Jestem w związku, ale samotnie kroczę przez życie

polregion.pl 3 godzin temu

Jestem zamężna, ale mieszkam sama
— Aleksandro, no wyjaśnij mi, jak to rozumieć? — sąsiadka Halina Nowak stała w progu z siatką w dłoni i ze zdumieniem kręciła głową. — Masz męża czy nie? Wczoraj widziałam Marka, wychodził z twojego mieszkania, a dziś rano spotkałam go pod metrem z jakąś blondynką!

Aleksandra westchnęła, odłożyła na bok gazetę i zaprosiła sąsiadkę do kuchni. Akurat w czajniku zawrzała woda.

— Siadaj, Halino. To nie jest takie proste. Tak, Marek jest moim mężem. Oficjalnie. Pieczątka w dowodzie siedzi już siedem lat. Ale żyjemy osobno. Każde we własnym mieszkaniu.

— Jak to osobno? — sąsiadka opadła na krzesło, wyraźnie szykując się na długą rozmowę. — Co to za rodzina? I po co w ogóle wychodziłaś za mąż?

Aleksandra postawiła przed gością filiżankę herbaty, usiadła naprzeciwko. Za oknem mżył październikowy deszcz, krople spływały po szybie jak łzy. Właśnie w taką pogodę siedem lat temu z Markiem składali papierki w Urzędzie Stanu Cywilnego.

— Wychodziłam z miłości, oczywiście. Myślałam, iż będziemy żyć jak normalna rodzina. Dzieci, działka, wspólne gospodarstwo. Ale nie! — Aleksandra gorzko się uśmiechnęła. — Po pół roku zrozumiałam, iż jesteśmy zupełnie inni. On lubi hałaśliwe towarzystwa, ja wolę ciszę. On rozrzuca rzeczy, ja cenię porządek. On potrafi tydzień się nie myć, a ja bez prysznica ani dnia.

— No to się rozwieź! — machnęła ręką Halina Nowak. — Po co się męczyć?

— A tu zaczyna się najciekawsze. Rozwieść się nie możemy. Mieszkanie mamy jedno, sprywatyzowane na oboje jeszcze przed ślubem. Kupowaliśmy je razem, płaciliśmy po połowie. Marek mówi: jeżeli się rozwiedziemy, mieszkanie trzeba sprzedać, podzielić pieniądze. A gdzie wtedy pójdziemy? Wynajmować? A to już nie młodzi jesteśmy, ja mam czterdzieści trzy, on czterdzieści pięć. Skąd wziąć tyle na czynsz?

Halina Nowak zamyśliła się i skinęła głową. Problem był jej znany.

— I co wymyśliliście?

— Ano to. Marek mieszka w tym mieszkaniu, a ja kupiłam sobie małą kawalerkę na obrzeżach. Taniusieńką, ale swoją. Spłacam kredyt hipoteczny, ale nikt mi nie przeszkadza. On czasem do mnie wpada, jak mu się znudzi samemu. Posiedzimy, pogadamy jak starzy znajomi. Potem on idzie do siebie.

— I długo tak będziecie żyć? — sąsiadka z ciekawością przyglądała się Aleksandrze. Ta wyglądała na zmęczoną, ale spokojną.

— Nie wiem. Na razie tak nam pasuje. Oficjalnie jesteśmy mężem i żoną, nie trzeba zmieniać dokumentów, w pracy nie zadają zbędnych pytań. A tak naprawdę każdy żyje swoim życiem.

Gdy Halina Nowak wyszła, Aleksandra długo siedziała przy oknie, dopijając wystygłą herbatę. Deszcz przybrał na sile, a w jego szumie słychać było głosy przeszłości.

Poznali się z Markiem w pracy. On był wtedy szefem działu zaopatrzenia, ona główną księgową. Wysoki, postawny, o dobrych oczach i czarującym uśmiechu. Aleksandra od razu go polubiła.

— Aleksandro Stefanowno, czy zrobisz mi towarzystwo w porze obiadowej? — podszedł do jej biurka w ów pamiętny czwartek. — Znam świetną knajpę obok.

Zgodziła się. Potem było drugie spotkanie, trzecie. Marek okazał się ciekawym rozmówcą, dużo czytał, znał się na sztuce. Rozmawiali o książkach, filmach, podróżach.

— Tak mi z tobą lekko — wyznał po miesiącu spotkań. — Rozumiesz mnie w pół słowa.

Aleksandra też czuła się z nim komfortowo. Po rozwodzie z pierwszym mężem minęło już pięć lat, niemal zwątpiła, iż spotka bratnią duszę.

Marek też był po rozwodzie, bez dzieci. Mieszkał sam w trzypokojowym mieszkaniu odziedziczonym po rodzicach.

— Za duże jak dla jednej osoby — narzekał. — Ale sprzedać się boję, w końcu rodzinny dom.

Pół roku się spotykali, potem Marek się oświadczył. Wesele było skromne, tylko najbliższa rodzina i przyjaciele.

Pierwsze miesiące wspólnego życia minęły w zauroczeniu. Zdawało się, iż wszystkie problemy da się rozwiązać, a różnice zdań to błahostki.

Ale stopniowo błahostki przeradzały się w poważne sprzeczności.

— Marku, no przecież nie można zostawiać brudnych naczyń w zlewie! — po raz kolejny denerwowała się Aleksandra, patrząc na stertę nieumytych talerzy.

— Daj spokój, jutro umyję — opędzał się mąż, wpatrzony w telewizor.

— Jutro, pojutrze… A potem te naczynia obrastają tłuszczem i odmyć nie idzie!

— Jesteś zbyt wymagająca. Odpuść trochę.

Ale Aleksandra nie mogła odpuścić. Bałagan w domu przygnębiał ją. Marek zaś w czystości i porządku czuł się nieswojo.

— Jak w szpitalu u ciebie — narzekał. — Wszystko sterylne, nic zbędnego. W domu ma być po domowemu.

— Po domowemu to nie znaczy brudno!

Kłócili się coraz czę
Słońce wschodzi nad blokami Ochoty, a Irena głaszcząc Mruczka, myśli iż mimo wszystko ich osobliwy układ, jak stare drzewo zgięte przez wiatr, trwa wbrew społecznym oczekiwaniom.

Idź do oryginalnego materiału