Górale łapią się za głowy, a właściciele pensjonatów liczą straty. Choć w poniedziałek, 19 stycznia, oficjalnie ruszają ferie zimowe dla największych województw, Podhale wygląda jak miasto duchów. Zamiast tłumów turystów i oblężenia Krupówek, mamy puste pokoje i dramatycznie niskie obłożenie. Powód tej sytuacji brzmi jak ponury żart – to, co miało być największym atutem polskich gór, stało się ich przekleństwem.

fot. Warszawa w Pigułce
Tegoroczny kalendarz szkolny miał być żyłą złota dla branży turystycznej. Dzieci ledwo wróciły do ławek po długiej przerwie świątecznej, a już rozpoczynają zimowy wypoczynek. Jako pierwsi na stoki powinni ruszyć uczniowie z województw: mazowieckiego, pomorskiego, podlaskiego czy świętokrzyskiego. Teoretycznie oznacza to najazd najzamożniejszych klientów z Warszawy i okolic. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna – turyści masowo zrezygnowali z przyjazdu.
Warszawa nie dojechała. Liczby są bezlitosne
Branża turystyczna pod Tatrami przeżywa wstrząs. Zamiast spodziewanego oblężenia, hotele notują obłożenie na poziomie zaledwie 35 procent. Przedstawiciele Tatrzańskiej Izby Gospodarczej przyznają wprost, iż nie ma mowy o pikach frekwencyjnych znanych z poprzednich lat. choćby słynne „ferie warszawskie”, które zwykle gwarantowały komplet gości i gigantyczne zyski, w tym roku nie różnią się niczym od martwego sezonu. Pokoje stoją puste, a rezerwacji jak na lekarstwo.
Paradoks śnieżnej klęski. Turyści boją się zimy w zimie
Najbardziej szokująca jest przyczyna tego stanu rzeczy. Podhale zostało zasypane śniegiem, co teoretycznie powinno wywołać euforię narciarzy. Warunki na stokach są najlepsze od lat, a śniegu jest tyle, iż służby muszą wywozić go ciężarówkami z centrum Zakopanego. Jednak ta obfitość białego puchu wywołała paraliżujący strach u kierowców.
Eksperci wskazują na kuriozalny mechanizm: Polacy boją się jechać w góry, bo jest tam… za dużo śniegu. Brak umiejętności jazdy w trudnych warunkach, strach przed korkami na Zakopiance oraz brak odpowiednich opon zimowych sprawiły, iż wiele rodzin wolało zostać w domu. To ironia losu – wymarzona zima stała się barierą nie do przebycia dla potencjalnych klientów.
Ucieczka w Alpy. Polskie góry przegrywają ceną i komfortem
Pustki na Podhalu mają jeszcze drugie dno. Wielu Polaków, wykorzystując długą przerwę świąteczno-noworoczną, już „zaliczyło” swój zimowy wyjazd na początku stycznia. Inni, zniechęceni perspektywą walki ze śnieżycami w Polsce, wybrali zagraniczne kierunki.
Europejskie kurorty w Austrii czy Włoszech kuszą teraz niższymi cenami, ponieważ tamtejszy szczyt sezonu jeszcze nie nadszedł. Dla narciarza z Warszawy wybór staje się prosty: tańsze skipassy w Alpach i gwarancja odśnieżonych dróg wygrywają z drogim i zasypanym Podhalem.
















