Kindżał - odcinek 8
Zaprosił mnie do siebie, do ich rodzinnego domu, gdzie teraz mieszkał. W piękne wrześniowe popołudnie usiedliśmy na wspaniałym tarasie, z którego roztaczał się fantastyczny widok na Sztokholm. Olaf nalał do oryginalnych dwóch kryształowych kieliszków starego osiemnastoletniego Martella, czyli jak sam dobrze wiedziałem, absolutnie genialnego koniaku i to tego z wielkiej czwórki, najlepszych koniaków Świata, a rocznikowo wprost rewelacyjnym. Już po pierwszym łyku owego cudownego trunku, po delektowaniu się euforią smaku owego napoju Bogów, rozpoczęliśmy naszą rozmowę.
Od razu, już w chwili gdy się witaliśmy, zauważyłem, iż od naszego ostatniego spotkania, Olaf bardzo się zmienił. Teraz siedząc obok niego na tarasie miałem okazję bliżej mu się przyjrzeć. Z ogromną przykrością zauważyłem, iż był zupełnie innym człowiekiem niż ten, z którym ponad pięć lat temu, powróciłem z Indii. Wyglądał źle i niezdrowo, był przeraźliwie wychudzony, a posiwiałe rzadkie już w tej chwili włosy, poszarzała twarz i matowe, niegdyś tak iskrzące się intensywnym niebieskim kolorem oczy, dopełniały tego smutnego i przykrego dla mnie, obrazu. Był jakby nie tym człowiekiem, którego znałem. A przecież miał dopiero czterdzieści parę lat. Nie miałem pojęcia o co chodzi. Skąd ta zmiana. Nie odważyłem się jednak pytać o przyczyny tak ogromnych zmian, a tylko grzejąc w dłoniach pękaty kieliszek świetnego koniaku, czekałem na to co on sam powie.
A właśnie ja tutaj o koniaku w kieliszku, a pana szklaneczka pusta. Już przechodzę do sedna sprawy to może jeszcze po jednym drinku, co panie Leszku? Dobrze się słucha i dobrze popija, ale moja norma nie pozwala mi wypić dziennie więcej jak trzysta gram wódki lub maksymalnie butelkę wina - odpowiedział Leszek. Patrząc po tym ile jeszcze zostało wódki w butelce to może pan śmiało, według swojej normy, spokojnie i bez obaw wypić jeszcze jednego drinka - stwierdził pan Artur. Po czym już więcej nie pytając, nalał Leszkowi oraz sobie i kontynuował opowieść.
Olaf zaczął opowiadać, iż od pewnego czasu, od jakiś dwóch lat, interesy idą mu coraz gorzej, a ostatnio to już wręcz beznadziejnie. Rodzina widząc moje niepowodzenia przez cały czas namawiała mnie do pracy u brata. A przecież powinni już dawno wiedzieć, iż ja się do tego nie nadaję. Ale najgorsza jest sprawa mojego zdrowia. Jak sam widzisz, delikatnie mówiąc, nie jest ze mną najlepiej. Chodzę od paru lat po różnych lekarzach, a ci stawiają różne diagnozy, ale żaden nie potrafi mi pomóc. Podobno to jakieś zarazki z Indii znalazły sobie we mnie siedzibę, a ich natury i sposobu leczenia tutejsi lekarze nie potrafią określić. Męczę się coraz gorzej i od jakiegoś czasu noszę się z myślą, żeby pojechać do Indii, może tamci specjaliści coś mi doradzą i pomogą przywrócić moje zdrowie. Zabieram się do tego wyjazdu już od paru miesięcy, ale nie mogę się jakoś na to zdobyć.
Potem Olaf jeszcze długo i szczegółowo opowiadał mi o swoim życiu, zdrowiu i problemach, aż w końcu powiedział to o co naprawdę mu chodzi i po co mnie zaprosił. Po ponad dwóch godzinach różnych opowieści i po wypiciu prawie całej butelki koniaku, Olaf gdzieś na chwilę wyszedł i sądziłem, iż poszedł po prostu do toalety, ale okazało się, iż nie. Wrócił po paru minutach niosąc w rękach dziwny pakunek, który zaczął pomalutku i pieczołowicie odwijać. Już po chwili ukazała się naszym oczom figurka siedzącego w pozycji kwiatu lotosu hinduskiego Buddy. Tak na oko miała jakieś dwadzieścia centymetrów wysokości i gdy ją wziąłem w ręce i zacząłem oglądać to ze zdziwieniem stwierdziłem, iż jak na taką niepozorną wielkość jest wyjątkowo ciężka. W środku figurki, na brzuchu Buddy widniała niewielka hinduska, prawoskrętna swastyka. Tuż poniżej tej swastyki, w lewej dłoni Budda trzymał kindżał skierowany ostrzem w dół, a w końcu jego rękojeści osadzony był duży, jasnozielony szmaragd. Całość była ciemnego, nieokreślonego koloru, zmieniającego się nieznacznie, w zależności od tego pod jakim kątem się na figurkę patrzyło. Jeszcze chwilę pooglądałem ten niesamowity przedmiot i oddałem Olafowi, a on postawił ostrożnie figurkę na stoliczku stojącym pomiędzy fotelami, na których siedzieliśmy i powiedział - to jest najdziwniejsza rzecz z jaką w życiu miałem do czynienia, a wierz mi, iż przez tych dziesięć lat w Indiach naprawdę wiele ciekawych, dziwnych, zaskakujących i tak wielce oryginalnych, rzeczy widziałem. Wieloma z nich handlowałem, albo chociaż podziwiałem w domach, pałacach lub różnych świątyniach, ale taką figurkę widziałem tylko jedną. Tę figurkę przyniosło do mnie, na rok przed naszym wyjazdem z Indii, trzech Hindusów i powiedziało, iż jest ona bezcenna, iż ma ponad pięćset lat, wykonana jest z kamienia z nieba, a osadzony w rękojeści kindżału szmaragd jest niespotykanym co do czystości, koloru i wielkości kamieniem tego rodzaju. Twierdzili, iż figurkę kupili od jakiegoś ciężko chorego starca, gdzieś na północnym wschodzie Indii, iż była ona w jego rodzinie od dawna, ale on był już ostatnim członkiem tej rodziny i potrzebował pieniądze, aby ratować swoje życie. Jak było naprawdę to tego nie wiem, ale ponieważ zażądali za figurkę trzydziestu tysięcy dolarów, co na owe czasy i na tych biednie wyglądających Hindusów było kwotą bardzo dużą to powiedziałem im, iż jestem zainteresowany, ale muszę sprawdzić i popytać co to za figurka, ile jest warta i skąd pochodzi. Trzej handlarze zgodzili się ze mną, schowali figurkę do niepozornej torby i powiedzieli, iż przyjdą za tydzień po odpowiedź.
