Kino Konwickiego. Oglądać też go warto. Tak mógłby wyglądać przegląd jego filmów | Ostatni film

polityka.pl 10 godzin temu
Zdjęcie: Inplus / East News


Maria Konwicka wspominała, iż ostatnie słowa wypowiedziane przez jej ojca przed śmiercią brzmiały: „Trzeba zmienić producenta!”. Nie zdziwiło mnie to; dla Tadeusza Konwickiego kino było niemniej ważne od twórczości literackiej. Ma rację Justyna Sobolewska: proza Konwickiego „czytana dzisiaj brzmi ożywczo, a jej apokaliptyczność koresponduje z naszymi lękami”. Trzeba jednak przypominać, iż tego autora warto nie tylko czytać, ale też oglądać. Dwutworzywowość Tadeusza Konwickiego to fenomen w skali światowej: przez ponad 30 lat między 1958 a 1989 r. kreował na przemian powieści i filmy, uzupełniające się i wzajemnie dopełniające.

Festiwal Konwickiego

Należał do pokolenia, które zakochało się w kinie w okresie jego szczytowej popularności, w drugiej połowie lat 30. Słabo znosił więc filmowy styl paradokumentalny. „Nie, no... do kina się chodziło na te dwie godziny magicznej przygody” – wspominał w pierwszym z kilku wywiadów, jakie miałem szczęście z nim przeprowadzić (mówił z wileńską intonacją gotowymi akapitami ze swojej rytmicznej prozy). „Ja wychodziłem przed wojną z kina oszołomiony, wstrząśnięty, zdruzgotany, wracałem z innego świata i z innego wymiaru”. Toteż kiedy sam zaczął robić filmy, zależało mu na podobnym wpływie na widza: jednego, pojedynczego, na wywołaniu w nim „jakichś procesów fizycznych”.

Warto sprawdzić na sobie, jak to wciąż działa; jego filmy są dostępne w wersji odnowionej cyfrowo. Skoro jednak niedawno Sejm specjalną uchwałą oddał hołd Konwickiemu z okazji stulecia jego urodzin, pozwalam sobie pomarzyć o czymś więcej: o dużym, monograficznym przeglądzie dzieł Konwickiego na ekranach telewizorów, na podobieństwo festiwalu filmów Wajdy, jaki trwa jeszcze w TVP Kultura; byli przecież rówieśnikami, z racji nie tylko kalendarza, ale i rangi artystycznej.

Idź do oryginalnego materiału