6-osobowa grupa Katseye zadebiutowała niecałe dwa lata temu. / Źródło: wikimedia commons Rok 2023. Spośród 120 000 kandydatek 20 „wybrańczyń” zostało zaproszonych do jedynego w swoim rodzaju talent show: „The Debut: Dream Academy”. Cel był jeden: stworzenie pierwszego na świecie globalnego girlsbandu trenowanego według rygorystycznego koreańskiego systemu, ale skrojonego pod zachodniego odbiorcę. Finałowa szóstka poszła w świat… i co stało się dalej?
W 2023 roku świat usłyszał o „The Debut: Dream Academy”. To nie był kolejny talent show w stylu „Mam Talent!” czy „X Factor”. Hybe (gigant stojący za sukcesem BTS) połączył siły z Geffen Records, by sprawdzić, czy K-popową metodę „produkcji gwiazd” da się przeszczepić na grunt międzynarodowy. Przez ponad rok dziewczyny z całego świata były zamknięte w treningowym rygorze: od lekcji wokalu przez mordercze choreografie i wymagające zadania aż po naukę budowania marki osobistej. Dziewczyny musiały wyróżnić się dyscypliną i umiejętnościami – ale i to nie było często wystarczające. Trenerzy szukali czegoś więcej: nieuchwytnego „star power”, „tego czegoś”. Koniec końców wygrały te uczestniczki, które bardziej pasowały energią i wizerunkiem do koncepcji zespołu. Wiele utalentowanych zawodniczek zostało odrzuconych nie ze względu na umiejętności, a właśnie za niedopasowanie pod tymi względami. Z tego tygla wyłoniła się szóstka: Sophia, Manon, Daniela, Lara, Megan i Yoonchae.
K-pop bez „K”?
K-pop to nie po prostu koreańska muzyka popularna. To system, w którym przeżywają najsilniejsi, najpiękniejsi i najbogatsi. Katseye – choć stacjonują w Los Angeles, śpiewają po angielsku i są „produktem” międzynarodowym – mają u podstaw właśnie tę K-popową metodologię. Widać to w ich technice – są wytrenowane znacznie powyżej standardu dzisiejszych zachodnich grup. Jednak w przeciwieństwie do koreańskich zespołów Katseye nie są „idealne”. Nie wyglądają jak identyczne kopie samych siebie. Zachowują pewną dozę amerykańskiego luzu i indywidualnego stylu, co jest ich największym atutem, ale i przekleństwem. W tym modelu artysta balansuje na krawędzi: musi być perfekcyjnym produktem sztabu ludzi (dietetyków, trenerów PR, inżynierów dźwięku), ale jednocześnie udawać przed fanami, iż jest „dziewczyną z sąsiedztwa”. Wyników tego eksperymentu wciąż nie jesteśmy w stanie jednoznacznie ocenić – proces dzieje się na naszych oczach.
Dyskografia? Gnarly
Początek drogi po zakończeniu programu był niełatwy. Pierwszy singiel, „Debut”, został przyjęty z lekkim uniesieniem brwi. Według wielu słuchaczy brzmiał jak generyczny odrzut, który miał po prostu „odhaczyć” premierę. Wydawało się, iż wielomilionowy eksperyment czeka twarde lądowanie. Przełom przyniósł kolejny utwór – „Touch”. To tutaj zespół znalazł swój „sweet spot”: uroczą estetykę Y2K i minimalistyczny refren idealnie skrojony pod TikToka, na której to platformie stał się viralem. To wtedy dziewczyny zdobyły większą popularność.
Prawdziwa jazda bez trzymanki zaczęła się jednak przy „Gnarly”. Przedziwny tekst, pokręcony teledysk i brzmienie, które nie wpadało do ucha choćby po kilku odsłuchach, początkowo odrzuciły słuchaczy. Komentarze po premierze nie zostawiały na piosence suchej nitki. Wszystko zmieniło się po pierwszym występie na żywo, gdy dziewczyny pokazały niesamowitą choreografię. Nienawiść zastąpiło uwielbienie. Piosenka okazała się być jak oliwki – do tego brzmienia trzeba było dojrzeć. Singiel w porównaniu z „Touch” był zmianą o 180 stopni. Gatunkowo plasował się między hyperpopem i popem eksperymentalnym, podczas gdy dwa pierwsze single to łatwo wpadający w ucho dance-pop.
