Niemiecka scena melodyjnego hard rocka i klasycznego heavy metalu wzbogaciła się o niezwykle interesujący debiut. Formacja Kingsmash prezentuje na „The Heart Remains at Home” mieszankę melodyjnego hard rocka, heavy metalu oraz chwytliwego power rocka, wyraźnie inspirowaną brzmieniem lat 80., ale jednocześnie brzmiącą świeżo i naturalnie. Album ukazał się 1 maja nakładem Fetzner Death Records i już od pierwszych minut pokazuje, iż mamy do czynienia z zespołem świadomym własnego stylu i muzycznej jakości. To grupa, która pełnymi garściami czerpie z dorobku Dio, Pretty Maids, Scorpions, czy gotthard. Debiutancki album Kingsmash to prawdziwa kopalnia przebojów.
Największym atutem płyty pozostają gitary. Duet Michael Herr i Ralf Schanzel tworzy niezwykle zgrane, melodyjne partie, które napędzają cały materiał. Solówki są wyważone, pełne feelingu i nie popadają w przesadny techniczny ekshibicjonizm. Muzycy stawiają przede wszystkim na klasyczne rozwiązania, klimat i czystą muzyczną frajdę. Bardzo dobrze wypada również sekcja rytmiczna — bas i perkusja nadają utworom odpowiednią dynamikę oraz koncertową energię. Produkcja stoi na wysokim poziomie. Materiał brzmi nowocześnie, ale jednocześnie zachowuje organiczny charakter i klasyczne heavy metalowe brzmienie. choćby nieco komiczna okładka idealnie współgra z zawartością albumu i stylistyką zespołu.
Wokal Michaela Herra dobrze pasuje do charakteru grupy, choć momentami przydałoby się więcej charyzmy, charakterystycznej chrypy oraz agresji — szczególnie w cięższych fragmentach. Chwilami słychać również pewne braki techniczne i niedostateczną pewność siebie. To zdecydowanie najsłabszy element całego zespołu, choć nie na tyle problematyczny, by znacząco obniżyć odbiór materiału.
Kingsmash to stosunkowo młoda formacja, działająca od 2023 roku, jednak zaangażowanie muzyków i ich pasja są doskonale słyszalne na debiutanckim wydawnictwie. Zespół od samego początku stawia na energetyczne riffy, chwytliwe refreny i ogromną dawkę melodyjności.
Album trwa niespełna 46 minut i oferuje konkretne, zwarte kompozycje pozbawione zbędnych przestojów. Całość otwiera dynamiczny „Infernal Fire”, który od razu narzuca odpowiednie tempo i prezentuje największe zalety grupy. Gitary brzmią masywnie, sekcja rytmiczna pracuje bardzo solidnie, a całość ma wyraźnie koncertowy charakter. Brzmi to klasycznie, ale jednocześnie świeżo i niezwykle naturalnie. Trudno się temu oprzeć. Chwilę później otrzymujemy „Devil Inside Your Head” — numer bardziej przebojowy, mocno osadzony w klasycznym heavy rocku. Już na początku albumu słychać, iż Kingsmash mają wyjątkowy talent do komponowania chwytliwych utworów, które błyskawicznie zapadają w pamięć. Dzięki temu cały materiał jest niezwykle nośny i pełen potencjalnych koncertowych hymnów.
Prawdziwą siłę albumu pokazuje jednak „The War of the Angels”. To jeden z najbardziej metalowych fragmentów wydawnictwa — pełen cięższych riffów, większej energii i bardziej wyrazistego charakteru. Zespół bardzo sprawnie balansuje pomiędzy melodyjnością a ciężarem, dzięki czemu materiał ani przez chwilę nie nuży i pozostaje zaskakująco różnorodny. Świetnie wypada również tytułowy „The Heart Remains at Home”, niosący sporą dawkę emocji i nostalgicznego klimatu. To właśnie tutaj najlepiej słychać, iż Kingsmash nie próbują być agresywni za wszelką cenę. Zamiast tego stawiają na atmosferę, melodie i naturalność przekazu. Ta szczerość oraz umiejętność tworzenia chwytliwych kompozycji stanowią ich największą broń.
Na uwagę zasługują także bardziej przebojowe utwory, takie jak „Sparrow”, „The Wild Girl” czy „Run Away”. W tych kompozycjach grupa jeszcze mocniej flirtuje z klasycznym hard rockiem i melodyjnym heavy metalem rodem z lat 80. Ta stylistyczna mieszanka wypada wyjątkowo efektownie. Słychać tutaj ducha dawnych stadionowych hymnów, które z powodzeniem mogłyby podbijać rockowe rozgłośnie radiowe. Ogromnym plusem pozostaje umiejętność budowania prostych, ale niezwykle skutecznych refrenów o wyraźnie koncertowym potencjale. Zespół doskonale zna swoje mocne strony i potrafi je wykorzystać.
Szybkie tempo oraz heavy metalowy pazur napędzają również „I Don’t Know Where to Go”, który należy do najmocniejszych punktów albumu. Melodyjny riff i rozpędzona sekcja rytmiczna sprawiają, iż utwór wręcz eksploduje energią. To jeden z tych momentów, do których naprawdę trudno się przyczepić. Nieco słabiej wypada natomiast „Calm Down”, któremu brakuje wyrazistości i siły przebicia obecnej w pozostałych kompozycjach. Finał albumu w postaci „Dragonslayer” doskonale podsumowuje całą zawartość wydawnictwa. To kwintesencja stylu Kingsmash — melodyjna, energetyczna i niezwykle chwytliwa kompozycja, która stanowi kolejny mocny punkt tego debiutu.
Mimo kilku drobnych wad „The Heart Remains at Home” pozostaje bardzo udanym debiutem. To album pełen szczerej pasji do klasycznego heavy metalu i hard rocka, który nie próbuje na siłę podążać za współczesnymi trendami. Kingsmash postawili na melodie, emocje i koncertową energię — i właśnie dzięki temu ich muzyka brzmi autentycznie. Debiut Niemców to prawdziwa kopalnia hitów.
Dla fanów tradycyjnego heavy metalu i hard rocka jest to pozycja zdecydowanie godna uwagi. jeżeli w przyszłości zespół odważy się jeszcze bardziej rozwinąć własny styl i dodać muzyce odrobinę większej drapieżności, może stać się naprawdę bardzo interesującą nazwą na europejskiej scenie heavy metalowej.
Ocena: 8,5/10





![Enrique Iglesias porwał tłumy w Gdańsku [fotorelacja]](https://kulturalnemedia.pl/wp-content/uploads/2026/05/773A4229.jpg)







