Teraz nazywa siebie „tłumaczem kultur” – w tej formule zawiera się postawa ideowa, światopogląd, lewicowość. jeżeli żyjemy w świecie, w którym zwycięzca bierze wszystko, narzuca reguły gry, eksploatuje słabszych, w tym zwykle ludzi z innych niż własna kultur, a stary lewicowy język krytyki utracił wiarygodność, siłę przebicia, należy poszukiwać nowego, uzupełnić dawne diagnozy i krytykę, wyciągnąć wnioski z porażek, sformułować przesłanie adekwatne dla teraźniejszości.
– Marks jest ciągle przydatny – mówi kiedyś, gdy opowiadam mu o swoich obserwacjach z podróży do Brazylii.
Podróżowałem po brazylijskim interiorze, w Mato Grosso opowiadano o ciałach nieboszczyków, które co jakiś czas wyrzuca na brzeg rzeka Araguaia. To chłopi, którzy nielegalnie zajmowali poletka i nieużytki rolne. Wcześniej praco wali u latyfundystów za głodowe pensje albo za marne wy żywienie. Gdy stracili pracę, nie mieli dokąd pójść. Jedyny pomysł, jaki przychodził im do głowy, to okroić kawałek ziemi dawnego pana i z niej żyć. Do zamachu na święte prawo własności popchnęły ich głód i rozpacz. Prywatne policje właścicieli ziemskich urządzają na nich polowania, a zabitych wrzucają do rzeki.
– Klasyczny konflikt klasowy, z Marksa wyjęty – diagnozuje Rysiek.
Świetnie rozumie, dlaczego wraca „moda na Marksa”: bo istnieją konflikty, do których marksowski opis pasuje jak ulał. choćby tygodnik „The Economist” poświęca numer renesansowi myśli autora Kapitału, mimo iż przez cały czas twardo broni rynku w wersji neoliberalnej.
Kapuściński „po socjalizmie” traktuje marksizm nie jako wytrych do wszystkich drzwi, raczej jako zbiór obserwacji o świecie, niekiedy metodę analizy wydarzeń, stawiania pytań. Myśl Marksa, uważa, zachowała żywotność, w wielu sytuacjach przydaje się.
– Pochopnie wyrzucono całego Marksa na śmietnik. Znowu ten sam dystans, ta sama niechęć do przyznania się do błędu: „wyrzucono”, nie „wyrzuciliśmy”.
Dwie deformacje
W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych Kapuściński komentator zaczyna zupełnie otwarcie mówić i pisać językiem lewicowych krytyków neoliberalizmu i globalizacji. W gruncie rzeczy z lewicowym myśleniem nie rozstał się nigdy, na początku lat dziewięćdziesiątych nie potrafił odnaleźć dla siebie duchowej i intelektualnej przestrzeni; w świecie neoliberalnej ideologii, wynoszenia na ołtarze rynku, apoteozy bezwzględnej konkurencji i lekceważenia przegranych czuł się zagubiony. To w tym zagubieniu i próbie znalezienia sobie miejsca w nowych realiach mają swoje źródło jego komentarze, opinie z pierwszych „Lapidariów” niepasujące do wszystkiego, co pisał wcześniej i później.
Gdy pod koniec dekady na scenę wraca krytyka kapitalizmu i społecznych (teraz także globalnych) nierówności, a także pojawiają się nowe ruchy kontestacji, Kapuściński odżywa, dostaje wiatru w żagle, znajduje swoją ojczyznę – tyle iż zwykle ta ojczyzna jest poza krajem. To za granicą, nie w Polsce, ma słuchającą go naprawdę publiczność, jego diagnozy są szanowane i mają siłę przebicia w Hiszpanii, Włoszech, Meksyku czy Argentynie. Choćby ta z przedostatniego tomu „Lapidariów”:
„Globalizacja nie jest globalna, bo obejmuje prawie wyłącz nie Północ, gdzie znajduje się 81 procent wszystkich inwestycji zagranicznych… Szybkiemu, dynamicznemu rozwojowi świata towarzyszą dwie groźne deformacje: po pierwsze – rozwój ten generuje nierówności (wewnątrz kraju i w skali planety); po drugie – wszędzie rośnie siła i zamożność centrum, a słabną i ubożeją peryferie. Wszyscy i wszędzie uczestniczymy w grze, której zasadą jest, iż zwycięzca bierze wszystko (np. szef zarabia tyle, ile reszta załogi łącznie). Słowem – nowy feudalizm: na wierzchołku – pan, władca, suweren, a poniżej – cały podległy mu świat lenny – wasale, służba, kmiotkowie…”.
