Kiedy moja babcia dowiedziała się, iż jest chora, przyjęła to z niezwykłym spokojem, usiadła w kuchn…

polregion.pl 8 godzin temu

Kiedy moja babcia Zofia dowiedziała się, iż jest chora, przyjęła to z niezwykłym dla większości ludzi spokojem. Usiadła przy kuchennym stole, nalała sobie herbaty, spojrzała przez okno i rzekła:
Nie będę siedzieć w domu i czekać na śmierć. Chcę żyć, dopóki mogę.

Miała wtedy sześćdziesiąt lat. Niska, zawsze uśmiechnięta, z tą wewnętrzną iskrą, której nie zgasiły lata, troski, codzienność i choćby straty. W niej zawsze tliła się żądza życia cicha, ale uparcie wytrwała, niczym wiosenny pęd, który przebił się przez kamień.

Z całego życia babcia mieszkała w jednym domu starym, ale ciepłym, w którym unosił się zapach jabłek, mięty i świeżo wypiekanego chleba. To w tym domu wyrosło pięcioro jej dzieci, pomagała wnukom, witała gości i przeżywała zimy. Dom był jej całym światem, ale, jak się później okazało, nie chciała, by właśnie tam zakończyła swoją opowieść.

Miesiąc po diagnozie sprzedała ten dom. Nikt nie został poinformowany jedynie najmłodsza ciotka Halina, która odprowadziła ją do notariusza, znała szczegóły. Reszta dowiedziała się przypadkowo. Mój brat kuzyn Marek, wchodząc w gości, ujrzał puste ściany: bez mebli, bez firanek, bez zapachu pierogów, które niegdyś przywitały każdego, kto przeszedł próg. Na drzwiach wisiła tabliczka: Własność prywatna.

Kilka dni później wszyscy otrzymali od niej wiadomość głosową. Jej głos był równy, pewny, z lekkim uśmiechem:
Nie będę się tłumaczyć. To moja decyzja. Całe życie pracowałam teraz chcę żyć, dopóki mogę.

Z pieniędzy ze sprzedaży domu Zofia wyruszyła w podróż. Nie za granicę, nie do drogich hoteli po prostu po Polsce, po kraju, którego, przyznała później, prawie nie znała. Odwiedziła Bałtyk, Tatry, Bieszczady, stare klasztory i małe miasteczka, gdzie ludzie wciąż witają się na ulicy.

Wysyłała nam pocztówki, krótkie wiadomości, zdjęcia zawsze uśmiechnięta, opalona, z nowymi przyjaciółmi. Czasem znikała na kilka tygodni, potem znów się pojawiała: spokojna, pełna inspiracji, jak po długiej rozmowie z samą sobą.

Ktoś w rodzinie nie rozumiał jej wyboru. Mówił: Jak mogła? To dom, wspomnienia, dzieci, wnuki!. Inni zaś podziwiali jej odwagę. Ona odpowiadała po prostu:
Nie chcę zostawiać murów. Chcę pozostawić pamięć, iż żyłam.

I naprawdę żyła. W ostatnim roku być może po raz pierwszy naprawdę w jej oczach znów zabłysło to światło, które widzieliśmy jedynie na starych fotografiach. Nauczyła się cieszyć każdym porankiem, nie odkładając szczęścia na później.

Kiedy odeszła, otworzyliśmy jej małą walizkę. W niej leżały dziesiątki biletów, mapy turystyczne, stare pocztówki, notatki z nazwami kawiarni, w których się zatrzymała, i ponad sto zdjęć: uśmiechnięta, na tle morza, gór, starych kamienic i ulic. Na każdym widać było życie, ruch, światło.

Dom już nie istniał. Pieniędzy też nie było. Została jednak wolność najcenniejszy skarb, jaki posiadała. Wolność bycia sobą, życia po własnym uznaniu, bez czekania na pozwolenie i bez ciągłego spoglądania za siebie.

Często myślę: gdybyśmy wiedzieli, iż czasu jest kilka co byśmy zrobili? Czy zostalibyśmy w czterech ścianach, wśród znanych rzeczy i lęków? A może w końcu odważylibyśmy się żyć nie kiedyś, nie później, ale teraz?

Bo może właśnie w tym tkwi prawdziwa mądrość nie czekać na koniec, ale spotykać życie otwartymi oczami, tak jak zrobiła ona.

Idź do oryginalnego materiału