W czasie tego tygodnia przepytałem kilku moich zaufanych hinduskich przyjaciół czy znają, albo chociaż słyszeli o rzeźbie Buddy z metalu lub kamienia ze swastyką na piersi oraz z charakterystycznym dużym szmaragdem. Jednak każdy z nich twierdził, iż nigdy o czymś takim nie słyszał. Natomiast jeden z nich doradził mi, abym się udał do pewnego świętego męża, który może coś o tym posążku wiedzieć. Podał mi jego adres i udałem się tam następnego dnia, a było to na dzień przed ponowną wizytą trójki Hindusów. Świętobliwy mąż okazał się być mędrcem i hinduskim braminem, czyli kapłanem wysokiego szczebla, a jednocześnie członkiem najwyższej kasty hinduskiej. Na mój opis posążka i na moje pytanie odpowiedział tylko, iż jest to przedmiot bardzo starego i wielkiego, ale wąskiego kultu, iż jest bezcenny i, iż on nie radzi mi go kupować. Nic więcej, pomimo wielu moich próśb, a choćby prób zapłacenia mu za wiedzę jaką posiadał w tej sprawie, nie wskórałem i niczego dodatkowego się nie dowiedziałem. Wróciłem do domu i zastanawiałem się przez pół nocy co zrobić, aż wreszcie zdecydowałem, iż kupię ten posążek. Pomyślałem sobie - w końcu nie jest to dla mnie jakaś ogromna kwota, a w przyszłości może przyniesie mi wielkie pieniądze. Przecież to rzecz tak unikatowa i oryginalna, tak rzadka, dziwna i fascynująca, iż na pewno znajdzie się kupiec, który kupi figurkę za cenę wielokrotnie wyższą niż ta jaką mam za nią zapłacić.
Następnego dnia Hindusi zjawili się w moim biurze już z samego rana. Przywitali się i usiedli w pomieszczeniu, które im wskazałem. Nic nie mówili i było widać, iż czekają na moją decyzję. Jeszcze raz wziąłem od nich ten posążek i dokładnie go obejrzałem i muszę powiedzieć, iż im mocniej mu się przyglądałem tym bardziej mnie zadziwiał. Zadziwiał mnie materiał z którego był wykonany i chociaż mi się wydawało, iż się znam na metalach, kamieniach i różnych stopach metali to w żaden sposób nie byłem w stanie określić z czego jest on wykonany. Zadziwiała mnie precyzja wykonania rzeźby i oczywiście zadziwiał mnie ów ogromny szmaragd wprawiony w rękojeść sztyletu. Trzymałem, oglądałem i podziwiałem figurkę przez kilkanaście minut. Nie odzywałem się, a Hindusi w tym czasie wpatrywali się we mnie z widocznym napięciem. W końcu powiedziałem im, iż zdecydowałem się nabyć ich figurkę, ale zanim im zapłacę to chciałbym czegoś więcej się o niej dowiedzieć. Wyglądający na najstarszego z nich odparł, iż nie mają żadnej wiedzy na jej temat. Kupili ją bo byli przekonani, iż sam szmaragd jest więcej wart niż chciał od nich właściciel owej figurki. A do mnie przyszli ją sprzedać, gdyż słyszeli, iż jestem znanym i uczciwym handlarzem tego typu rzeczami, a oni chcą wyjechać z Indii i potrzebują pieniędzy na podróż.
Jeszcze raz, udając wahanie i jakby nie dowierzając ich słowom, dokładnie obejrzałem posążek i zauważyłem, iż swastyka jest lekko czerwonawa z ramionami wygiętymi nieznacznie na zewnątrz, a w środku każdego pola swastyki widnieje niewielka niebieskawa kropka. Na spodzie figurki była następna malutka, ale odwrotna, czyli lewoskrętna swastyka. Całość sprawiała niesamowite wrażenie i miałem odczucie, iż owa figurka czasami ożywa i jakby na mnie spogląda. Ale to było tylko takie złudzenie. W końcu poszedłem do sejfu po pieniądze i wypłaciłem Hindusom żądana przez nich kwotę. Zabrałem posążek i schowałem go do mojego sejfu.






