaniem i dokumentowaniem ich działań, świetnie pokazuje też ich stosunek do instytucjonalnej sztuki – o ile Markiewicz i Kotowski są sprawnie działającymi artystami zawodowymi, tak Wąsik i Babcia podchodzą do rynku sztuki z nieufnością wywiedzioną ze swoich środowisk kultury tworzonej niezależnie od dużych instytucji. Każdy z tych filmów ma świetny potencjał zarówno do informowania, jak i do wzruszania. Trudno ich więc nie polecić.
Macie swoje Manieczki. Rave i „Rave”
Aleksy Wójtowicz
6.
We wrześniu do kin trafi Powiedz mi, co czujesz, który Ronduda wyreżyserował sam, a napisał wraz z Agatą K. Koschmieder. To coming-of-age, na które warto było czekać.
Film opowiada początki drogi twórczej Patryka Różyckiego, bardzo dzisiaj popularnego malarza, który w swoich formalnie grzecznych pracach opowiada i przepracowuje własną biografię, relacje, wspomnienia, lęki. Tworzy ze swojego życia materiał artystyczny tak, jak tylko może to robić osoba naiwnie zanurzona w narcystycznej kulturze selfie i social mediów. Na określenie jego prac nie znalazłem lepszego określenia niż „reality show techniką olejną”[ref]Cytat z pamięci.[/ref], którego to użył redaktor Aleksy Wójtowicz w swojej relacji na prywatnym instagramowym koncie. Scenariusz Rondudy i Koschmieder nie przetwarza jednak bezkrytycznie długich opisów, które Różycki każdorazowo zamieszcza pod swoimi obrazami, a czerpie z jego historii i twórczości, aby opowiedzieć o chłopaku, który przyjeżdża z prowincji do dużego miasta, aby zostać malarzem.
Na początku poznajemy więc Patryka. Gra go Jan Sałasiński, nowa postać stołecznego Teatru Dramatycznego. Ta decyzja obsadowa pokazuje zmianę w nastawieniu Rondudy do castingu. W artystę wciela się bowiem zajebiście zdolny i młody aktor, a nie ktoś z aktorskiej plejady gwiazd. Sałasińskiemu partneruje Izabella Dudziak, nieco starsza i bardziej doświadczona, znana z ekranu i warszawskich teatrów (od kilku lat w zespole TR Warszawa). Razem tworzą elektryzujący duet, który raz losy Różyckiego dociąża, a raz obdarza pełną zabawy i erotyzmu lekkością. Młodzi poznają się w świetnej scenie, która jest cytatem z pracy Skup łez Łukasza Surowca i Alicji Rogalskiej. Oto Patryk postanawia coś zarobić płacząc do fiolki, ale nie potrafi uronić choćby jednej łzy. Zamiast tego poznaje Marię. Patrzą na siebie, palą razem papierosa, a potem chyba się w sobie zakochują od któregoś z pierwszych wejrzeń, bo film błyskawicznie przechodzi w rejestry młodzieńczego love story.
Na tle smutnego krajobrazu polskiego filmu Powiedz mi, co czujesz i inne fabuły z dorobku Rondudy wydają mi się ciekawą i wartą dalszego obserwowania propozycją kina środka.
Ona jest po terapii i lubi się terapeutycznie wymądrzać. On przyjechał z prowincji i ma tylko marzenia. Ona funkcjonuje w artworldzie i ma bogatych, zdolnych, fajnych znajomych, a on jest biedny, niezręczny, neurotyczny. On chce się wyrazić, a ona robi karierę. Ona chce nauczyć go życia, a on chce malować. Trudno im się dogadać, więc zamiast rozmawiać o sobie, grają w gry, dzięki którym lepiej się poznają i coraz mocniej kochają. I to właśnie te gry niosą dramaturgię Powiedz mi, co czujesz. Patryk i Maria sikają razem w spodnie, malują po ścianach i swoich ciałach, krzyczą na moście. Są troszkę perwersyjni i brutalnie szczerzy. Bezkompromisowi jak zakochana para z całkiem udanego filmu.
Moja ulubiona scena z Powiedz mi, co czujesz dzieje się w domu rodzinnym Patryka i jest o pogodzeniu się z miejscem urodzenia. Kiedy chłopak przywozi do rodzinnej wsi swoją wielkomiejską sympatię, ta od razu chce tam wszystkich sterapeutyzować. Konfrontuje więc rodziców Patryka z wyparciem po śmierci siostry bohatera. I wtedy bohater każe jej wypierdalać. Następnie kładzie się z rodzicami na tapczanie, oglądają razem w milczeniu telewizję i każde kiepuje do własnej popielniczki. To moja rodzina, zdaje się mówić Patryk, a dzięki tej tapczanowej scenie czujemy całe spektrum towarzyszących im emocji i dramatów.
