Zagrzany związek
Wiesz, Jolka Co byś powiedziała na otwarty związek? wyrzucił nagle Marek, ostrożnie dobierając słowa.
Co proszę? Jolanta spojrzała na niego, jakby nie wierzyła własnym uszom. Żartujesz sobie?
A co w tym dziwnego? Takie rzeczy są teraz normalne, wzruszył ramionami mąż, starając się zachować pozory opanowania. Przecież na Zachodzie to już nikogo nie dziwi. Podobno to choćby dobrze wpływa na małżeństwo. Sama kiedyś mówiłaś, iż trochę słodkiego na diecie nie zaszkodzi, a wręcz pomaga nie rzucać diety w diabły. To tu, to tam życie trzeba sobie urozmaicać.
Jolanta zamrugała powoli, próbując zrozumieć, co właśnie usłyszała. Porównanie kochanki do czekoladki było nie tylko absurdalne, ale i bezczelne.
Marek zaczęła cicho. jeżeli chcesz odejść, odejdź po ludzku. Wolności ci nie zabraknie, nie będę cię trzymać na siłę. Ale mnie w tę farsę nie mieszaj.
No, Joluś, po co zaraz te kolce? Przecież cię kocham! Po prostu już nie ma tej iskry. Przydałby się trochę ognia. Teraz śpimy plecami do siebie, a rozmawiamy tylko o rachunkach i zakupach. Nudno się zrobiło, może nam obojgu dobrze zrobi odrobina nowości. Nie zabraniam ci przecież niczego. Jak pogadasz, powychodzisz z kimś innym nie zaszkodzi przecież, co?
Jolanta zmrużyła oczy. Zobaczyła to nagle jasno: jej mąż kłamał. Te uciekające spojrzenia, nerwowe stukanie palcami w blat Była mu potrzebna wolność, ale nie od dzisiaj. Już dawno temu.
Powiedz mi szczerze, Marek. Kogoś już masz, prawda? Teraz chcesz mi to zaproponować, żeby sumienie cię nie zjadało?
No już bez przesady! machnął ręką Marek. Gdyby tak było, to bym się w ogóle nie pytał. Szkoda, iż zacząłem o tym temat. Ty to z poprzedniego stulecia jesteś Mniejsza z tym, zapomnijmy.
Po tych słowach podniósł się, obrażony jak święty, i przeniósł do drugiego pokoju. Jolanta została sama ze swoimi myślami.
Ćwierć wieku Oddała mu najlepsze lata, przetrwała wzloty i upadki, brak pieniędzy, jego wieczne nadgodziny, które teraz wyglądały trochę inaczej A on, syty i pewny siebie, proponował, by stała się współwinną zbrodni przeciwko rodzinie. Rozluźnić się dobrze powiedziane.
Tej nocy spali w osobnych pokojach. Choć, w zasadzie, spała to tylko z nazwy. Jolanta przewracała się z boku na bok, patrzyła w sufit, potem za okno, i zastanawiała się kiedy to wszystko się rozpadło? Przecież kiedyś Marek obsypywał ją pachnącym bzem, wypracowywał się dla ich ślubu z prawdziwego zdarzenia i cieszył się z narodzin córki. Ale teraz Lepiej, żeby po prostu odszedł.
Gdzie był ten punkt bez powrotu? Może wtedy, gdy przestała robić makijaż w domu? Albo gdy pierwszy raz zapomniał o ich rocznicy, zwalając wszystko na awarię w pracy? adekwatnie, jaka to już teraz różnica
Z jednej strony, podskórnie czuła, by złożyć papiery rozwodowe i zamknąć temat. Z drugiej jak łatwo jest odciąć od siebie prawie połowę życia?
Nie było między nimi może wielkiej namiętności, ale była wspólna codzienność, dorobek i stabilność. Marek wydawał się solidnym zapleczem. Córka, Małgosia, od dawna mieszkała na swoim, starość zaglądała już przez ramię, a oni nie raz wspierali się wzajemnie, choćby przy chorobach. Marek kiedyś spłacił jej mamie kredyt. Nie każdy byłby na tyle oddany.
W środku Jolanty gotowała się mieszanka żalu, złości i strachu. Może Marek myśli, iż już nikogo nie znajdę? przyszło jej do głowy. Że jestem już stara i niepotrzebna? Że będę tylko gotować zupy, robić na drutach dla wnuków i czekać, aż mu się znudzi swoboda?
