Jedna bitwa po drugiej. Paul Thomas Anderson w szczytowej formie. Recenzja filmu

kulturalnemedia.pl 2 godzin temu

Najnowsze dzieło Paula Thomasa Andersona to kinowy dynamit, o którym będzie się mówić latami. Jedna bitwa po drugiej to nie tylko powrót reżysera do wielkiej formy, ale przede wszystkim bezkompromisowa wizja Ameryki zanurzonej w chaosie i rasizmie. Leonardo DiCaprio i Sean Penn tworzą tu kreacje, które na długo zapadają w pamięć. Czy to najlepszy film ostatnich lat? Sprawdzamy.

Rewolucja ma twarz DiCaprio

Film otwiera dynamiczny prolog, który wrzuca nas w sam środek działań organizacji French 75. Poznajemy Perfidię Beverly Hills, charyzmatyczną przywódczynię graną przez Teyanę Taylor, oraz jej partnera Pata, specjalistę od materiałów wybuchowych. W tej roli błyszczy Leonardo DiCaprio, który po raz kolejny udowadnia swoje komediowe wyczucie. Jego bohater to postać tragiczna i zabawna zarazem. Przypomina nieco włóczęgę, który próbuje odnaleźć się w rzeczywistości, która go przerasta.

Akcja przeskakuje o szesnaście lat do przodu. Pat, ukrywający się teraz pod imieniem Bob, wiedzie spokojne życie z nastoletnią córką Willą. Przeszłość jednak nie daje o sobie zapomnieć. Na horyzoncie pojawia się pułkownik Lockjaw, w którego wciela się Sean Penn. Aktor stworzył przerażającą, a zarazem groteskową postać uosabiającą systemowy rasizm i hipokryzję władzy. Jego konfrontacja z głównym bohaterem to aktorski pojedynek wagi ciężkiej.

Wizualna uczta na taśmie 35 mm

Od strony technicznej film jest absolutnym majstersztykiem. Anderson zdecydował się na format VistaVision, co przekłada się na niesamowitą szczegółowość obrazu i głębię kolorów. Zdjęcia są dynamiczne, a montaż płynny, sprawiając, iż mimo długiego metrażu seans mija błyskawicznie. Całość dopełnia genialna ścieżka dźwiękowa Jonny’ego Greenwooda z Radiohead, która idealnie podbija napięcie w kluczowych momentach.

Warto zwrócić uwagę na sceny akcji. Choć reżyser kojarzony jest raczej z kinem psychologicznym, tutaj serwuje nam sekwencje pościgów i strzelanin, których nie powstydziłyby się największe blockbustery. Steven Spielberg nie mylił się, twierdząc, iż pierwsza godzina filmu zawiera więcej akcji niż cała dotychczasowa filmografia Andersona.

Głębia czy wydmuszka?

Film nie jest jednak pozbawiony wad. Niektórzy krytycy zarzucają mu, iż pod płaszczem widowiskowości gubi gdzieś głębię psychologiczną postaci. Wątki polityczne, choć mocno zarysowane na początku, z czasem ustępują miejsca kinu drogi i pościgom. Postać matki, grana przez Teyanę Taylor, mimo charyzmy aktorki, pozostaje nieco w cieniu, służąc bardziej jako symbol niż pełnokrwista bohaterka.

Mimo tych zastrzeżeń, Jedna bitwa po drugiej to kino, które trzeba zobaczyć. To odważny komentarz do współczesnej sytuacji w Stanach Zjednoczonych, ubrany w kostium postmodernistycznej zabawy konwencją. Anderson nie boi się trudnych tematów, a jednocześnie dostarcza rozrywki na najwyższym poziomie.

Idź do oryginalnego materiału