KILLER - The grand finale (2026)

powermetal-warrior.blogspot.com 6 godzin temu

Killer to jedna z tych nazw, które dla fanów starego heavy metalu mają szczególne znaczenie. Belgowie nigdy nie osiągnęli popularności takich zespołów jak Judas Priest, Accept czy Motörhead, ale od początku grali swoją muzykę bez oglądania się na trendy. Ich klasyczne płyty z lat 80. przyniosły im miejsce w europejskim podziemiu szybkiego, surowego heavy metalu. Po wielu latach działalności przyszedł jednak czas na pożegnanie. „The Grand Finale” to ostatni studyjny album Killera i już sam tytuł mówi adekwatnie wszystko. Band jest znany przede wszystkim z lat 80. i solidnych płyt, więc jestem ciekaw, co przygotowali na swój pożegnalny album studyjny. Jedno jest pewne – dostajemy tutaj jedną z najlepszych okładek metalowych 2026 roku, a na pewno najlepszą w dorobku zespołu. Czy z muzyką jest tak samo? Premiera płyty miała miejsce 11 września.

Jest dobrze i na pewno jest to solidny, przemyślany album, który nie przynosi zespołowi wstydu. Nie jest to ani najlepszy, ani najgorszy album w dorobku Killera. Na pewno oddaje styl i charakter zespołu oraz mocno nawiązuje do lat 80., co jest sporym atutem. Muzycznie nie ma tutaj żadnej próby dostosowania się do współczesnych standardów. Killer pozostaje wierny temu, co robił przez większość swojej kariery – jest szybko, głośno, surowo i bardzo klasycznie. Słychać tutaj ducha brytyjskiego heavy metalu, sporo rock'n'rollowej energii, prostych, ale skutecznych riffów oraz charakterystyczną motörheadowską bezpośredniość. To muzyka, która nie potrzebuje skomplikowanych aranżacji, żeby działać. Najważniejsze są riff, rytm i odpowiednia dawka energii. W ich muzyce słychać coś z Saxon, Judas Priest czy Tank.

Killer to przede wszystkim gitarzysta Shorty, który jest jedyną pozostałą osobą ze starego składu. To za jego sprawą album zawiera klasyczne riffy i czuć na nim klimat lat 80. Jest też wokalista i basista Jakie, który dobrze sobie radzi. Nie jest to jednak taki typ wokalu, który imponuje i sieje zniszczenie. Zawodzi tutaj nie tylko barwa głosu, ale przede wszystkim technika.

Album otwiera „Loaded Gun” i już tutaj wiadomo, iż Belgowie nie zamierzają żegnać się ze sceną w spokojny sposób. To szybki, konkretny numer oparty na klasycznym heavy-metalowym riffowaniu. To naprawdę znakomita mieszanka Motörhead i Judas Priest. Jest klasycznie i z pomysłem. Szkoda, iż cała płyta nie jest tak ostra i przebojowa.
Welcome In The Real World” jest nieco bardziej melodyjny, ale przez cały czas utrzymany w typowym dla Killera stylu. Ta surowość i prostota bardzo dobrze oddają klimat lat 80. i belgijskiej sceny. Tytułowy „The Grand Finale” brzmi natomiast jak świadome podsumowanie całej kariery – prosty, chwytliwy i pełen charakterystycznego dla zespołu hardrockowego pazura. To jeden z najlepszych utworów na płycie. Jest energia i pazur.
Jednym z ciekawszych momentów płyty jest „Gone Too Soon”. To najdłuższy utwór na albumie i zarazem kompozycja bardziej refleksyjna. Spokojniejsze fragmenty przechodzą w cięższy refren, a gitarowe partie mają zdecydowanie bardziej bluesowy, rockowy charakter. Jest w tym utworze coś, czego na typowo szybkich numerach Killera nie zawsze można znaleźć – pewna zaduma i świadomość, iż rzeczywiście mamy do czynienia z pożegnaniem. Z mocniejszym wokalem utwór byłby jeszcze ciekawszy.

Dalej zespół wraca do swojej podstawowej broni. „Roll The Dice”, „Hard Day Coming” czy „In The Eye Of The Storm” pokazują, iż mimo upływu lat Killer wciąż potrafi zagrać prosty heavy metal w taki sposób, żeby chciało się machać głową. Szczególnie „Hard Day Coming” opiera się na bardzo nośnym riffie, który od razu zostaje w głowie. „In The Eye Of The Storm” jest z kolei jednym z najbardziej bezpośrednich i koncertowych fragmentów całego albumu. To taki rasowy, klasyczny heavy metal zakorzeniony w latach 80. Zamykający "what you see is what you get" to piękny hołd dla twórczości Motorhead.

„The Grand Finale” nie jest więc płytą, która próbuje udowodnić, iż Killer nagle stał się najważniejszym zespołem heavy metalowym na świecie. To po prostu szczere pożegnanie grupy, która przez 46 lat robiła swoje. Zamiast kombinować, Belgowie postawili na sprawdzoną receptę: riff, tempo, melodia, charakterystyczny wokal i dużo starego heavy-metalowego ducha. Zawodzi na pewno wokal, a także fakt, iż materiał jest trochę nierówny i nie ma tutaj wielkich hitów.

Killer kończy swoją historię dokładnie tak, jak powinien – bez kompromisów i bez udawania kogoś, kim nigdy nie był. „The Grand Finale” to porządna dawka starego, surowego heavy metalu, która może szczególnie przypaść do gustu fanom wczesnego Motörhead, NWOBHM i klasycznego europejskiego grania.

Ocena: 7/10

Idź do oryginalnego materiału