Otóż nie.
W porządku powiedziała Markowi rano. Niech będzie, jak chcesz.
Jak to?
Zgadzam się na twoje otwarte propozycje.
Marek o mało nie zakrztusił się przy śniadaniu. Spodziewał się awantury, a tu Jolanta spokojnie powtarza tak.
Yyy No i dobrze. Może ci się spodoba rzucił. Wiesz, dziś wrócę później.
Serce ścisnęło się jej z bólu. Tak szybko?
…Wieczór był szary i spokojny. Jolanta czuła się jak wyrzucona oceniona, odrzucona niczym przestarzały telefon.
Stanęła przed lustrem. Tak, już inne, zmęczone oczy, zmarszczki nie to, co kiedyś. Ale sylwetka wciąż zadbana, włosy gęste, może jednak była jeszcze atrakcyjna? Może to coś z Markiem było nie tak?
A przecież podobała się innym mężczyznom. Weźmy choćby Artura z sąsiedniego działu. Pojawił się w ich biurze niedawno.
Przystojny mężczyzna z delikatną siwizną wśród szatynowych włosów, głębokim głosem i żartobliwym spojrzeniem. Komplementował Jolantę, przepuszczał ją w drzwiach, donosił kawę. Raz zaprosił na obiad, tygodnie temu proponował kolację.
Panie Arturze, jestem na diecie, nazywa się małżeństwo odparła wtedy Jolanta.
Jolu, ślub to stempel w dokumencie, nie wyrok uśmiechnął się Artur. Ale nie naciskam.
Marek chciał swobody? Proszę bardzo.
Dobry wieczór, Arturze. Czy twoja propozycja kolacji jest przez cały czas aktualna? Wygląda na to, iż zyskałam trochę wolnego czasu i chęci do złamania diety napisała w wiadomości.
Nie była to zemsta. Jolancie po prostu zależało, by poczuć się kobietą. Tchnąć trochę życia w samą siebie, którą mąż przez dwa dni deptał jak starą wycieraczkę.
…Reszta wieczoru upłynęła pod znakiem miłej niepewności. Artur spełniał wszelkie zasady dobrego wychowania. Pochylał się by ją obsłużyć, dbał o kieliszek, słuchał z uwagą Spojrzenia tak czułe, jakby była jedyną kobietą w całym lokalu.
Jolanta czuła wstyd, ale i w niej obudziły się uczucia o których zapomniała: chęć by być zauważaną, docenianą. Nareszcie coś poza garnkami i brudnymi skarpetami Marka.
Może pojedziesz do mnie? zapytał Artur, gdy skończyli deser. Po drodze kupimy wino, obejrzymy coś fajnego… Przedłużmy ten wieczór.
Kiwnęła głową, choć coś w niej krzyczało: Opanuj się!. Znów jednak stanął jej przed oczami Marek i jego pozwolenie na rozrywki.
Gdy byli już u Artura, nagle jej telefon rozdzwonił się jak szalony. Mąż.
Odrzuciła, raz i drugi. Nie pomagało.
Słucham starała się być opanowana.
Gdzie się szlajasz?! spadło od razu. Dziesiąta wybiła, w lodówce choćby myszy nie ma co jeść, ciebie nie ma! Zwariowałaś?
Jolanta zaniemówiła. Artur, słysząc awanturę, oddalił się dyskretnie. Cały romantyzm zniknął.
Jestem na spotkaniu, Marku.
Słucham?! Na jakim do diabła spotkaniu?
Jak dziecku tłumaczyć? Przecież sam wczoraj zaproponowałeś swobodę. Prosiłeś, żebym się rozerwała. Więc się rozerwałam. Nie pasuje ci?
W słuchawce rozległa się cisza, tylko sapanie Marka. Wreszcie przebił tę zaporę.
Naprawdę do kogoś poszłaś? Żartowałem! Chciałem cię sprawdzić. Ty tylko na to czekałaś, tak? Udawałaś obrażoną, a tu hyc już lecisz?
Jolanta była zdezorientowana.
Ty sam gdzie byłeś dzisiaj?
