Bardzo lubię określenie Bartłomieja Ostapczuka, iż teatr pantomimy to opowieść nie tyle bez słów, ile obok słowa, to opowieść niewerbalna, podobnie jak historie kreowane przez muzyków i plastyków. Teatr karmi się wszystkimi możliwościami opowiadania historii pozostawiając widzom przeróżne drogi interpretacji, jednak w sytuacji „ciszy bez słów”, a z podkreśleniem innych komunikatów, zdaje się, iż wyobraźnia pracuje o wiele głębiej. Tak jest bez wątpienia w przypadku najnowszego spektaklu w Teatrze Lalki i Aktora „Kubuś” w Kielcach, czyli „Mojej wyspy” Bartłomieja Ostapczuka. Pantomimiczne przedstawienie dzięki perfekcyjnemu połączeniu jego wszystkich elementów zyskało wspaniałą moc pobudzania wyobraźni widzów, zarówno tych szkolnych, jak i całkiem dorosłych. W dzisiejszych czasach to nie bez znaczenia, gdy na co dzień dominują przekazy krótkie, szybkie i co najgorsze, wymagające od odbiorcy jednoznacznej akceptacji. Efekt jest taki, iż najmłodsi boją się a starsi z wielką obawą podchodzą do przekazu, który w założeniu jest niejednoznaczny i mało kto wie, iż przełamanie takiej obawy i poddanie się artystycznej wizji w rezultacie przynosi estetyczne zadowolenie (ja z kolei jako współczesny recenzent boję się używać tak górnolotnych słów jak estetyczna rozkosz nie mówiąc już o antycznej kategorii katharsis, a przecież swoiste objawienie, iluminacja, odkrycie jakiejś prawdy w sobie dzięki obejrzanej sztuce nie jest przecież czymś totalnie nierealnym i dawno zapomnianym, wbrew pozorom nie).
Kielce. Teatr Lalki i Aktora „Kubuś”. Przedstawienie „Moja wyspa” / Fot. Jarosław Kubalski – Radio Kielce
Pozostańmy przy estetycznym zadowoleniu, które spektakl Bartłomieja Ostapczuka jednoznacznie przynosi. Po pierwsze reżyser zadbał o to, by maksymalnie zrównoważyć wszystkie elementy przedstawienia, stąd zarówno gra aktorów, scenografia, kostiumy, reżyseria światła i wreszcie muzyka nie dość, iż się doskonale przenikają i uzupełniają, to właśnie dzięki temu tworzą całości silnie pobudzające wyobraźnię. Po pierwsze gra aktorów, tutaj obok artystów, którzy dzięki wcześniejszym realizacjom i długoletniej praktyce oraz, jak w przypadku Andrzeja „Kuby” Sielskiego, wyjątkowej pasji dla tego gatunku sztuki scenicznej, poprzez pantomimę mają moc wywoływania pełnych obrazów; świetnie poradzili sobie też aktorzy młodszego pokolenia, czy wręcz debiutujący w tym rodzaju artystycznego przekazu. A trzeba koniecznie powiedzieć, iż synchronizację pracy ciała zarówno w indywidualnych jak i, co oczywiście trudniejsze, zespołowych etiudach aktorzy przygotowali niemal perfekcyjnie.
Kielce. Teatr Lalki i Aktora „Kubuś”. Przedstawienie „Moja wyspa” / Fot. Jarosław Kubalski – Radio Kielce
Bardzo pomocne okazały się w tym kostiumy Agnieszki Magiery-Zielińskiej, uniwersalne, wyłączone z konkretnych czasów i miejsc, upodabniające mimów grających oczywiście w żywym planie do teatralnych lalek. Swoją drogą taka „dosłowna” scena również pojawia się w spektaklu a połączona z techniką czarnego teatru daje w rezultacie niezwykle magiczne wrażenie. Kostiumy Agnieszki Magiery-Zielińskiej jednocześnie mocno indywidualizują poszczególne postaci na scenie, stąd każdy z aktorów bardzo sugestywnie kreuje swoje postaci. Anna Iwasiuta jest więc pisarką zmagającą się z przełożeniem obrazów wyobraźni na literacki tekst; Jolanta Kęćko i Michał Olszewski przypominają dorosłych o ugruntowanej wiedzy o świecie, potrafiących jednak się tym światem zachwycić; Zuzanna Wiatr, Mateusz Drozdowski i Mateusz Wyżliński z kolei to młodzi ludzie wrażliwi na piękno wokół, szczególnie piękno natury, stąd budzący sympatię i ufność widzów. Postać swoistego mentora, zmęczonego już życiem ale wciąż potrafiącego się nim cieszyć, tworzy wspomniany wcześniej Andrzej „Kuba” Sielski.
Kielce. Teatr Lalki i Aktora „Kubuś”. Przedstawienie „Moja wyspa” / Fot. Jarosław Kubalski – Radio Kielce
Rewelacyjna jest w „Mojej wyspie” Bartłomieja Ostapczuka scenografia Sławomira Szondelmajera w połączeniu z kompozycją światła samego reżysera. Mamy tu swoisty minimalizm przy wielowymiarowej funkcjonalności. Oto podróżne walizki nagle stają się osiedlem bloków z rozświetlonymi oknami w nocy a mansjony leśnych szałasów osobnymi wyspami w tajemniczym archipelagu zbudowanym z mapy dzieciństwa, na której obowiązkowo czerwonym krzyżykiem zaznaczone było miejsce ukrytego skarbu piratów. To wszystko, każda poszczególna etiuda, to sygnały do wyobraźni przepięknie splecione ze sobą niezwykle obrazo-twórczą muzyką Jagody Stanickiej.
Poddając się tym wszystkim świetnie spiętym ze sobą elementom gwałtownie przeniosłem się do krainy dzieciństwa, ale też obudziłem w sobie wieczne dziecko przypominając sobie, co w dorosłym życiu rzeczywiście ma wartość. Dlatego bardzo polecam ten spektakl dorosłym, zaś dzieciom z oczywistego powodu, kształtowania wrażliwości i wyobraźni, bo czym skorupka za młodu…