Kolejne utwory takie jak „Gabriela”, „Gameboy” czy „Mean Girls” dały nam poczucie powrotu do bardziej stonowanych brzmień. I właśnie wtedy, gdy fani myśleli, iż po dojrzałej i wysmakowanej „Gabrieli” zespół znalazł swoją drogę, wytwórnia zaserwowała im „PINKY UP”.
Najnowszy singiel, łączący techno, EDM i elementy hardcore’u, zbiera druzgocące opinie. „Wygląda to tak, jakby kilka przypadkowych tekstów i scen zostało zmontowanych bez wyraźnego połączenia”, „Mam wrażenie, iż w ciągu trzech minut przesłuchałam dziesięć różnych piosenek”, „Firma zobaczyła, jak bardzo pokochaliśmy «Touch» i «Gabrielę» i pomyślała: «Tak, zróbmy coś dokładnie odwrotnego»” – to najpopularniejsze komentarze pod teledyskiem singla. Fani są zdezorientowani. I wydaje się, iż tym razem pozytywna historia z „Gnarly” może się nie powtórzyć. Podsumowując: Katseye wydają się być poligonem doświadczalnym, na którym wytwórnia testuje wytrzymałość słuchacza.
Współpraca z GAP przyniosła zespołowi jeszcze większą popularność. / Źródło: wikimedia commonsSukces mimo chaosu?
Mimo tej muzycznej niekonsekwencji liczby Katseye są oszałamiające. Dwie nominacje do Grammy, kilkaset milionów wyświetleń teledysków na YouTubie, 800 milionów odsłuchów „Gabrieli” na Spotify, debiutancki występ na tegorocznej Coachelli przed 90-tysięcznym tłumem to osiągnięcia, o których większość nowych zespołów może tylko marzyć. Występy na żywo udowadniają jedno: ten eksperyment pod względem ludzkim się udał. Dziewczyny to wybitne performerki, które potrafią udźwignąć morderczą choreografię, nie tracąc przy tym czystości wokalu – co na dzisiejszej scenie pop nie jest standardem. Pytanie tylko, czy ich talent nie zostanie zmarnowany przez brak spójnej wizji wytwórni. Czy Katseye staną się marką samą w sobie, czy pozostaną tylko „ciekawym okazem”, który potrafi zaśpiewać choćby najbardziej niespójny utwór, bo tak mu kazano?
Werdykt: czy eksperyment się udał?
Dyskografia Katseye to na razie muzyczny miszmasz – od słodkiego popu po EDM i techno. Można odnieść wrażenie, iż wytwórnia wciąż rzuca rzutkami w tarczę, sprawdzając, co się przyklei. W czasach, w których królują artyści tacy jak Billie Eilish, którzy budują kariery na autentyczności, Katseye bywają postrzegane jako wydmuszka. Nie piszą swoich tekstów, nie decydują o kierunku. Są twarzami korporacyjnej machiny.
Czy ten eksperyment się udał? jeżeli mierzymy sukces milionami streamów – tak. Hybe udowodniło, iż przy odpowiednim budżecie i promowaniu na Netflixie można „stworzyć” popularność niemal od zera. Katseye są w tej chwili najciekawszym „egzotycznym okazem” w branży. Są wystarczająco dobre, by zaimponować warsztatem, ale wciąż zbyt „wyprodukowane”, by wzbudzić głębsze emocje. Aby przetrwać próbę czasu i nie zostać zapomnianymi twórczyniami jednej EP-ki, będą musiały udowodnić, iż za ich sukcesem stoi coś więcej niż tylko portfel koreańskiego giganta i sprawne algorytmy TikToka. Na razie kupiły naszą uwagę. Teraz muszą kupić nasze zaufanie.
A prywatnie – ja wciąż zastanawiam się, czy „Gnarly” to faktycznie dobra piosenka, czy też padliśmy ofiarą syndromu sztokholmskiego wywołanego przez TikToka.
Zuzanna KOŁACZ