Pracowałem, tylko tyle! odburknął Marek. Tak Nie chcę, żebyś mnie czymś zaraziła. Albo się wynoś, albo ja się wynoszę. Rozwód, Jolanta. Rozwód.
Rozłączył się. Jolanta patrzyła w ścianę, wstrząśnięta i upokorzona.
Wszystko w porządku? zapytał Artur ostrożnie.
Tak drobnostka próbowała się uśmiechnąć, ale nie wyszło.
Jolu spojrzał na zegarek. Wydaje mi się, iż lepiej będzie, jeżeli pojedziesz do siebie i ogarniesz swoje sprawy.
Baśń się skończyła. Karetę zamieniły dynie, a dżentelmen w kogoś, kto nie chciał babrać się w cudzych problemach. Można go było zrozumieć: liczył na miły wieczór, nie cudzego rodzinnego trupa.
Może lepiej było od razu wziąć rozwód. Ale jak to zawsze, mądrość przychodzi za późno.
Tej nocy Jolanta pojechała do hotelu. Do domu do rozhisteryzowanego męża nie chciała wracać, potrzebowała czasu, by zrozumieć, iż nic już nie będzie jak dawniej.
Minęły trzy lata
Czas, niczym dobry rzeźbiarz, odciął to, co zbędne, choć z bólem.
Marek błyskawicznie znalazł nową miłość. Jeszcze zanim papiery rozwodowe trafiły do sądu. Ale dziewczyna opuściła go dokładnie wtedy, gdy sprzedali wspólne mieszkanie. A przy okazji zabrała część jego pieniędzy.
Z Arturem też nic nie wyszło. Pracowali dalej w tym samym piętrze, ale już bez uprzejmości. Kilka rutynowych słów w kuchni, i tyle. Jolanta pojęła, iż panowie od gorących romansów natychmiast znikają, gdy w zamian pojawia się perspektywa stalowego partnera czy choćby wsparcia w nocy, gdy złapie przeziębienie.
Ale Jolanta nie szukała już nikogo. Kiedy została sama w nowym mieszkaniu, odkryła, ile czasu i sił nagle otrzymała. To, co zjadała codzienność z Markiem, zwolniło miejsce dla niej samej. Zaczęła żyć po swojemu. Dla siebie.
Pływała rano na basenie, co uwolniło ją od bólu w krzyżu, zapisała się na kurs angielskiego dla seniorów, co pobudzało jej mózg. Zmieniła fryzurę, odświeżyła garderobę.
I co najważniejsze została babcią.
Jej córka, Małgosia, urodziła pół roku temu. Najpierw, tuż po awanturze, Małgosia opowiedziała się po stronie ojca. Marek przekonująco grał ofiarę, snuł opowieści jak to go zdradziła, rozwaliła rodzinę przez kochanka.
Ale czas pokazał prawdę. Małgosia przyjechała do Jolanty, by spojrzeć matce w oczy, wypytać. Zobaczyła nie rozpustną matkę, tylko zmęczoną, ale uczciwą kobietę.
Jolanta powiedziała wszystko jak było. Że Marek wpadł na to sam. Że już dawno wieczorami znikał w pracy. Że od lat czuła się z nim sama. Małgosia, sama już żona, potrafiła zrozumieć matkę. A kiedy Marek gwałtownie związał się z nową kobietą, już na dobre stanęła po stronie Jolanty.
Teraz Jolanta siedziała w kuchni córki, z wnuczką na kolanach. Mała Zosia chwytała babcię za palec z całym dziecięcym zapałem.
Tata znowu dzwonił… powiedziała Małgosia z grymasem. Chciał przyjechać, zobaczyć Zosię.
A ty? spytała spokojnie Jolanta.
Powiedziałam, iż nas nie będzie. Nie chcę go tu, mamo. Najpierw mówi o tobie źle, potem chce, byśmy się pogodziły. Denerwuję się zawsze, gdy się pojawia. No i nie chcę, żeby Zosię nastawiał przeciwko tobie. Niech sobie dalej żyje tym swoim luzem.
Jolanta milczała, lekko mocniej przytulając wnuczkę do siebie.
Marek dostał to, czego chciał: absolutną wolność. Już nikt nie narzekał, nikt nie przeszkadzał, nikt niczego nie chciał Ale poznał smak wolności gorzki i samotny. Tyle iż na refleksję było już za późno.
