W stronę awangardy.
W swym formatywnym okresie techno miało jednoznacznie futurystyczny charakter. Takie były nagrania ojców gatunku z Detroit: poświęcone tematyce związanej z filmami i książkami sci-fi, natchnione duchem kraftwerkowej innowacyjności, o elektronicznym brzmieniu, kojarzącym się wtedy wszystkim z czasem przyszłym. Miało to w dużej mierze eskapistyczny charakter i wynikało z chęci ucieczki od rasowej, ekonomicznej i politycznej dyskryminacji czarnej społeczności Motor City. Przyszłość wydawała się Juanowi Atkinsowi, Derrickowi Mayowi i Kevinowi Saundersonowi obietnicą lepszego życia: bardziej sprawiedliwego i szczęśliwego niż to z połowy lat 80. pod rządami Ronalda Reagana w USA.
Jednym z tych twórców techno, których dokonania zachowały ten futurystyczny sznyt pozostaje Jeff Mills. W jego obszernej dyskografii aż roi się od albumów, które podejmują tematykę oscylującą wokół sci-fi – wystarczy choćby przywołać takie tytuły, jak „Time Machine”, „Fantastic Voyage”, „Women In The Moon”, „Free Fall Galaxy” czy „Mind Power Mind Control”. Ma to naturalne odbicie w muzyce artysty. Na jego pierwszych płytach dla Tresora było to betonowe techno o miażdżącej mocy, ale z czasem nabrało przestrzeni, spokoju i rozmachu. Te krążki firmuje już własna wytwórnia amerykańskiego producenta – Axis. Tak jest też z tym najnowszym – „The Trip To Vega”.
Firmowany tym tytułem concept-album przenosi nas do 2097 roku, kiedy to następuje (nie)spodziewana apokalipsa: eksplozja słoneczna sprawia, iż życie na Ziemi staje się koszmarem. Katastrofy naturalne i nieustanne wojny sprawiają, iż jedynym wyjściem staje się ucieczka z planety. Ludzkość postanawia więc wyemigrować do gwiazdozbioru Wega, aby tam zacząć od nowa. Do pokonania jest tylko 25 tysięcy lat świetlnych. 23 września 2097 roku wyrusza więc z Ziemi pierwszy statek kosmiczny, na pokładzie którego znajduje się milion osób plus zwierzęta i rośliny. Jak zakończy się ta odyseja?
Detroitowy producent rozpisuje tę opowieść na fascynującą muzykę. Zaczyna się od typowego dlań techno, osadzonego na lekkich breakach i wypełnionego orkiestrową elektroniką („Destination Bright Star” i „Ten Cycles”). Potem rozbrzmiewa wymodelowany na neoklasyczną modłę syntezatorowy ambient, łączących fortepianowe akordy z dyskretnymi rytmami i acidowymi loopami („Lyra”). W połowie płyty Mills zwraca się w stronę klinicznemu IDM-owi, wystylizowanemu na muzykę z Raster Noton („Equinox”), by ostatecznie wrócić do filharmonicznych brzmień („Twenty-Five Light Years Away”).
Otwierający drugą część sagi „March Of The Purple Orbs” to jedno z najbardziej fascynujących nagrań w całym dorobku artysty – pełna rozmachu kosmische musik, wywiedziona z dokonań Klausa Schulze, ale w wykonaniu Millsa zyskująca typowe dlań epickie brzmienie. „Terraform” i „Alpha Quadrant” kontynuują te wątki, zamieniając je w fascynujący sposób na surowy industrial rodem z dyskografii Conrada Schnitzlera czy Throbbing Gristle. Kosmiczną odyseję kończy zwarte techno, balansujące od minimalu („Orbiting The Star”) do symfonicznego rozedrgania na miarę Pendereckiego („Circumstellar Debris”).
Rozmieszczony na trzech winylowych krążkach „The Trip To Vega” trwa tyle, co kinowy film. W tym czasie zabiera nas w niezwykłą podróż dźwiękową, oszałamiając swym rozmachem, pomysłowością i niekonwencjonalnością. Jeff Mills już dawno oddalił się od mocnego techno na swych albumach, ale tak eksperymentalnego dzieła jeszcze nie miał na swym koncie. Oczywiście są tu trzy-cztery niby klubowe nagrania, ale w kontekście całości nie mają tanecznej energii. „A Trip To Vega” to porywający soundtrack do nieistniejącego filmu, balansujący między awangardową elektroniką a muzyką współczesną. I kolejny dowód na geniusz amerykańskiego artysty.
Axis 2026
www.facebook.com/JeffMills






![Zapowiada się gorący weekend. Co można robić w Krakowie [INFORMATOR]](https://krknews.pl/wp-content/uploads/2026/06/562279_20.jpg)







