Kamera, gwizdek, tęcza

filmweb.pl 1 tydzień temu
Zdjęcie: plakat


Pierwszego wieczora w Wenecji, aby nie było monotematycznie, sprzeczaliśmy się po ostatnim filmie o Cannes – a konkretnie o "Cannes. Religię kina" Tadeusza Sobolewskiego. Antologia jego tekstów canneńskich, pisanych od lat 90. do ostatniej przedpandemicznej edycji, została opublikowana w zeszłym roku. Ja pisałam wcześniej recenzję książki dla "Dwutygodnika" i zasadniczo broniłam autora; pozbawiona ironii postawa krytyka "Gazety Wyborczej" jakoś mnie po latach poruszyła, wydała się paradoksalnie odświeżająca. Najbardziej zapalony w krytyce kolega był jednak nieprzejednany: "a weź, tylko Kieślowski i Kieślowski", powtarzał (nie bez pewnej racji, o czym sama pisałam), "Sobolewskiego nie interesuje forma filmowa, tylko dzielenie filmów na socjalistyczne i chrześcijańskie, z wyjątkiem Kena Loacha, który jest i socjalistyczny, i chrześcijański".

Kilka dni później te słowa wróciły do mnie podczas seansu "Możliwej miłości", nowego filmu Lee Chang-donga – nie tylko dlatego, iż wyrósł on z międzynarodowego projektu inspirowanego "Dekalogiem", tego samego, co pokazywane niedawno w polskich kinach, nieudane "Historie równoległe" Asghara Farhadiego. Pytanie "film socjalistyczny czy chrześcijański?" okazało się nagle bardzo poręczne (zakładając oczywiście staroświeckie, bardziej pierwotne znaczenia tych kategorii). Odpowiedź na nie brzmi: tak. To w końcu film południowokoreański o klasie – i małej przepustowości ucha igielnego.

Rok temu w weneckim konkursie prezentowano film innego koreańskiego mistrza, którego punktem wyjścia jest zwolnienie głowy rodziny z fabryki. Było to znakomite "Bez wyjścia" Parka Chan-wooka, które mogło dostać Złotego Lwa, a dostało figę z makiem – jury wolało nagrodzić boomerskie bylejactwo Jima Jarmuscha. Zastanawiając się przed werdyktem, czy Lee Chang-dong pomści rodaka, uznaję iż mógłby. "Możliwa miłość" nie ma może w sobie intensywności "Miętowego cukierka", "Poezji" czy "Płomieni", ale i tak jest to kino, o którym można przegadać godziny (co zresztą uczyniliśmy; koledze niechętnemu "Religii kina" też się bardzo podobało).

W pełnej zakrętasów czarnej komedii Parka pracę tracił menedżer. Ojciec z "Możliwej miłości" (w tej roli Sul Kyung-gu, powracający do współpracy z reżyserem 24 lata po "Oasis") jest, dla odmiany, "zwykłym robotnikiem". Kiedy go poznajemy, udaje mu się zdobyć pracę po dwuletnim okresie bezrobocia, osuwania się w depresję, a także cichej choroby alkoholowej; jest bohaterem-cieniem, złamanym, jakby pozbawionym tożsamości. Główną bohaterką, postacią, która działa, coś uruchamia, pcha do przodu, walczy – jest jego żona, grana przez znaną z "Sekretnego światła" (i uhonorowana za tę rolę nagrodą w Cannes) Jeon Do-yeon. Mi-ok pracuje w fabryce maseczek; tylko dzięki niej rodzina się jeszcze nie rozpadła. Para wychowuje 10-letniego syna, wrażliwca ewidentnie odstającego od grupy rówieśniczej – mamy tu nieoczywistą, opartą na milczeniu, a wręcz odmowie kontaktu, rolę dziecięcego aktora (którego nazwiska na tę chwilę nie mogę znaleźć ani w festiwalowym katalogu, ani na IMDb.com, ani w Wikipedii – poproszę redakcję o uzupełnienie, kiedy ta informacja się wreszcie pojawi / redakcja opowiada, iż też na ten moment takiej informacji nie znalazła).

Kołem zamachowym fabuły jest spotkanie przez Mi-ok zamożnej pary: przystojnego, niemal chłopackiego, każualowo cynicznego biznesmena (Zo In-sung) i jego żony, aspirującej dokumentalistki (Cho Yeo-jeong, oczywiście "Parasite" Bonga Joon-ho), która zbiera do projektu (lub "projektu") wywiady z robotnikami poszkodowanymi przez restrukturyzację wielkich zakładów przemysłowych. I która próbuje nawiązać z Mi-ok i jej rodziną bliższą znajomość.

