Karnivool 20.04.2025 (Progresja w Warszawie)

strefamusicart.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: DSCF1455


Australijczycy z Karnivool zawitali do Progresji i wywołali we mnie mieszankę sprzecznych emocji. Z jednej strony jeden z lepszych wieczorów rockowych, jakie w ostatnim czasie miałem przyjemność oglądać. Z drugiej — poziom frustracji wywołanej brzmieniem był na tyle wysoki, iż o mało co nie wyprosiłem się sam ze swojego ulubionego miejsca pod sceną.

Dźwięk

Zacznę od minusów, bo trzeba to powiedzieć wprost: brzmieniowo był to wieczór pod hasłem „bas uber alles”. Tsunami niskich częstotliwości dosłownie zalało gitarowe detale i subtelności (znak rozpoznawczy zespołu), a przede wszystkim — wokal.

A szkoda, bo Ian Kenny był w znakomitej formie. W momentach, gdy muzyka na chwilę oddychała i nie dusiła go kokonem niskich tonów, było słychać, iż to wciąż jeden z najpiękniejszych głosów ciężkiego progresywnego rocka. Problem w tym, iż takich chwil było stanowczo za mało. Przez większość koncertu wokal był zakopany i słuchanie go było jak oglądanie Rembrandta przez zaparowaną szybę. Nadmierna głośność to niestety zmora koncertów i szkoda, iż akustyk najzwyczajniej w świecie nie zdjął słuchawek i nie pofatygował się na widownię.

Setlista

Marną akustykę zrównoważyła świetna setlista. Karnivool zaliczyli pełen przegląd swojego dorobku. Otwierające koncert Ghost i Simple Boy rozgrzały salę stworzyły wręcz mistyczny klimat. Środek koncertu podbił Deadman i All It Takes z debiutanckiej Themata, które wciąż brzmią jak kawałki napisane z myślą o graniu na żywo: mięsiste, rytmicznie hipnotyczne, z tymi charakterystycznymi zmianami metrum, które co rusz wytrącają słuchacza ze strefy komfortu. Najnowsze wydawnictwo zespołu, In Verses, reprezentowana przez Aozora, We Are, Animation i Salva udowodniła, iż to absolutnie wyjątkowe dzieło. Zwłaszcza Animation na żywo nabiera zupełnie nowego wymiaru. Bis złożony z Opal i Salva był satysfakcjonującym zwieńczeniem wieczoru.

Wykonanie

Zespół gra z energią i precyzją, co trudno pogodzić z sobą — zwykle jedno wyklucza drugie. Tutaj mamy perfekcję i żywiołowość w jednym. Steve Judd za bębnami to osobna bajka: gra rytmicznie skomplikowane rzeczy z takim luzem, jakby ogrywał Smoke on the Water na próbie szkolnego zespołu. Mark Hosking i Andrew Goddard wręcz symbiotycznie uzupełniają się na gitarach, grając pozornie niespójne frazy, które jednak tworzą nierozerwalną całość. Ian Kenny na scenie to osobny rozdział. Kiedy dźwięk łaskawie pozwalał mu przebić się przez basową ścianę, było słychać, iż głos ma w znakomitej kondycji. Fenomenalną klasę pokazał w moich ulubionych utworach czyli „Themata” i „New Day”, które eksplodowały z nieziemską energią pod koniec występu.

Karnivool zagrali koncert, który przy przyzwoitym miksie byłby jednym z najlepszych wieczorów tego roku. Zamiast tego dostaliśmy studium w frustracji: zespół klasy A, setlista bez zarzutu, całość niestety pogrzebana przez akustyka. Muzyka: 9/10, dźwięk: 4/10.

Idź do oryginalnego materiału