Dobry słuch na tę problematykę mają lewicujące ruchy kontestacji, szczególnie w Europie i obu Amerykach, ale także niektórych krajach Azji i Afryki. Ostatnie tomy „Lapidariów” Kapuścińskiego zawierają katalogi społecznych skandali – takich jak głód, nędza, wyzysk, nowe nierówności. Współbrzmią one z wątkami podejmowany mi od drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych przez ruch alterglobalistyczny. Dlatego jeden z intelektualnych „ojców chrzestnych” tego ruchu, Ignacio Ramonet, sytuował Kapuścińskiego w panteonie współczesnych myślicieli, komentatorów, którzy kształtują globalną wrażliwość na krzywdę i nierówności, nowe krytyczne myślenie; wśród nich – Noam Chomsky, Eric Hobsbawm, Gore Vidal, José Saramago, Carlos Fuentes, a także nieżyjący już wtedy Susan Sontag i Edward Said.
Sam Kapuściński stroni pod koniec życia od politycznych afiliacji. Widzi siebie jako osobnego, krytycznego komentatora spraw świata; asocjacje z konkretną tendencją, etykietą alterglobalisty – mimo iż w zasadniczych kwestiach mówił to samo, co alterglobaliści – mogłaby go zirytować.
Obraz Afryki, jaki ma Europa
Stara się zachować osobność.
W „Hebanie” spisuje katalog rozczarowań, choć ubiera je w formy rozmów z innymi, nie pisze od siebie. Jeden z jego afrykańskich rozmówców zauważa: groźny dla zdekolonizowanej Afryki jest fanatyzm religijny i etniczny. Następny – iż Afryka musi się ocknąć. Jeszcze ktoś inny: iż dopiero po trzydziestu latach niepodległości Afrykańczycy dostrzegli, iż oświata sprzyja rozwojowi. („Gospodarka chłopa piśmiennego jest 10–15 razy bardziej wydajna niż gospodarka chłopa analfabety”).
– Zanim zabrał się do pisania Hebanu – opowiada Jerzy Nowak – pojechał do Afryki sprawdzić, co z tego, czym dawniej się zachwycaliśmy, da się jeszcze obronić. Mówił mi potem, iż można dojść do świętokradczego wniosku, iż jest gorzej, niż było w czasach kolonialnych, ale nie obwiniał o to Afrykańczyków, raczej dostatnią Północ, która nie spieszy z pomocą, choćby mogła. Zamiast pomocy kraje dostatnie interesują się w Afryce eksploatacją surowców, niczym więcej.
Świat późnego Kapuścińskiego komplikuje się. przez cały czas jest adwokatem Afryki, ale dopuszcza pytanie o zdolność afrykańskich kultur do autokrytyki, ergo: postępu i rozwoju. Zaprzysięgły wróg kolonializmu głosi apoteozę europejskiej kultury? (…)
Nadal domaga się pomocy dostatniego świata dla Afryki, by za chwilę podzielić się taką myślą:
„Obraz Afryki, jaki ma Europa? Głód, dzieci szkieleciki, sucha spękana ziemia, slumsy w mieście, rzezie, AIDS, tłu my uchodźców bez dachu nad głową, bez odzienia, bez lekarstw, wody i chleba. Więc świat spieszy z pomocą. Jak w przeszłości, tak i dziś Afryka jest postrzegana przedmiotowo, jako odbicie jakiejś innej gwiazdy, jako teren i obiekt działania kolonizatorów, kupców, misjonarzy, etnografów, wszelkich organizacji charytatywnych… Tymczasem poza wszystkim, istnieje ona dla siebie samej, w sobie samej, wieczny, zamknięty, osobny kontynent…”.
W drugim ukochanym regionie – Ameryce Łacińskiej – zachwyca go „wiosna ludów”, nowa lewicowa fala rozpoczęta w końcu lat dziewięćdziesiątych.