Film jest w pewnym sensie podobny do swoich bohaterów: cichy, formalnie skromny, nie w dobrym tego słowa znaczeniu, wręcz płaski wizualnie. Cyfra, dużo średnich planów, jakaś może choćby niechlujność. Pierwsze dwadzieścia minut może być wymagające dla widzów – było dla mnie – ale warto uzbroić się w cierpliwość. Film zaczyna bowiem gęstnieć, staje się pełen tajemnic. Każda z pięciu głównych postaci okazuje się nosić w sobie jakiś sekret, komplikację, cierń. Ot, taka Ye-ji, na pierwszy rzut oka bogolka z "dyskretną" torebką za prawie 6 milionów wonów (ponad 15 tysięcy złoty), realizująca "zaangażowany" vanity project, roztaczająca nad swoimi rozmówcami troskę z potężnym ładunkiem protekcjonalizmu i niezręczności. Ale to dziewczyna z awansu – córka zaharowującego się właściciela pralni, któremu udało się wysłać córkę do Stanów Zjednoczonych i którego Ye-ji rozpoznaje w każdym spotkanym robotniku, choć ojciec oczywiście uważał się za drobnego przedsiębiorcę i nie poczuwał do jakiejkolwiek wspólnoty z ludźmi pracy w wielkich zakładach.

Na tym się jednak nie kończy, Ye-ji bowiem, co chyba najciekawsze, wydaje się mieć samoświadomość złotej rybki. Zawieszona pomiędzy klasami, zarazem bezwstydna i wiecznie przepraszająca, z jednej strony wydaje się dobrze zasymilowana ze stylem życia męża, kiedy z pozycji swojego turboprzywileju klasowego realizuje film o zwalnianych robotnikach i bez absolutnego poczucia żenady narusza ich intymność. Zarazem to wszystko wydaje się napędzane jakąś tęsknotą, kompleksem wobec świata pracy, jednoczesnym poczuciem wyższości i niższości.

I tak jest adekwatnie z każdą postacią, przy czym scenarzyści (Chang-dong Lee napisał ten film z Oh Jung-mi, współautorką scenariusza "Płomieni") wolą zostawiać tropy, podteksty, małe zbiegi okoliczności, znaki, niż dawać twarde odpowiedzi. Mnożą się obiektywy kamer, pojawiają obiekty, którym poświęcić by można cały akapit – jak chociażby "gwizdek na ogrodnika", mieszczący w dłoni cały sadyzm społeczno-ekonomicznych relacji w "bogatym" domu. Motywacje bohaterów odkrywają się fragmentarycznie; bez odpowiedzi pozostaje sugestia pewnej amerykańsko-koreańskiej transakcji, której zdradzać nie będę, aczkolwiek dodam, iż gdy na początku filmu ukazało się na ekranie logo Netflixa, potężnie inwestującego w południowo-koreański przemysł filmowy, po sali poniosło się potężne buczenie.

Wszystko ma tu drugą, przeciwstawną stronę. W nieefektownych, płaskich kadrach znaczenia multiplikują się w oczach. Kiedy Mi-ok patrzy na swojego syna, którego ogrodnik uczy podlewać krzaki wężem, przypomina jej się historia z zamierzchłej przeszłości: jako dziewczynka dostała potężną burę od matki, pracownicy myjni samochodowej, za zabawę szlauchem. Jakby stanowiło to zły omen, zwiastowało brak możliwości awansu, polepszenia społecznej pozycji – w koreańskim społeczeństwie z jego obsesją na punkcie kształcenia, trenowania do pracoholizmu od najmłodszych lat. Syn Mi-ok oczywiście widzi tę sytuację inaczej: zakumplował się z ogrodnikiem, który w wachlarzu z wody pokazuje mu właśnie tęczę. Nie jest jednak niewinnym, nieświadomym niczego dzieckiem – za chwilę wykona gest, który dla dorosłych byłby nie do pomyślenia.

Ciekawa jestem, jaka będzie recepcja tego filmu w Polsce – to jedna z tych południowo-koreańskich produkcji, w których może się przejrzeć polskie społeczeństwo; Korea Południowa wydaje się czasami naszą bardziej perfekcjonistyczną w pracoholizmie siostrą (otoczona przez imperia ma nieciekawe sąsiedztwo, historię spektakularnego awansu i straszak komunizmu nad głową). Film niby nie jest inspirowany żadnym konkretnym "Dekalogiem" (może trochę flirtuje z "IX"), robi coś mądrzejszego – na serio traktuje inspirację dwoma ostatnimi przykazaniami, "nie pożądaj…". Podaje widzowi interpretacyjną siatkę, po czym zaskakuje jej ułożeniem – to w końcu zamożna bohaterka z awansu pożąda cudzych historii, cudzego życia, życia ludzi, którzy do posiadanych przez nią dóbr odnoszą się z daleko posuniętą nieufnością i dystansem.

Zabawna sprawa – spośród odcinków serialu Kieślowskiego nie zestarzał się, a wręcz dojrzał, "Dekalog X", część komediowa, prorocza wobec czającej się za zakrętem transformacji ekonomicznej. To, iż Lee Chang-dong odrzucił bardziej dosłowną adaptację, by z pierwotnej inspiracji Kieślowskim przejść do filmu, w którego jądrze tkwi trauma złamanego strajku i zniszczonej solidarności robotniczej, wydaje mi się bardzo poruszające. Ciekawe, czy w ramach researchu dotarł do "Amatora" – a może choćby do "Blizny"…?
Idź do oryginalnego materiału