Są obrazy, które nigdy nie tracą ostrości. choćby jeżeli od lat nie patrzy się już przez wizjer aparatu, choćby jeżeli wojna ustąpiła miejsca codzienności. Zostają w pamięci, wracają w snach, zmieniają sposób patrzenia na świat. Igrając z diabłem nie próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Christopher Morris przez lata fotografował konflikty zbrojne. Znacznie bardziej interesuje reżysera to, co zostało z człowieka, który przez niemal całe zawodowe życie dokumentował ludzkie okrucieństwo.
Czarno-biały dokument od pierwszych minut przywołuje skojarzenia z Solą ziemi Wima Wendersa. Nie dlatego, iż obaj twórcy opowiadają o wybitnych fotografach, ale dlatego, iż w centrum stawiają człowieka, a nie jego dorobek. Zdjęcia Morrisa nie są trofeami ani pretekstem do zachwytu nad talentem. Stanowią ciężar, od którego nie sposób się uwolnić.
Morris relacjonował 28 konfliktów zbrojnych. Dziś mieszka z rodziną, z dala od frontu, próbując odnaleźć spokój. Tyle iż wojna nie kończy się wraz z powrotem do domu. Reżyser nie epatuje archiwalnymi materiałami ani drastycznymi obrazami. Zamiast tego obserwuje twarz bohatera, zawieszone spojrzenia i krótkie chwile ciszy, które mówią więcej niż kolejne fotografie. To właśnie w nich najpełniej wybrzmiewa trauma człowieka, który przez lata patrzył na świat w jego najokrutniejszym wydaniu.

fot. kadr z filmu Igrając z diabłem
Najciekawszy okazuje się jednak moment, w którym film przestaje być opowieścią o przeszłości. Morris z niepokojem obserwuje współczesne Stany Zjednoczone. W jego słowach nie ma politycznego manifestu, ale autentyczny lęk. Człowiek, który widział upadek państw, przemoc i społeczeństwa rozdzierane przez nienawiść, dostrzega podobne mechanizmy we własnym kraju. Trudno nie odnieść wrażenia, iż właśnie dlatego jego głos wybrzmiewa tak mocno. Nie przemawia komentator, ale świadek.
Igrając z diabłem nie jest filmem o fotografii wojennej. Jest filmem o pamięci, która nie pozwala zapomnieć, i o odpowiedzialności za obrazy, których było się świadkiem. Nie szuka łatwych odpowiedzi ani wielkich emocjonalnych gestów. Pozwala wybrzmieć ciszy. A ta często okazuje się głośniejsza niż huk wystrzałów.
















