Są takie koncerty, na które nie jedzie się tylko „posłuchać muzyki”. Jedzie się domknąć historię. Swoją własną, prywatną, zapisaną gdzieś między pierwszym przesłuchaniem płyty a biletem, który kiedyś trzymało się w ręku… i który nigdy nie spełnił swojej obietnicy.
Ja ten bilet pamiętam.
Pamiętam to uczucie zawieszenia, kiedy wydarzenie się nie odbyło. Ten specyficzny rodzaj niedosytu, który zostaje na lata. Nie dramat, nie tragedia — raczej cicha, uporczywa myśl: kiedyś jeszcze się spotkamy. Z zespołem. Z tym dźwiękiem. Z tą wersją siebie, która wtedy czekała.
I właśnie dlatego to nie jest zwykły wyjazd do Berlina.
Max-Schmeling-Halle znam dobrze. Wiem, gdzie stanąć, żeby dźwięk układał się idealnie. Wiem, gdzie nie warto się pchać. Wiem, którędy wejść, żeby nie dać się wciągnąć w chaotyczny wir tłumu. Mam swoje małe koncertowe rytuały, swoje miejsca, swoje mikrostrategie na maksymalne doznania. Ta hala nie ma dla mnie tajemnic.
Ale jutro i tak wszystko będzie nowe.
Bo nie chodzi o halę. Nie chodzi choćby o miasto. Chodzi o moment, który dojrzewał latami.
Dzisiaj część fanów w Polsce stoi pod sceną w Łodzi. I czuję z nimi pewną wspólnotę czasu. Oni mają dziś. Ja mam jutro. To takie piękne napięcie: świadomość, iż gdzieś teraz rozbrzmiewa dokładnie to, na co ja czekam jeszcze kilkanaście godzin. Jakby świat już lekko uchylił drzwi do tego, co mnie czeka.
Deftones to nie jest zespół, którego się słucha w tle. To zespół, który się przeżywa całym ciałem. To muzyka, która wchodzi pod skórę, zostaje w klatce piersiowej, w gardle, w pamięci mięśni. To nie są piosenki — to są stany emocjonalne.
I jutro one wrócą. Na żywo.
Jest w tym wszystkim coś wzruszającego. Bo ja już nie jestem tą samą osobą, która kupowała tamten pierwszy bilet. Minęły lata. Zmieniło się życie, zmieniły się priorytety, zmieniłam się ja. A jednak jakaś część mnie czekała na ten moment bardzo cierpliwie, bardzo cicho.
I jutro ta część dostanie swoje spełnienie.
Lubię ten stan tuż przed koncertem. Ten dzień „pomiędzy”. Kiedy jeszcze nic się nie wydarzyło, ale już wszystko jest nieuchronne. Kiedy wyobraźnia zaczyna grać pierwsze riffy szybciej niż głośniki.
To oczekiwanie jest prawie tak dobre jak sam koncert.
Berlin jutro będzie tylko tłem. Max-Schmeling-Halle będzie tylko przestrzenią. Tłum będzie tylko pulsującą masą.
A na scenie stanie zespół, na który czekałam latami.
I wreszcie — po tym niedokończonym kiedyś rozdziale — usłyszę pierwszy dźwięk.
Ewa Szatkowska












