Duński „Kasztanowy ludzik” wraca na Netfliksa z 2. sezonem aż po pięciu latach. Tym razem skandynawski kryminał może porządnie zaskoczyć choćby osoby znające powieściową „Zabawę w chowanego” Sørena Sveistrupa.
Poprzednio, już niemal pięć lat temu, narzekałam, iż na własne życzenie zabrałam sobie część emocji płynących z serialu. „Kasztanowy ludzik” oglądany tuż po lekturze powieściowego pierwowzoru tracił na napięciu, chociaż jego gatunkową solidność i adekwatny do daty premiery jesienny klimat i tak dało się wtedy docenić. Tym razem duński kryminał pojawia się parę miesięcy po tym, jak skończyłam książkę Sørena Sveistrupa, uznałam więc, iż na tyle mi się zatarła w pamięci, iż nie będę miała już tego samego problemu.
Kasztanowy ludzik sezon 2 – jak zmienił się serial Netfliksa
Samą powieść uważam za nieco za długą, cierpiącą fabularnie przez irytujące wyjaśnienia, dlaczego śledczy tak późno wpadają na pewne rzeczy, które powinni odkryć szybciej – mamy tam więc wyłączone lub wyładowane telefony oraz zbywanie wszystkich przez wszystkich, przerywanie im, kiedy właśnie mają wyjawić coś kluczowego dla sprawy. Siadając do 2. sezonu „Kasztanowego ludzika”, noszącego podtytuł „Zabawa w chowanego”, zakładałam, iż Dorte W. Høgh i Emilie Lebech Kaae raczej wiernie przeniosły tę niezłą mimo wad książkę na ekran, i liczyłam, iż ewentualnie może usunęły to, co w niej zbędne i nieprzekonujące.
„Kasztanowy ludzik” (Fot. Netflix)Nie przewidziałam, iż tym razem, zamiast denerwować się, iż świeża lektura zabija mi euforia z odkrywania tajemnic brutalnych morderstw, będę musiała sobie przypominać dawno odłożoną powieść, żeby się upewnić, iż nie mam aż takiej sklerozy: „Zabawa w chowanego”, zachowując w dużej mierze postaci i zbrodnie, w połowie decyduje się bowiem na tak drastyczne odejście od pierwowzoru, iż od oceny tego ruchu zależeć może ocena całego sezonu. choćby jeżeli poza jedną wielką woltą dostajemy mniej więcej to, po co przychodzimy do kolejnego (i kolejnego, i kolejnego…) skandynawskiego lub, szerzej, nordyckiego kryminału.
Prolog rozgrywa się w 1992 roku, podczas szkolnej wycieczki, której uczestnicy oprócz brutalnych praw przyrody odkrywają też brutalną naturę ludzką, gdy znajdują zakrwawione ciało. W planie współczesnym, oczywiście, ta sprawa wcześniej czy później wróci – i szczęśliwie tu toczy się wszystko sprawniej niż w powieści, faktycznie z okrojeniem iluś wątków i postaci, z pozostawieniem wystarczająco wielu fałszywych tropów, ale bez nadmiaru pobocznych ścieżek.
Kasztanowy ludzik sezon 2 – kolejna brutalna sprawa
Dowiadujemy się, iż po krótkim związku Mark Hess (Mikkel Boe Følsgaard) i Naia Thulin (Danica Ćurčić) stracili kontakt, z jego winy, co mocno wpłynęło na córkę Thulin, Le (w tym sezonie graną przez Ester Birch, „Cienie pod powiekami”). Teraz policyjny duet, wspierany przez Sandrę (Katinka Lærke Petersen, „Teraz cię kocham”), musi połączyć siły wobec serii zbrodni poprzedzonych specyficznym stalkingiem z wykorzystaniem rymowanki używanej podczas zabawy w chowanego. A iż w tle jest też śmierć nastoletniej Emmy dwa lat wcześniej i walka jej matki, Marie (świetna Sofie Gråbøl z „Forbrydelsen”) o to, by odkryć prawdę, to sprawa okazuje się wystarczająco skomplikowana, żeby wciągnąć.
„Kasztanowy ludzik” (Fot. Netflix)Mam wrażenie, iż serialowy „Kasztanowy ludzik” nie chce jednak specjalnie rozwijać tego, co w skandynawskich kryminałach często najciekawsze – społecznych kontekstów przemocy. Mamy oczywiście w tle refleksję nad skutkami rozpadu rodziny, nie zabraknie też pytania o międzypokoleniowe traumy, obsesje, terror w związku. W książce rozważań nad psychikę i motywacjami postaci było więcej, wręcz miejscami za dużo. Tu, jeżeli już głębiej zajmujemy się czyimiś problemami, to raczej Hessa niż duńskiego społeczeństwa. Ale na szczęście trochę szerszych rozważań o rodzinie zostało.
Ogląda się to wszystko naprawdę nieźle – tyle że, no właśnie, do połowy. I skoro stwierdziłam, iż od reakcji na drastyczną decyzję scenariuszową (a naprawdę jest taka, iż przez chwilę sądziłam, iż to tylko zmyłka) może zależeć ocena całości, to pewnie powinnam zaproponować własną. Jednak to nie takie proste. Z jednej strony sama odczułam, jak momentalnie spada moje zaangażowanie w ekranowe wydarzenia, przez co resztę śledztwa oglądałam już trochę z obowiązku, zwłaszcza iż ta kryminalna warstwa aż tak od książki nie odbiega. Z drugiej strony ciągle narzekam na przewidywalność i schematyczność gatunkowych produkcji, a tu naprawdę ktoś poszedł pod prąd i nie bał się odważnego cięcia. Jakoś więc doceniam taki sposób na zaskoczenie wszystkich, może choćby najbardziej tych, którzy Sveistrupa czytali.
Kasztanowy ludzik sezon 2 – czy przez cały czas warto oglądać
Ostatecznie więc zależy, z jakimi motywacjami się po 2. sezon sięga. jeżeli komuś wystarczy solidna sprawa, trochę taka jak z serialu proceduralnego, ale rozbudowanego do sześciu odcinków, a przez to mająca szansę na rozwinięcie większej liczby postaci i tropów, może być zadowolony. o ile ktoś chciał czuć się bezpiecznie przy oglądaniu znanego już z książki materiału, na takie bezpieczeństwo liczyć nie może – za to ma szansę zobaczyć odważnie poprowadzoną alternatywną wersję tych wydarzeń. I choćby jeżeli się oburzy na kontrowersyjne rozwiązanie, może też dostrzec, iż więcej tu niż w powieści szczerych rozmów i bardziej profesjonalnych działań policji, a mniej nieporozumień na siłę.
„Kasztanowy ludzik” (Fot. Netflix)Miejscami wprawdzie sceny wydają się za długie, z tyłu głowy miałam też pytanie, czy aż taka brutalność, pokazywana aż tak wprost, na pewno była niezbędna i posłużyła czemuś poza szokowaniem. jeżeli jednak to dla kogoś nie problem, a na dodatek taki widz poradzi sobie emocjonalnie ze zwrotem akcji w połowie sezonu, to „Kasztanowego ludzika” po „Zabawie w chowanego” można przez cały czas uważać za jedną z porządniejszych pozycji w niekończącym się, nierównym jakościowo katalogu skandynawskich kryminałów.