„Jesteśmy świadkami nowego, wielkiego przebudzenia i odrodzenia etnicznego tej części społeczeństw Ameryki Łacińskiej, która była jej ludnością autochtoniczną. (…) Jest to zjawisko na skalę całego regionu. Indianie uzyskują świadomość etniczną i żądają równoprawnego członkostwa w nowym, wielokulturowym świecie XXI wieku… Istotą rzeczy jest kompletna zmiana nastroju we wszystkich niemal krajach regionu, które ostatnio odwiedziłem; także wiara, iż możliwy jest pozytywny scenariusz wypadków dla tej części świata. Ameryka Łacińska przestała być kontynentem, na którym skupiają się napięcia globalne, a zaczęła stawać się laboratorium jakichś nowych form społecznych, kulturalnych, miejscem różnych eksperymentów. XXI wiek będzie wiekiem Ameryki Łacińskiej”.
Kapuściński wraca na ścieżkę
Niektórzy uważają, iż na starość „rozliczył się” – między innymi w „Hebanie” – z młodzieńczych fascynacji rewolucjami, rebeliami, buntami. Co znaczy: „rozliczył się”? Odwrócił od tego, co pisał wcześniej? Zanegował to, co widział i przeżył? Zweryfikował dawne oceny? U znawcy jego twórczości Andrzeja Pawluczuka czytam:
„Zapytałem kiedyś Kapuścińskiego, czy dzisiaj, po dwudziestu latach, tak samo, identycznie, napisałby tamte swoje książki: «Wojnę futbolową» i «Chrystusa z karabinem na ramieniu». Tak, identycznie – odparł bez wahania. A przecież w ciągu ostatnich dwudziestu lat zmieniła się nie tylko Polska, ale i nasze widzenie świata. Nie mamy już złudzeń, co kryło się za «walką z imperializmem światowym» i ile w słusznych przecież i sprawiedliwych wojnach antykolonialnych było manipulacji wielkich mocarstw i ich rozgrywek o własne, po lityczne i ekonomiczne interesy”.
Do końca uważał, iż to „zła” Moskwa, a nie „dobry” Zachód, pomagała krajom Trzeciego Świata wybijać się na niepodległość; Zachód był siłą zniewalającą społeczeństwa Południa. Cóż z tego, iż radzieccy ubijali przy okazji swoje ekonomiczne i geostrategiczne interesy? Czy dlatego Afrykańczycy mieliby dłużej znosić kolonializm, żeby temu za pobiec? Pomagać Zachodowi w zimnej wojnie? Nonsens. Jaki mieli w tym interes? Ocenianie zasadności buntu, wal ki wyzwoleńczej, rewolucji ex post na podstawie późniejszych porażek Kapuściński uważał za niedorzeczne.
Moskwa nie wszędzie oczywiście, nie w każdym zakątku Trzeciego Świata, wspierała w czasie zimnej wojny wyzwoleńcze czy rewolucyjne rebelie. Więcej – sprzeciwiała się im, gdy zależało jej na pokoju z Waszyngtonem albo wtedy, gdy jakiś ruch, bunt nie pasował ideologicznie, nie uznawał Moskwy za rewolucyjny Rzym. Wówczas sympatie Kapuścińskiego ciążyły zwykle ku heretykom – niekoniecznie ze względów ideologicznych. To była raczej sprawa empatii, solidarności z desperatami albo ideowcami, którzy na przekór wszelkim przeciwnościom biorą karabin i poświęcając własny spokój, często życie, idą walczyć o bardziej sprawiedliwy świat.
Kapuściński wraca na własną ścieżkę, z której zboczył na początku lat dziewięćdziesiątych. Wyłamuje się z politycznej poprawności nowych czasów, podobnie jak wyłamywał się z niej w czasach Polski Ludowej. A zarazem pozostaje w głównym nurcie jako największa gwiazda polskiego dziennikarstwa – dokładnie tak samo, jak w poprzedniej epoce. To, co pisze i głosi na temat współczesnych konfliktów i wyzwań, ma jednak ograniczony wpływ na myślenie politycznego i dziennikarskiego establishmentu w Polsce. Nie pierwszy i nie ostatni wielbiony, kompletnie niesłuchany.
***
Artur Domosławski, Kapuściński non-fiction, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2026, s. 908