Bardzo możliwe, iż Powiedz mi, co czujesz wydaje mi się tak udanym filmem ze względu na porównanie z ubiegłorocznym hitem repertuarowym, czyli Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej. Oba dzieła łączy aktorska postać fenomenalnej Izabelli Dudziak i tematyka wchodzenia w dorosłość młodych osób. jeżeli jednak w Nie ma duchów… mamy do czynienia ze ślepotą na realia ekonomiczne, tak Ronduda doprowadza do licznych klasowych napięć. U Emi Buchwald mamy do czynienia z neurotycznymi dramatami rodzeństwa, które funkcjonuje między trzema warszawskimi mieszkaniami, a u Rondudy ciągle ktoś nie ma na fajki. Nie wiemy, skąd mają kasę bohaterowie Nie ma duchów, a u Rondudy analiza stosunków klasowych jest wyraźna i klarowna. W Nie ma duchów… dialogi bezkrytycznie przetwarzają terapeutyczną papkę, a Ronduda z postaci Marii czyni nie tylko pełnowartościową bohaterkę, ale i subtelną bekę z pop-psychologii. Patryk z Powiedz mi, co czujesz zdaje się żyć blisko ducha swojej zmarłej siostry, natomiast film Buchwald jest ostentacyjnie antywidmontologiczny – z duchów robi metaforę ataku paniki, a dobrze jest, kiedy duchów po prostu nie ma i pozostają tylko instagramowe kadry z ładnymi ludźmi. Różnic jest oczywiście znacznie więcej, ale te, które wymieniłem, powinny dać obraz tego, dlaczego uważam, iż to Rondudzie opowiadającemu o Różyckim udało się zrobić dobry film o młodych ludziach i ich inicjacjach.
Jak się dowiedziałem, nowy film Rondudy znowu będzie o kimś ciekawym… Artsy plotka żyje i ma się dobrze, jak za czasów dziadka Boya-Żeleńskiego.
Na tle smutnego krajobrazu polskiego filmu Powiedz mi, co czujesz i inne fabuły z dorobku Rondudy wydają mi się ciekawą i wartą dalszego obserwowania propozycją kina środka. Balans pomiędzy hermetycznymi historiami z artworldu a sprawnością w posługiwaniu się gatunkiem filmowym to warty odnotowania ewenement. Tak samo jak fakt, iż raz za razem autorowi Serca miłości udaje się rozszczelniać granice dzieła filmowego tak, aby pomieściło w sobie i ujmujące historie wiarygodnie przedstawionych ludzi, i wystawy sztuki współczesnej albo pop-lekcje na jej temat.
Męskość: nowe otwarcie. Patryk Różycki w Sklepie Galerii Karowa
Karolina Plinta
7.
A teraz czas na plotki. Jak się dowiedziałem, nowy film Rondudy znowu będzie o kimś ciekawym… Chodzi mi o postać mikołowskiego poety Macieja Meleckiego. Informację tę pozyskałem najpierw z podlaskiego pisma Epea[ref]Andrzej Szpindler, Gadanie bzdur. Jak 2Pac Shakur, „Epea” 2026, nr 1, s. 131.[/ref], a potem wywiedziałem się co nieco tu, a także tam. Tak więc… Meleckiego zagra pewien aktor, któremu pewien agent nie pozwolił jeszcze o tym za dużo mówić. I nie będzie to Bartosz Gelner, o którym w swoim tekście wspomina piszący dla Epei pisarz, trębacz i performer Andrzej Szpindler – tę informację udało mi się raz-dwa zdementować.
Widzicie? Artsy plotka żyje i ma się dobrze, jak za czasów dziadka Boya-Żeleńskiego. Ludzi rusza i Ronduda, i to, o kim znowu Ronduda opowie (casus Wyspiańskiego). W każdym razie, zdjęcia jeszcze nie ruszyły, ale jesienią powinien już „paść pierwszy klaps”, jak informuje mi w korespondencji ten aktor, któremu pewien agent zabronił zdradzać więcej szczegółów tego wciąż tajemniczego projektu.
Najważniejsze w tym wszystkim jest to, iż kino środka zasilone zostanie kolejną wartą opowiedzenia legendą. Już sobie wyobrażam, jak podążamy za głównym bohaterem w zaułki Mikołowa lat 90. Albo sceny, w których kolegium redakcyjne Instytutu Mikołowskiego decyduje się wydać genialną, acz pokręconą powieść Krzysztofa Bartnickiego pt. Myśliwice, Myśliwice. Stawką tego filmu będzie też kwestia formalnej metody na opublikowanie wierszy i wspomnień Meleckiego w ramach filmowego kadru. A więc zapowiada się kolejne rozszczelnienie medium…
Brzmi hermetycznie? Tak. Ale Ronduda będzie miał na to sposób, ręczę za niego.















