Jedno wesele i horror

filmweb.pl 5 dni temu
Zdjęcie: plakat


Rachel (Camila Morrone) i Nicky (Adam DiMarco) są tydzień przed ślubem. Zakochana para udaje się do rodziny pana młodego, która przebywa w ogromnym domu położonym blisko lasu. Radosny czas oczekiwania na ślub wcale nie jest jednak sielanką – Rachel dręczą złe przeczucia, przytrafiają jej się wyjątkowo niepokojące sytuacje, a rodzina Nicky'ego od początku wzbudza w niej podejrzenia. Co wydarzy się, nim nadejdzie termin ślubu?

Tak z grubsza zarysowuje się fabuła "Tu zdarzy się coś strasznego" – nowego serialu Netfliksa, za który odpowiedzialna jest Haley Z. Boston i bracia Dufferowie (twórcy "Stranger Things") jako producenci. Z grubsza, bo o szczegółach lepiej zanadto nie wspominać. Scenariusz jest skonstruowany tak, iż im mniej wiecie przed seansem, tym lepiej, dlatego i ja będę unikać zdradzania detali. Pierwszy odcinek (wyreżyserowany przez naszą rodaczkę – Weronikę Tofilską, widowni znaną także z "Reniferka") udanie wprowadza widza w klimat paranoi i niepokoju. Pamiętacie scenę z "Mulholland Drive", w której bohater grany przez Patricka Fischlera opowiada o swoim koszmarze? Pierwszy odcinek "Tu zdarzy się coś strasznego" utrzymuje podobną atmosferę i przywodzi na myśl sen, z którego nie możemy się obudzić. Niepokojące są zresztą także trzy następne rozdziały opowieści (miejscami kojarzące się z kolei z "Uciekaj!"), sprawnie korzystające z zabiegów typowych dla horrorowego repertuaru, mylące tropy i utrzymujące klimat tajemnicy.

Problem zaczyna się dokładnie w połowie serialu, gdy wiemy już, o co adekwatnie chodzi w tej historii i z czym przychodzi się zmierzyć Rachel (swoją drogą, pomagają w tym archiwalne nagrania pochodzące z… 1997 roku – poczułem się staro). Niby wciąż ciekawi nas nadchodząca konkluzja i relacje między postaciami, ale odkrycie kart na takim etapie znacząco zmniejsza napięcie, przez co druga połowa wypada po prostu słabiej i angażuje w mniejszym stopniu. choćby jeżeli po drodze wychodzą na jaw tajemnice dotyczące bohaterów.

Tak samo dobrze na przestrzeni całego serialu wypada natomiast Camila Morrone. Aktorka dała się poznać szerokiej publiczności dzięki roli w serialu "Daisy Jones and the Six" (według mnie była zresztą sercem tej produkcji), a ostatnio wystąpiła także w drugim sezonie "Nocnego recepcjonisty". W "Tu zdarzy się coś strasznego" gra pierwsze skrzypce i wychodzi z tego obronną ręką, świetnie odgrywając emocje towarzyszące jej bohaterce i tworząc postać, której chcemy kibicować. Ma przy tym niezłą chemię z DiMarco, zarówno w scenach romantycznych, jak i tych, w których ich bohaterowie konfrontują ze sobą swoje poglądy.

Bo "Tu zdarzy się coś strasznego" to także ukryta pod płaszczykiem horroru refleksja nad związkiem i małżeństwem – o szczerości, oczekiwaniach wobec partnera i poszukiwaniu bratniej duszy. Boston opowiada o tym nie tylko na podstawie relacji Rachel i Nicky'ego, ale także jego rodziców (Jennifer Jason Leigh i Ted Levine) oraz brata i bratowej (Jeff Wilbusch i Karla Crome). Czy przedstawia wyjątkowo odkrywcze wnioski? Niekoniecznie, ale mimo to może skłonić do przemyśleń. Takie połączenie horroru z wiwisekcją rodzinnych relacji wyda się pewnie znajome fanom seriali Mike’a Flanagana, choć autor "Nawiedzonego domu na wzgórzu" z większą skutecznością pielęgnuje równolegle oba te aspekty.

Serialowi Boston od strony technicznej nie można zarzucić wiele, choć jest on na tyle ciemny, iż nie polecam go oglądać w świetle dnia (co ironiczne, produkcja Netfliksa zadebiutowała w tym samym tygodniu, co zwiastuny "Vaiany" i "Harry’ego Pottera", które wywołały dyskusję o braku kolorów we współczesnych filmach i serialach). Ma natomiast bardzo dobre zdjęcia i muzykę, która pomaga w utrzymaniu paranoicznej atmosfery i podkreśla stres towarzyszący Rachel.

Jakkolwiek drugą połowę uważam za słabszą, tak sam finał jest całkiem satysfakcjonujący i ma najbardziej pamiętną sekwencję z całego serialu (za niego również odpowiedzialna jest Tofilska; łącznie wyreżyserowała cztery z ośmiu odcinków). Po czasie będę wspominać "Tu zdarzy się coś strasznego" jako dobrą rozrywkę, która mogła być bardzo dobra, gdyby udało się utrzymać napięcie z pierwszej połowy. Pomieszanie horroru z historią o związkach i rodzinie nie wyszło idealnie, niemniej poszczególne składowe są na tyle atrakcyjne, iż seansu nie powinniście uznać za czas zmarnowany.
Idź do oryginalnego materiału