JUSTYNA KULIKOWSKA: – W ogóle chciałabym zniknąć z internetu. Przynajmniej na jakąś chwilę, bo to niesamowicie obciąża mózg, kiedy czytasz o wszystkim, co się dzieje. Szum dookoła przeszkadza w pisaniu, wyłącznie rozprasza. Czytasz, zamiast pisać. A najgorzej jest czytać o sobie. To jest zawsze przerażające, mamy coraz silniejsze zespolenie osoby z książką, bo ona musi ją promować, musi dać jej twarz.
Nawet w tak niszowym gatunku, jakim jest poezja, istnieją oczekiwania, iż trzeba się pokazać. I tak, gdzieś tam moja twarz też jest używana do promocji książki. I to jest chyba ten niemiły rodzaj kosztu: wykonujesz pracę literacką, a musisz też wykonać pracę PR-ową. Może nie każdy tak bardzo chce prowadzić sociale, a jednocześnie musisz to robić, żeby istnieć w środowisku i promować swoją twórczość.
To był rok nagród za tom „Wnyki dla światła” – Nagroda Literacka m.st. Warszawy, Poznańska Nagroda Literacka, białostocka Nagroda im. Wiesława Kazaneckiego i nominacja do Nike. Wyszły też „Wiersze zebrane”. Jak patrzy pani teraz na swój debiut „Hejt i inne bangery”?
Te wiersze powstawały, kiedy miałam 18–19 lat i to był zupełnie inny moment w życiu. Wtedy babrałam się w furii, wściekłości, chęci wejścia z buta gdzieś tam w środowisko literackie. Na początku były portale poetyckie; Liternet, Poema. Miałam kilkanaście lat, kiedy mieszkałam w swojej wsi, gdzie dostęp do kultury był ograniczony, o czym warto wspomnieć, to daje zupełnie inne zaplecze na start.
Cały czas w pani wierszach powraca Podlasie.
Mam do niego ambiwalentny stosunek.



