Kiedy bliskość staje się religią. Michał Kisielewski prezentuje “Święte”.

strefamusicart.pl 1 dzień temu
Zdjęcie: unnamed(908)


Duszna noc, świetliki, nowe blizny. Czyjś oddech tuż przy twarzy i rzeczy, których nie zdradza się nikomu. W „Święte” Michał Kisielewski zamyka dwoje ludzi ich własnym świecie – a intymność ociera się o coś przekraczającego materialne granice. Liczy się już tylko to, co dzieje się pomiędzy nimi: szepty, sekrety, pocałunki.
To chyba najczulsza piosenka Kisielewskiego. Dlatego, oczywiście, musiał zagrać ją tak głośno, jak tylko się da.
Bo muzycznie „Święte” nie jest tak delikatne, jak jego tekst. Dreampop i shoegaze spotykają się tu z gitarową alternatywą lat 90. Są przestery, hałas, dwie gitarowe solówki i finał, który zamiast grzecznie zamknąć numer, odlatuje gdzieś w kosmos.
W dźwiękach czuć pożądanie. Opisywana nimi bliskość jest jednocześnie fizyczna i niewinna, trochę brudna i bardzo czuła. Nagle papierosy smakują lepiej niż zwykle, “na zewnątrz duszno, a w nas wichry”, a serce – wbrew całej tej gitarowej awanturze – mięknie.
To nie jest to piosenka na TikToka – śmieje się Kisielewski – Nie zaczyna się od refrenu, jest powolna i duszna. Ma te ponoć wyklęte już solówki, które osobiście uwielbiam. Ale każdy, kto chciał kogoś tak bardzo, jakby chciał się z nią, lub z nim, stać jednym ciałem… Powinien ją zrozumieć.
I trudno się z nim nie zgodzić. „Święte” pokazuje Kisielewskiego z dwóch stron jednocześnie. Z jednej – jako autora intymnych, emocjonalnych historii. Z drugiej – jako muzyka, który nie boi się długich form i grania zdecydowanie pod prąd współczesnych, nagradzających tanią dopaminę algorytmów.
Singiel jest ostatnim wydaniem przed jesienną premierą albumu. Czekamy na płytę.
Idź do oryginalnego materiału